Abelard Giza: Jak robisz coś dla hajsu, to jesteś lamusem [WYWIAD]

18.05.2017 17:29

- Czy w stand-upie, czy w hip-hopie, czy w polityce - jak robisz coś dla hajsu, to jesteś lamusem. I wal się – przekonuje komik Abelard Giza w wywiadzie z cyklu „Rozmowy na stronie” dla RadioZET.pl. - To wszystko, co mówię, to oczywiste oczywistości, ale ludzie w tym zacietrzewieniu dają się na to wszystko nabrać. Dostają hasła i idą się kłócić dalej – mówi o podziale, jaki nastąpił w społeczeństwie.

Abelard Giza

fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta

Od czasu publikacji w sieci programu „Proteus Vulgaris” spotkałeś się już z Kabaretem Pod Wyrwigroszem?

Nie, nie widujemy się, bo nie mamy za bardzo takiej okazji. Nigdy nie byliśmy bliskimi znajomymi. Właściwie mijaliśmy się tylko kilka razy na jakichś kabaretonach.

Widziałem, że dziennikarze TVP z kamerą się tutaj kręcili. Oni jeszcze przychodzą na Twoje występy?

Dziś mamy taką charytatywną imprezę, gdzie ja jestem tylko jednym z 15 czy 16 komików. Nie sądzę, aby chcieli przyjść na mój występ.

Nie unikniemy tego tematu, ale możemy go mieć jak najszybciej z głowy. Nie chcę go za bardzo rozwijać, bo już był maglowany przez wszystkich, ale czy od czasu tej „afery” z papieżem byłeś w TVP?

Na pewno byłem jeszcze parę razy z kabaretem Limo, zanim przestał funkcjonować. Potem jeszcze ze dwa-trzy razy pojawiłem się w programie u Kacpra Rucińskiego „Tylko dla dorosłych”. Po „dobrej zmianie” już nie, ale to chyba przy obopólnej niechęci. Nie jestem fanem telewizji.

Nie ma znaczenia, jaka byłaby to stacja. Masz już dość telewizji?

Ludzie mediów – czy to z telewizji, czy z dużych stacji radiowych – trochę za dużo wyobrażają sobie na swój temat. Czasami mam wrażenie, że zamiast funkcji przekaźnikowej, próbują mieć funkcję kreującą, potrafią zaburzyć przekaz pomiędzy artystą a widzem. Można byłoby trochę bardziej pokornie do tego podejść, wtedy byłoby chyba lepiej.

Mam ten komfort, że nie potrzebuję pośrednika w postaci telewizji, bo jest internet. Kiedyś byłem zajarany, to była nobilitacja: „wow, jesteśmy w telewizji”. Ale wraz z rozwojem internetu i ze wzrostem naszej czy też mojej pozycji pomyślałem, że TV trzeba traktować instrumentalnie. Tak jak ona od zawsze traktuje innych.

Na potwierdzenie tego co mówisz wystarczy spojrzeć na YouTube’a, gdzie „Proteus Vulgaris” ma ponad 2,7 mln odsłon. I to cały 45-minutowy program, fragmenty już tak popularne nie są.

Ja jestem w szoku. Specjalnie pociąłem ten program, żeby ludzie mogli sobie obejrzeć materiał, który ma ok. 4 minut. Byłem pewien, że jak wrzucę całość to trafi tylko do moich fanów. Nagle się okazało, że to wystrzeliło i ludziom chce się przy tym spędzić tyle czasu. Bardzo się z tego cieszę.

Wiesz, że przyczyniłeś się do poszerzenia wiedzy geograficznej w tym kraju? W komentarzach da się wyczytać, że wielu internautów na słowo Łysobyki zareagowało bardzo podobnie: to istnieje? Sprawdzę.

Właściwie to nie ja, tylko te dwie dziewczyny, które były z Łysobyków.

Internauci już wyłapali, że tam jest ok. 140 mieszkańców, a nie 40.

Podejrzewam, że jak już poszło hasło, to wszyscy zaczęli sprawdzać i pisać. Albo z Łysobyków byli.

To był oczywiście spontan. Miałem plan zapytania, kto jest z jakich miejscowości, ale nigdy nie wiedziałem, kto się odezwie i co powie. Dziewczyny powiedziały, że są z Łysobyków – to przecież był samograj. Nie miałem pojęcia, że istnieje taka miejscowość.

Nikt nie miał pojęcia.

To jest bardzo fajne. Jesteśmy w jednej sali, jest występ stand-upowy, ludzie idą na kogoś, kogo lubią. Przynajmniej tak zakładam – nikt nie chce wydawać pieniędzy na występy osób, których nie lubi. Spędzamy ze sobą trochę czasu to można sobie pożartować i „podrzeć łacha”.

Zdarzyła Ci się sytuacja, w której jakiś gościu zabłądził, zamiast na „Jezioro Łabędzie” trafił na stand-up i po pewnym czasie wstał, krzyknął: „co Ty gadasz” i wyszedł?

Pewnie było parę takich sytuacji, że ludzie byli niezadowoleni i wychodzili. Tak się będzie zdarzać zawsze. Nie każdy wie na co idzie. W swoim nowym programie „Ludzie trzymajcie kapelusze” mówię, że mnie bardzo razi taka ignorancja ludzi – jeżeli nie wiesz, na co idziesz i co się będzie działo, to jest to tylko i wyłącznie Twoja wina. Dziś sprawdzenie czegokolwiek, znalezienie fragmentu i zobaczenie, z czym to się je, zajmuje jakieś 30 sekund. Jeżeli nie chcesz poświęcić pół minuty swojego życia to się potem nie dziw, że masz zrąbane dwie godziny.

Jak się pojawiał stand-up w Polsce, to my na początku występu często tłumaczyliśmy, że może być trochę ostrzej. Na plakacie było napisane, że to „wieczór kabaretowy”, a my musieliśmy wyjaśniać, że nie do końca. Teraz już nie trzeba tego robić.

Hitler, papież, miejskie toalety, Ukraińcy i Rosjanie, wybory, własna córka, spowiedź (to jeszcze w kabarecie Limo) i inne – są jakieś tematy, z których nigdy nie żartujesz?

Mam nadzieję, że nie będzie takich tematów.

Kocham moją córkę do szaleństwa i jest moim największym skarbem. Czasem sobie pożartuję, ale nie z niej, a bardziej z siebie: ze swoich reakcji na rzeczy, które się dzieją, ze swojej niecierpliwości czy nieudolności. To jest mały człowiek, w tej chwili ma 3 lata, więc jest oczywiste, że chce poznawać świat, a ja mogę się wkurzać tylko na siebie, że czegoś nie ogarniam.

Na pierwszy rzut oka może to tak wyglądać, że śmieję się z córki, a tak naprawdę śmieję się z siebie. To są moje wady, moje problemy i ja muszę sobie z nimi radzić. To, że czasem chcę powiedzieć: „daj mi spokój” czy „uduszę”, to nie znaczy, że chcę ją udusić. Kocham ją na zabój, a że czasami, tak jak każdy rodzic, jestem zmęczony, to próbuję gdzieś to wyładować. Wiadomo, że chcemy zdobywać świat, a w tym czasie trzeba kogoś przewinąć, ustawić, ubrać i to trwa 30 razy dłużej niż jak ja bym założył koszulkę.

Tak samo jest z Rosjanami i Ukraińcami – nie śmieję się z nich, tylko z siebie, bo się wkurzam, kiedy słyszę ich język. To mój problem, że mam takie uprzedzenia. Tak nie powinno być, że stoi 6-letni chłopiec z rodzicami, pakują szafę, a w mojej głowie pojawia się jakakolwiek negatywna myśl. To są kwestie do wypracowania u mnie, a nawet u nas, bo się okazuje, że nie tylko ja mam takie uprzedzenia.

Podobnie sprawa wygląda z tym nieszczęsnym papieżem. Ja właśnie stwierdziłem, że papież jest  zwykłym typem, a inni ludzie zaczęli mieć z tym problem. Zaczęli uświęcać go ponad jego świętość.

Jak widać po moich pytaniach, to wraca co jakiś czas.

Kiedyś robiliśmy z kabaretem Limo skecz o Wawelu. Wtedy też był skandal. Jako młodzi adepci sztuki komediowej stwierdziliśmy, że napiszemy oświadczenie i wyjaśnimy punkt po punkcie, co mieliśmy na myśli. To było moje pierwsze i ostatnie takie oświadczenie. Tłumaczenia nie mają sensu - ci, którzy zrozumieli - nie potrzebują wyjaśnień, a ci, którzy nie zrozumieli i tak mają własną interpretacje i w ich mniemaniu „tłumaczy się tylko winny”. Jeżeli jakiś rodzaj humoru Ci nie pasuje, to po prostu nie idziesz na danego komika. I tyle. Jest jeszcze kilku innych, którzy nie przeklinają, idą w abstrakcję, są kabarety, mimowie, żonglerzy itd.

To może wyjaśnijmy laikom, czym się różni stand-up od kabaretu. W kabarecie też są komicy, którzy występują solo, jak Marcin Daniec, Andrzej Poniedzielski czy Jerzy Kryszak.

W przypadku solistów ciężko jednoznacznie określać i kategoryzować, do jakiej sztuki są  zaliczani. Przestałem być ortodoksem w tej kwestii. Ale chyba najlepiej różnicę wyjaśnił kiedyś mój kolega Antoni Syrek-Dąbrowski: my po prostu nie czerpiemy z tego samego nurtu, z którego czerpią m.in. Marcin Daniec, Jerzy Kryszak czy Cezary Pazura. My chcemy wzorować się na gościach, którzy robią to zagranicą. Nie dlatego, że oni są lepsi, bo są z zagranicy, ale dlatego, że tamto rozumienie tej sztuki nam bardziej odpowiada. Chcemy podążać w stronę takich stand-uperów jak George Carlin, Louis C.K., Bill Burr czy Doug Stanhope.

A czym się różni kabaret od stand-upu? Zapraszam do poklikania w internecie: znajdźcie sześć skeczy i sześć bitów stand-upowych. Mam wrażenie, że wyłapiecie tę różnicę. Jeśli nie, to tłumaczenie też nic nie da.

Byłem na jednym z ostatnich występów kabaretu Limo (listopad 2013, Palladium) i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem skecz o symbolach (Premier i Orzeł Biały). Tam padają takie słowa: „Wy sobie nami symbolami mordy wycieracie, a sami dupy dajecie”. Mocne, w pierwszym momencie śmieszne, a zaraz potem przychodzi refleksja, że to przecież rzeczywistość. Od tego czasu zmieniła się władza, ale poza tym jest tak samo.

Nic się nie zmieniło. Nie tylko u nas, ale w każdym europejskim kraju, ci, którzy rządzą, próbują ustawić całą resztę, mają coś za uszami. To jest duży biznes, jakaś gra. Ja mogę sobie idealistycznie myśleć, że polityka powinna być uczciwa, fajna itd, ale jestem dorosłym człowiekiem i wiem, że tam są koncerny, lobbingi, kombinacje co zrobić, żebym mógł zarobić i żeby zarobić mógł też mój kumpel, który ma wielką wytwórnię papieru, mydła albo czegokolwiek innego.

To nie jest tak, że damy wszystkim, a przy tym będziemy mieć niskie podatki, niski wiek emerytalny i wszyscy będą zarabiać. I czy przyjdzie facet, który powie mi, że Bóg jest ważny, czy taki, który powie, że Bóg nie istnieje, czy w żółtym garniturze, czy w zielonym, nie ma żadnego znaczenia. Każdy przyjdzie załatwiać swój interes. Tak jest wszędzie i od zawsze.

Jedyne, co możemy zrobić, to niwelować to na swoim poziomie – Ty możesz być uczciwy, ja mogę być uczciwy, te same wartości przekażemy swoim dzieciom. Polityka to zbyt duża gra.

Oglądam serial „House of cards”. Wiadomo, że to fikcja, ale musi być oparta na prawdziwych schematach zachowań. To jest przerażający serial. Jeden z najmroczniejszych, jakie widziałem.

Polacy są podzieleni? Może to jest tylko sztuczny podział wykreowany przez polityków.

Jedno nie wyklucza drugiego. Mam wrażenie, że coraz częściej słyszę, jak ludzie w rodzinach się kłócą na tematy polityczne czy religijne. A właściwie polityczne, bo religia jest tylko narzędziem w tej całej grze. Czy wymachujesz większą czy mniejszą flagą, czy niebieską z żółtymi gwiazdkami, czy biało-czerwoną, czy jakąkolwiek inną…

Czy białą różą.

Tak. To nie ma żadnego znaczenia, bo jak jesteś przeciwko, to automatycznie jesteś też za. I odwrotnie. A to nie jest tak do końca. Można być przeciwko jednym i jednocześnie nie być za tym drugim. Tymczasem u nas od razu następuje sztywny podział. Myślę sobie, że to poszło w taką stronę, że jedynie, co możemy zrobić, to oddolnie rozkopać ten murek.

Miałem kiedyś monolog „Na dwa”. Tam jest mowa o tym, że może powinniśmy się trwale podzielić, stworzyć dwa kraje i wtedy obie strony będą szczęśliwe. Wówczas moglibyśmy sobie wreszcie wypowiedzieć wojnę oficjalnie.

Z drugiej strony myślę, że nie damy się skłócić na śmierć i życie. Polacy, co by nie mówili i jak bardzo by nie narzekali, za bardzo kochają wolność. Nie sądzę, by ktoś mógł nam nałożyć kaganiec czy nawet szczuć przeciwko sobie. Wszyscy jesteśmy zabiegami i mamy swoje małe sprawy, typu „kupię pralkę”, „muszę wysłać dzieciaka do szkoły”, ale jak przyjdzie moment, w którym ktoś – i to nieważne, z której strony - zacznie przeginać, to po prostu ludzie się wkurzą.

To już mieliśmy takie oznaki, nawet w ostatnim czasie. „Czarny protest” był tego dobrym przykładem.

Tak było przede wszystkim w latach 80., kiedy powstała Solidarność.

„Czarny protest” pokazał, że ci ludzie na górze po prostu mogą się wystraszyć. Nie chcę mówić tylko o jednej ze stron. Myślę, że panowie u góry muszą się kontrolować, bo jak posuną się za daleko, to się to źle skończy. Ja jednak nie chcę być czarnowidzem, wierzę w Polaków. Nie dopuszczam do siebie myśli, że spotkam się z sąsiadem czy z kuzynem, czy z kimś z drugiego końca miasta i on będzie chciał we mnie rzucić kamieniem, tylko dlatego, że jakiś idiota w telewizji powiedział, że tak trzeba.

Im zależy, żeby nas dzielić, bo braki rzetelności i jakości przykrywają krzykiem i podjudzaniem.

Po obu stronach jest jakaś kompletna amatorka. Misiewicze, Szyszki, urlopy Petru, Kijowski i jego przygody z alimentami, fakturami itd. Komu ufać? Jak się wyciąga tysiące ludzi na ulicę, a potem daje dupy, to się nie ma co dziwić, że następnym razem wszyscy się trzy razy zastanowią zanim wyjdą z domu.

Czy w stand-upie, czy w hip-hopie, czy w polityce - jak robisz coś dla hajsu, to jesteś lamusem. I wal się.

Od kilku lat wszystko jest wykorzystywane do podziałów: święta narodowe, nawet słowa patriotyzm, ojczyzna, naród, suweren, flaga.

Z czego to, moim zdaniem, wynika? Z tego, że jedni ludzie mają to totalnie w dupie, a inni wyświęcają aż nadto.

Ostatni przykład: Święto Flagi 2 maja – kto wywiesza flagę? Niektórym się w ogóle nie chce, a inni  „przyszywają” ją sobie na koszulkę, spodnie, buty, majtki i czoło. Jeden krzyczy, że jak nie masz flagi to jesteś zdradziecką szmatą, inny nie wywiesi flagi, bo to jest obciach, a niekiedy jeszcze budzi agresję. Nie ma w tym „fajności”, pozytywnej energii.

Nie chodzi o to, że masz się utożsamiać z narodem bądź nie. Jedni potrzebują zbiorowości, inni mniej. Jedni potrzebują iść do Kościoła, pomodlić się, inni pomodlą się nad rzeką, a jeszcze inni wcale, bo uważają, że to wszystko, co się dzieje, jest kwestią przypadku. Nie mnie to oceniać. Każdy ma swój światopogląd: jeżeli potrzebujesz iść do Kościoła czy nad rzekę, to dopóki nie niszczysz rzeki czy nie wychodzisz z Kościoła krzycząc „spalić resztę”, to ja mam luz i rób sobie co chcesz.

To wszystko powinno być pozytywne – modlitwa, niesienie flagi. To powinno być coś, co jednoczy i daje nam poczucie bycia rodziną, jedną drużyną.

Przez pewien czas najbardziej było to widać 11 listopada. Co by nie mówić, to radosne święto, a ludzie wychodzili na ulice i się lali, demolowali miasto.

Oczywiście ci, którzy chcą rozróby, zawsze znajdą pretekst – wystarczy, że założysz rękawiczki z jednym palcem to znajdzie się kilku, którzy nazwą to zdradą ojczyzny i spalą stojący obok samochód.  A zawsze dobrze mieć szlachetne wytłumaczenie - przecież atakuje się innych zazwyczaj w imię  obrony demokracji, praw człowieka czy Boga.

Z drugiej jednak strony, nie ma też poszanowania i chęci kompromisu po przeciwnej stronie barykady. Wystarczyłoby powiedzieć: „dobra, wybudujmy ten pomnik, bo chłopaki walczyli, więc warto by im podziękować i zbić piątkę”. Wszyscy mają to w dupie, lecą za pieniędzmi.

Jeżeli ktoś przez lata proponuje jedną politykę, to żeby zbić kapitał i zebrać popleczników, trzeba proponować coś anty. To jest tak proste, a wszyscy dają się na to nabrać.

Niech powstają świątynie wszelakiej maści, niech wywieszają różne flagi, niech postawią pomnik Koszałka Opałka, ale też Witolda Pileckiego, megakozaka, którego też wspominam w „Proteusie”. Znając jego historię to mózg staje, że możesz być kimś tak odważnym i tak zakochanym w swoim narodzie i drugim człowieku.

Dawanie wysokich emerytur ludziom, którzy kiedyś katowali Twoich rodaków, nie jest w porządku. Ktoś przez te wszystkie lata powinien się tym zająć, a nikt tego nie zrobił. Cała reszta teraz próbuje to uczynić na agresywnej kontrze. A przecież można się dogadać tak normalnie, po ludzku, a nie burzyć i budować od nowa. Za trzy lata przyjdą inni i będą stawiać coś anty. A przecież zamiast tych dwóch pomników, za te same pieniądze można wybudować jeden wspólny i przedszkole.

Najgorsze jest to, że to wszystko, co mówię, to oczywiste oczywistości, ale ludzie w tym zacietrzewieniu dają się na to wszystko nabrać. Dostają hasła i idą się kłócić dalej.

Może trzeba – jak mówisz w „Proteusie” – stanąć między nimi i krzyknąć „pokaż dupę”.

Chyba faktycznie powinni obejrzeć ten materiał (śmiech).

Nie masz wrażenia, że politycy odbierają Wam robotę, a przynajmniej jeden z tematów? Tu jakieś San Escobar, tam powitanie Tuska na Dworcu Centralnym, jeszcze zwycięstwo 1:27.

Nie wiem, czy odbierają nam robotę…

… niekiedy trudno być bardziej śmiesznym od nich.

To tak, ale tez mało komików chce wyśmiewać polityków. Ja mam jakiś fragment polityczny w moim nowym programie „Ludzie trzymajcie kapelusze”, bo nie mogłem się od tego zupełnie odciąć. Ja też próbuję to sobie w głowie jakoś poukładać. To nie jest takie proste, bo emocje robią jedno, a rozum mówi drugie. Jak ktoś chce zobaczyć to zapraszam.

Trudno dostać bilety na Twój występ. Na czerwcowy występ w Warszawie zostało ich bardzo niewiele.

Ja się bardzo cieszę, że tak to się toczy. W czwartek grałem w Łodzi dla ponad 1000 osób, to było niesamowite, że oni przyszli tylko na mnie. W sobotę znów tam jadę, bo nie wszyscy dostali bilety. Jestem bardzo szczęśliwy, że to, co robię, podoba się ludziom i chcą przyjść, posłuchać. Ja jestem spełniony, muszę tylko pilnować poziomu i rozwijać się. To, że mam swoją widownię, jest największą nagrodą, jaką mogłem sobie wyobrazić. Ale wracając do pytania: mało komików chce się zabierać za politykę. Czasami ktoś coś wtrąci, jakieś jedno hasło czy dwa, ale to się ludziom niedobrze kojarzy. Myślę, że już połowa ludzi przestała czytać ten wywiad.

Mam nadzieję, że nie.

Ja myślę, że trochę tak, bo zaczęły się tematy polityczne, a ludzie są zmęczeni tym ciągłym krzykiem, przerzucaniem się odpowiedzialnością. Ludzie chcą przyjść i po prostu się pośmiać. Ja też czasami staram się to sprytnie przemycać, ale wiem, że gdybym zaczął od tego i perorował, to nikt by nie chciał tego oglądać. To, co oni robią, z dwóch stron barykady, jest nudne i żenujące. Ludzie na to patrzą z coraz większym obrzydzeniem, a nie mówią „super, dajcie jeszcze kawałek”.

Nie wiem, czy politycy odbierają nam chleb, ale faktycznie mogliby się zająć czymś konstruktywnym, a nie rozśmieszaniem nas.

Jest jakiś polityk, Twoim zdaniem, który potrafi śmiać się z siebie, ma dystans do siebie?

Z tego co wiem to potrafi Robert Biedroń. On był na roaście Popka, tego pieśniarza. Podobno dał radę. Ja nie widziałem tego, ale słyszałem od kumpli, którzy byli, że absolutnie na klatę przyjął wszystkie żarty o sobie i potrafił się odgryźć.

Nie uważam, że on jest idealnym politykiem. Słyszałem, że jest bardzo mocno zaangażowany w tworzenie sobie PR-u i jest parę rzeczy, które można by zrobić w Słupsku, a nie ciągle podróżować, ale nie mieszkam tam, więc to są tylko takie ploty-ploteczki. Pewnie nie jest bez skazy, ale jeśli chodzi o poczucie humoru i dystans do siebie, to myślę, że w tej materii jest numerem jeden w Polsce.

Chyba tylko Biedronia można zobaczyć na takich imprezach. Jest trochę jak Barack Obama, który wystąpił u Zacha Galifianakisa w „Paprotkach”. Wiadomo, że to jest pewnie bardziej ustawione niż z innymi gośćmi, bo to jednak prezydent Stanów Zjednoczonych, ale ten facet potrafił się z siebie pośmiać, przyjąć krytykę. W przeciwieństwie do Trumpa, brał udział w spotkaniu korespondentów akredytowanych przy Białym Domu. To taki trochę roast prezydenta. Ten facet był niesamowity. Nie wiem, jak rządził i ile dzieci Amerykanie w tym czasie zamordowali w Iraku, bo to już inna sprawa, ale samo to PR-owe podejście pokazuje, że są ludzie, którzy potrafią się uśmiechnąć. Okazało się, że polityk może mieć ludzką twarz, a nie być tylko krzyczącym, nakręconym i wściekłym, czarno-czerwono-zielonym psem.

Krzysztof Sobczak