Podróże są nie tylko dla bogatych. Ta rodzina z siedmiorgiem dzieci zwiedza całą Europę [Wywiad]

fot. Archiwum prywatne

Podróże są nie tylko dla bogatych. Ta rodzina z siedmiorgiem dzieci zwiedza całą Europę [WYWIAD]

29.06.2017

Jeżeli uważacie, że dalekie i regularne podróże są zarezerwowane tylko dla bogatych i bezdzietnych, poznajcie historię Przemka i Marty Krajewskich z Gdańska, którzy mając siedmioro dzieci, na wyprawy po Europie wyruszają co miesiąc.

Rodzina Krajewskich na podróże ma jedną receptę: "tanio, jeszcze taniej i za darmo, ale bez biedowania". Jeszcze niedawno zagraniczne wojaże wydawały im się czymś odległym, a dziś mają zasadę, aby przynajmniej raz w miesiącu ruszyć w drogę. Nie tylko z własnymi dziećmi. Kawałek świata pokazali także już prawie setce mniej zamożnych dzieci, którym wyprawy zorganizowali za friko. Obecnie rodzina opisuje swoje przygody na blogu DzieciakiNaWalizkach.blogspot.com i... wybiera kolejne cele na mapie.

Od jakiegoś czasu przygody państwa rodziny możemy śledzić na blogu „Dzieciaki na walizkach”. Zawsze taki był państwa styl życia?

Wręcz przeciwnie. Kiedyś w ogóle nie podróżowaliśmy. Z jakiegoś powodu wbiłem sobie do głowy, że nas na to nie stać i takie jeżdżenie po świecie to wyłącznie marnowanie pieniędzy. Tak uważałem dopóki osobiście nie przekonałem się jakie są korzyści z wspólnych wyjazdów.

Jakie to korzyści?

Po pierwsze, jest to czas kiedy jesteśmy razem. Codzienne obowiązki sprawiają, że ludzie żyją trochę obok siebie, a dzięki temu mamy kilka dni na wspólne przygody – czasem śmieszne, czasem straszne, ale takie, z których wychodzimy cało i mamy co wspominać. Druga zaleta to oczywiście wiedza. Z geografii Europy dzieci błyszczą, poznają także języki i uczą się przedsiębiorczości oraz życiowej zaradności. Mógłbym długo tak wyliczać, ale warto też dostrzec jak trzydniowy wyjazd może zmienić dzieci.

krajewscy002

Ile takie wyjazdy kosztują?

Idea naszych wyjazdów jest taka, żeby nie były one droższe niż 100 zł dziennie na osobę. W tym zawarte są wszystkie koszty: przejazdy, noclegi, wyżywienie, atrakcje itd. Z tego powodu nie zawsze jeździmy wszyscy. Kontynentu też nie zmieniamy i podróżujemy po Polsce i Europie. W ten sposób zwiedziliśmy m.in. Budapeszt, Wiedeń, Brukselę, Paryż i Berlin. Ten ostatni całą rodziną i był to zarazem jeden z tańszych wyjazdów.

Kiedy jadą państwo całą gromadką, ciężko jest zapanować nad siódemką dzieci?

Mamy na to swoją strategię. Wyjazd jest dobrze przygotowany. Jest oczywiście miejsce na spontaniczność, ale to dzięki kilku regułom możemy zachować spokój. Jeśli okaże się, że jakaś atrakcja wypadła z planu, nie rozpaczamy, tylko sięgamy po plan B. Ważny jest też szyk, w którym się poruszamy. Dla postronnych obserwatorów to musi wyglądać komicznie. W pierwszym rzędzie idą najmłodsze dzieci, które trzymają się obu stron wózka. Potem idą te troszkę starsze i na koniec najstarsze. W ten sposób się wzajemnie pilnujemy, a my, rodzice, nie musimy rozglądać się wokół za maluszkami.

I podobno, wbrew nazwie strony, nie noszą państwo ze sobą walizek…

To prawda. Dzięki temu jesteśmy mobilni i możemy szybko reagować. Kiedy wyruszamy w 2-3 osoby oczywiście bierzemy walizki, ale podczas większej eskapady zabieramy plecaki, żeby mieć wolne ręce. Przedstawię to obrazowo. Kiedy byliśmy pierwszy raz w Wiedniu, mój syn Wojtek nie znał metra i nie wiedział, że jeździ tam pociąg. Zaczął iść w stronę krawędzi peronu. Zauważyłem to i złapałem go za rączkę. Gdybym miał w ręku bagaż, to musiałbym go rzucić w bok, a to wydłużyłoby czas reakcji. To po prostu taki nasz patent na bezpieczeństwo.

krajewscy004

Jak dzieci reagowały na pierwszy wyjazd za granicę? Odczuły szok, ze względu na odległość od domu i obcy język wszędzie wokół?

Z perspektywy czasu, myślę, że dla dzieci było to łatwiejsze niż dla mnie. One przyjęły to naturalnie, a ja robiłem zamieszanie. Kiedy znaleźliśmy się na dworcu w Wiedniu zabłądziliśmy, do tego pomyliły mi się mapki. Pokazywałem ludziom niewłaściwy kierunek i zamiast naszego taniego hoteliku, wskazywałem niechcący drogę do Waldorf Astoria. Kiedy, zgodnie z instrukcjami przechodniów, znaleźliśmy się pod ogromnym, pięknym budynkiem zdaliśmy sobie sprawę, że to chyba nie tu.

Niezły szok przeżyłem także próbując skorzystać z bankomatu. Kiedy włożyłem kartę, nagle otworzyły się drzwi do banku, a tam rzędy biurek, ponieważ maszyna była w środku. W Polsce nigdy czegoś takiego nie widziałem, więc przestraszyłem się, że wchodzę komuś do pracy po godzinach, albo nawet dokonuje włamania.

Zagłosuj

Kiedy ostatnio byłeś za granicą?

Jaka przygoda najbardziej zapadła wam w pamięć?

Najzabawniejsza była wizyta w Budapeszcie. Zarezerwowaliśmy wcześniej lokum i byliśmy pewni, że wszystko jest już załatwione. Kiedy przyjechaliśmy do miasta, dostałem SMS-a od naszej gospodyni, że ma teraz zajęcia z rumby i nie może nas przywitać, ale klucz zostawiła u pani w warzywniaku. Tę mieliśmy poznać po tym, że ma… jedno oko. Powoli sytuacja zaczęła robić się absurdalna. Panią z warzywniaka znaleźliśmy i po angielsku zaczęliśmy się dopytywać o klucz. Ona przekonywała, że nic o tym nie wie. Wychodząc zacząłem po polsku rozmawiać z dziećmi i wtedy usłyszałem zza pleców wołanie tej pani – po polsku – „trzeba było mówić, że z Polski, jak po angielsku to ja mówię, że nic nie wiem”. Klucz dostaliśmy, ale to nie koniec.

Potem trafiliśmy podwórko, gdzie kluczu do pokoju mieliśmy poszukać pod doniczką. Problem w tym, że doniczek tam były dziesiątki. Podnieśliśmy wszystkie. Klucz był w ostatniej, która stała nie na podwórku, ale na parapecie. Potem nauczyliśmy się, że takie perypetie zdarzają się i piętrzą podczas podróży, ale wiele osób chce pomagać. Zauważyłem też taką tendencję, że najchętniej spontanicznie pomagają emigranci. Widzą, że jesteśmy zagubieni – podchodzą i zagadują, robią co mogą żeby pomóc, bo sami to po prostu przeżyli.

krajewscy003

A zdarzały się mniej zabawne sytuacje?

Bagaże nam nigdy nie zginęły. Widzieliśmy innych turystów, których okradziono, ale nas to na szczęście ominęło. Myślę, że złodzieje mają po prostu sumienie, kiedy chodzi o ludzi z dziećmi.

Jak udaje wam się wszystko zaplanować do tego stopnia, że wyjazdowy chaos was omija?

Mamy w domu ranking miejsc, gdzie dzieci chciałyby pojechać i szukamy właściwego momentu, żeby zrealizować te marzenia. Kluczową sprawą jest wybór noclegu. Nie nocujemy po hostelach, ani małych hotelikach, bo dzieci potrzebują przestrzeni. Kiedy mamy już miejsce do którego pojedziemy, pozostaje pytanie jak tam się dostaniemy. Najbardziej lubimy pociągi, w ostateczności samoloty. Autobusy odpadają, bo tam nie ma przestrzeni dla dzieci, a poza tym to strasznie męczące. Nawet teraz, kiedy na siedzeniach dzieciaki mogą znaleźć tablety to i tak jest duszno i ciasno. Jesteśmy też łowcami okazji. W tym roku udało nam się za 19 euro pojechać linią Warszawa-Praga w jedynym pociągu, który ma specjalny przedział zabaw. To nie miejsca siedzące, tylko takie kolejowe przedszkole

Jak często wyjeżdżacie?

Staram się, żeby przynajmniej raz w miesiącu zaliczyć jakiś wyjazd. To nie są długie eskapady. Trwa to 2-3 dni. Jedziemy za granicę, albo gdzieś do Polski. Staramy się też zabierać gratis przynajmniej jedno dodatkowe dziecko spoza rodziny. W wakacje wyjeżdżamy na dłużej, żeby spędzić razem jakiś tydzień. W tym roku celem są Beskidy, a wyjazd jest śmiesznie tani – po 33 zł dziennie za osobę.

krajewscy005

Mimo wszystko, większość ludzi, nawet jeśli chciałaby jeździć, to zawsze odsuwa to w czasie. Czemu?

Ja doskonale rozumiem taki punkt widzenia, bo sam myślałem w ten sposób. Nie wiem jak to się stało, że wykazaliśmy taką determinację i zainteresowanie… Teraz mam wrażenie, że wypracowałem jakiś szósty zmysł do wyczuwania okazji. Zależało mi na tym, żeby dzieci nie były gorsze. Większość kolegów i koleżanek córki gdzieś wyjeżdżała za granicę. Bałem się, że córka straci możliwość zyskania pewnego dystansu i innego spojrzenia na polskie realia.

Dużo się dziś mówi o tożsamości europejskiej. Dziwię się, że szkoły nie organizują wyjazdów dzieci do Brukseli. Koszt lotu z Gdańska to 39 złotych. Świetnym celem byłoby Parlamentarium, obiekt dla dzieci obok Europarlamentu. Jest wspaniały, można go zwiedzać cały dzień a nawet uczestniczyć w obradach. A jest dla dzieci za darmo. Uważam, że każde dziecko z UE powinno przyjrzeć się jak żyją ludzie w innym kraju wspólnoty. Inaczej żyjemy jakimiś wyobrażeniami, a często uprzedzeniami.

Jakie jest wasze wymarzone miejsce?                                         

Od jakiegoś czasu odkryciem turystycznym Polaków jest wschód. Po tym jak zobaczyliśmy zachód, patrzymy w druga stronę. Czy to z sentymentu, czy z powodów ekonomicznych. Bardzo interesująca – z powodu przyrody i agroturystyki - jest Białoruś. Dla odważnych jest Ukraina. Naszym marzeniem jest Petersburg. Mamy już opracowaną bardzo tanią trasę i chyba pojedziemy tam w przyszłym roku.

krajewscy006

Co powiedziałby pan innym rodzicom, którzy nie mogą się wziąć w garść i ruszyć waszym śladem?

Po pierwsze poleciłbym swojego bloga (śmiech). Poradziłbym też, aby ćwiczyć umiejętność szukania atrakcji za darmo lokalnie. Problem jest taki, że o ile w dużych miastach większość gdzieś wyjeżdża, to na wsiach nie robi tego prawie nikt. A te miejscowości, z których się nie wyjeżdża mają również ogromny potencjał. Chodzi o to, żeby nauczyć się spędzać czas razem w sposób aktywny. Kiedy się połknie tego bakcyla, to apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Mam też apel, do tych którzy wyjeżdżają z dziećmi, żeby pomyśleli o zaproszeniu jakiejś koleżanki lub kolegi swojej pociechy, zwłaszcza takiej, której rodziny na to nie stać. Po pierwsze mamy odrobinę spokoju, bo dziecko zajmie się kolegą. Po drugie, sprawiamy, że mniej zamożne dzieci nie zostaną same w domu. To ważne, żebyśmy przestali myśleć, że wypoczynek stanowi nagrodę dla wybranych.

RadioZET.pl/ Rozmawiał Mateusz Albin