Konrad Piasecki

fot. Radio ZET

Klątwa

26.02.2017

Okrzyczana przez jednych sztuką dekady, a przez innych arcy-skandalem. Rodząca spory i polemiki, prowadzone przeważnie przez tych, którzy przedstawienia nie widzieli. Budząca ciekawość. Także i moją. Wszedłszy w posiadanie wejściówki, przekroczywszy Wisłę i usłyszawszy od rozmodlonej i stojącej przed teatrem pikiety kilka gorzkich słów, zostałem widzem najgoręcej dyskutowanego spektaklu Warszawy. I…

…i mam poczucie, że wszyscy, którzy toczą gromkie debaty o Klątwie są elementem, rozciągającego się daleko poza teatralną scenę performance, obmyślanego i sprowokowanego przez jego twórców, Szokująca widza, już w pierwszych minutach spektaklu, scena z figurą Jana Pawła II została umieszczona tam właśnie po to, by o przedstawieniu było głośno, by prowokowało, by rodziło protesty i by nie przeszło niezauważone przez teatralne deski stolicy. Powiedzieć, że ten spektakl żywi się skandalem, zyskuje dzięki niemu sławę i sprzedawalność biletów – to powiedzieć mało. Ten spektakl bez tego skandalu, bez tych debat, narzekań, oświadczeń, pikiet właściwie nie istnieje. Duża część pomysłu na niego, to właśnie polemika z tymże, sprowokowanym do załamywania rąk, modłów i różańców, światem zewnętrznym. Jego obrazoburstwo, jego kontrowersyjność, jego kalanie świętości, jego testowanie odporności widza i nie-widza-polemisty jest zapewne, po trosze, odbiciem poglądów twórców spektaklu, ale jest przede wszystkim marketingowo-artystycznym pomysłem na publiczno-medialny happening.

Klątwa jest, malowaną bardzo grubą kreską, karykaturą, pastiszem wszelkich narodowo-konserwatywnych wyobrażeń o świecie i potępieńczym obrazem Kościoła, jako siedliska zakłamania, nietolerancji, pedofilii i opresji. Powiedzmy sobie wprost – to polemika na poziomie raczej walenia kłonicą i ostrych przejaskrawień niż dzielenia włosa na czworo i subtelnej intelektualnej dysputy. Jak księża – to koniecznie zepsuci do szpiku kości, jak narodowcy – to węszący po widowni w poszukiwaniu muzułmanów, a do tego oszalali patrioci skandujący „Polska, Polska…” w rytm uniesień seksualnych. Cóż, nadto wyrafinowane przesłanie to nie jest…

Znacznie bardziej interesujące (i dowodzące o dziwo sporej autoironii) są wygłaszane ze sceny polemiki aktorów z samy pomysłem na spektakl i jego reżyserem. To właśnie w jednej z nich pojawia się pomysł na „zbiórkę pieniędzy na zabicie Jarosława Kaczyńskiego”. Ale nie sposób uznać tego (wbrew temu, co pisze Jacek Kurski) za „nawoływanie do politycznego mordu”, bo to raczej auto-drwina i skarykaturalizowanie pomysłów i myślenia o post-modernistycznym teatrze XXI wieku.

Nie będę pozował na znawcę teatru. Jestem tylko jego widzem, choć widzem, za jakim-takim doświadczeniem. I jako ów widz miałem wrażenie, że Klątwa nie jest ani wielkim wydarzeniem kulturalnym, ani szczególnie celną i oryginalną polemiką z „kato-narodowym” oglądem świata. Podobne, (choć chyba jednak o dwa poziomy delikatniejsze) zabiegi artystyczne widywałem już na scenie. Te najgłośniejsze, użyte w Klątwie, nadużywają estetyki szoku, skandalu, czystej, nieuzasadnionej treścią sztuki, prowokacji. Czy za taką prowokację twórców powinno się ścigać przy pomocy prokuratury? Uważam, że nie. Przestrzeń teatralna jest przestrzenią zamkniętą. Pojawiają się w niej ci, którzy tego chcą, których uprzedzono, że sztuka może ranić uczucia religijne. To nie jest sytuacja, w której ktoś wpada na mszę świętą, by ją zakłócić i sprofanować. A zatem prokuratorskie śledztwo w tej sprawie uznałbym za niepotrzebne i wkraczające w obszar swobody twórczej (nawet, jeśli tej swobody tu nadużyto). Znacznie mniej oczywista wydaje mi się natomiast odpowiedź na pytanie o to, czy teatr decydujący się na wystawianie takich przedstawień powinien być współfinansowany z publicznych pieniędzy. Bo jeśli zgodzimy się, że mogą one wspierać artystyczne ekstrema, po obu stronach publicznej debaty – to w porządku. Ale wyobrażam sobie, jaki krzyk podniósłby się, gdyby resort kultury finansował spektakle pozwalające sobie na prowokacje a rebours, wymierzone swym ostrzem w poglądy i instytucje lewicowo-liberalne. I mam dziwne przekonanie, że ci, którzy opiewają dziś artystyczny ferment, przełamywanie tabu, nie mają problemu z kalaniem autorytetów i ranieniem uczuć – pierwsi wyrażaliby swe oburzenie i uznawali dotowanie takich przedsięwzięć za podłość prawicowego regime ‘u. 

Radio ZET/ Konrad Piasecki