Brudziński: feministka zaatakowała nożem wolontariusza pro-life. Rozmawiamy z aktywistką, jak było naprawdę

03.07.2017 11:30

Do nieprzyjemnego zdarzenia doszło w sobotę wieczorem w okolicy szpitala Orłowskiego w Warszawie. Przedstawicielka pro-choice i aktywistka Martyna Równiak została zaatakowana gazem pieprzowym przez zwolennika całkowitej delegalizacji aborcji. Poszło o plakaty przedstawiające zmasakrowane płody. 

Brudziński

fot. East News

Tymczasem portal niezależna.pl powołując się na informacje rozpowszechniane przez serwis stopaborcji.pl podaje, że wolontariusz Fundacji Pro – Prawo do życia został zaatakowany nożem przez dwie działaczki na rzecz ruchu pro-choice. Używają określenia "obywatelskiego zatrzymania", jakiego miał dokonać mężczyzna widząc kobiety rzekomo próbujące zniszczyć samochód należący do fundacji (tam zawieszone były plakaty zmasakrowanych płodów). 

Oskarżenia płyną w stronę Martyny Równiak, studentki Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i członkini stowarzyszenia Medical Students for Choice. Towarzyszyła jej Natalia Jakacka, lekarka w szpitalu przy Orłowskiego. Prawicowe portale twierdzą, że Martyna miała w ręku nóż i chciała zaatakować mężczyznę z ruchu antyaborcyjnego. Te spekulacje powtórzył w poniedziałek Joachim Brudziński na antenie TVN24.

Wersja kobiet jest diametralnie inna. 

- Byłyśmy z Natalią pod szpitalem Orłowskiego, przy samochodzie należącym do Fundacji Pro – Prawo do życia - mówi w rozmowie z RadiemZET.pl Martyna Równiak. - Około godziny 21:50 podjechał w to miejsce samochód. Mężczyzna zaparkował na "kopercie", wybiegł z auta i zaczął do nas krzyczeć. Mnie popsikał gazem pieprzowym. Mam ślady na żuchwie i na szyi. Nie zmywam ich, czekam na obdukcję - zaznacza Martyna. - Mężczyzna krzyczał, nagrywał nas telefonem. Wtedy Natalia również zaczęła go nagrywać pytając, czemu zaatakował mnie gazem - relacjonuje działaczka. - W pewnym momencie wyrwał Natalii telefon i pobiegł w stronę skrzyżowania z parkiem. Rzucił jej telefonem w krzaki. Natalia jeździła za nim rowerem, ja wzięłam swój telefon i gaz, który miałam w plecaku i zadzwoniłam na policję.

Dalej Martyna opisuje przebieg wizyty funkcjonariuszy.

- Przyjechała policja i skuła tego mężczyznę. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów, mimo że przyjechał samochodem. Potem opróżniając kieszenie pokazał gaz, który miał ze sobą - relacjonuje kobieta. - Siedzieliśmy tam przez kilkadziesiąt minut. Ja czekałam co dalej, funkcjonariusze pomagali nam w poszukiwaniach telefonu - Martyna dementuje też, jakoby samochód fundacji miał ulec zniszczeniu. - Policja obejrzała samochód. Nie był uszkodzony ani pojazd, ani plakat. Nie było podstaw, żeby nas zatrzymać - dodaje.

Martyna odniosła się też do zarzutów powtarzanych m.in. przez polityka PiS Joachima Brudzińskiego o zaatakowaniu mężczyzny nożem.

- Na zdjęciach, które są w sieci widać, że trzymam gaz łzawiący.  Można się o tym przekonać, choćby przez fakt, jak mam ułożona rękę. W taki sposób nie trzyma się noża. Trzymałam gaz - zdecydowanie zaznacza. - Chciałabym tez zdementować, że kiedykolwiek komukolwiek groziłam nożem. To nieprawda - dodała. 

Martyna ma już kartę z SOR-u, a na 13:30 w poniedziałek została zaplanowana obdukcja. Potem obie kobiety pójdą na policję. Nie mają też zamiaru ignorować pogłosek rozpowszechnianych przez prawicowe portale. 

- W niedzielę wysłałyśmy maile do wszystkich serwisów, które podawały informacje mijające się z prawdą. Oczekujemy sprostowania - wyjaśnia Martyna.

Na razie nie ustosunkowali się do apelu kobiet.

RadioZET.pl/KM