Robert Rutkowski: dbajmy o równowagę między pracą a czasem wolnym. Pracoholizm prowadzi do depresji [WYWIAD]

fot. East News

Robert Rutkowski: dbajmy o równowagę między pracą a czasem wolnym. Pracoholizm prowadzi do depresji [WYWIAD]

24.11.2017

Rosnące tempo życia i pogoń za pieniędzmi sprawiają, że wielu ludzi zbyt dużą część swojego życia poświęca pracy. Znany psychoterapeuta i trener umiejętności psychologicznych Robert Rutkowski w wywiadzie dla Radia ZET wyjaśnia, na czym polegają te mechanizmy. Opis zjawisk zawartych w poniższej rozmowie może przydać się zarówno pracownikom, jak i pracodawcom.

Nie jestem ekspertem, ale patrząc na wielu moich znajomych, wydaje mi się, że narasta w Polsce problem pracoholizmu. To prawda?

Problem narasta, ale czy jest to pracoholizm, to już temat dyskusyjny, bo termin „pracoholizm” to neologizm. To coś, co powstało w ostatnich latach i tak naprawdę nie istnieje on w klasycznej medycynie. To raczej termin wytworzony przez tzw. pop-psychologię, czyli psychologię popularną. Natomiast w ICD-10 (Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób – red.) nie ma nic takiego.

Uogólniłbym to całe zjawisko, bowiem w ostatnich latach obserwowany jest regres kondycji psychicznej wielu społeczeństw. Nie tylko szeroko rozumianego społeczeństwa europejskiego.

Czy możemy zatem zdefiniować to zjawisko? Pracoholizm to uzależnienie od pracy i sytuacja, gdy trudno nam odnaleźć przyjemność poza pracą?

Tak, można umownie posługiwać się tym terminem, jednak aby była jasność – wina nie leży tutaj po stronie samej pracy. Praźródłem tego problemu jest lenistwo człowieka. Człowiek jest generalnie leniwy i nie lubi zmieniać nawyków. Jeśli się w coś wdrożymy, to bardzo ciężko jest nam się przeformułować.

Wykonuję zawód terapeuty uzależnień, czyli towarzyszę ludziom przy zmianie nawyków. Te nawyki mogą być chemiczne, od jakichś substancji, lub behawioralne, związane z zachowaniem. Człowiek, który nie ma zbyt rozbudowanej sfery prywatnej, nie ma emocjonalnego „yin-yang”, gdzie ma osobno czas pracy i czas zabawy. Jeśli oprócz pracy nie ma się pasji, zainteresowań, wtedy zaczyna brakować nam równowagi, a to jest niebezpieczne.

Zauważyłem, że to tzw. zjawisko pracoholizmu występuje zazwyczaj, gdy coś jest nie tak poza pracą. Zdarza się, że ktoś zostaje po godzinach, bo np. kłóci się, czy rozwodzi z żoną. Zawsze tak jest?

Takie osoby oszukują i rodzinę i pracę. Nie chodzi o czas pracy, a efektywność. Parafrazując zdanie, jakie powiedział Freud, „na gruzach szczęścia rodzinnego nie można zbudować sukcesu biznesowego”. Tak naprawdę człowiek, który próbuje być nadmiarowo skuteczny w pracy kosztem rodziny, jest pracownikiem nieefektywnym. Efektywniejsi są ci, którzy są szczęśliwi poza pracą.

W nowoczesnym modelu zarządzania firmą, opracowanym przez głównie amerykańskich psychologów, gdy szef widzi pracownika zasuwającego po godzinach, nie cieszy się z tego, tylko każe mu iść do domu, lub jechać na urlop. Potwierdzają mi to moi pacjenci na Skype, którzy na co dzień pracują w Berlinie, Sztokholmie, Londynie, czy Nowym Jorku. Troskliwy szef skraca pracownikowi czas pracy, aby ten mógł odpocząć.

Co mówi przeciętny pana pacjent, który przychodzi z uzależnieniem od pracy?

Ten problem to uciekanie w pracę, czyli próba przykrywania niezałatwionych swoich problemów, innymi czynnościami, które dają jemu poczucie swojej sprawczości, lecz to jest iluzja, która prowadzi do ciężkiej depresji, którą niesłusznie nazywa się „wypaleniem zawodowym”.

Czy końcowym etapem zmagań z pracoholizmem zawsze jest depresja?

Można to też nazwać rozsypką. Następuje załamanie. Ktoś, kto nie dba o równowagę między czasem pracy, a czasem zabawy, zawsze sam źle na tym wychodzi i cierpią też jego bliscy.

A jak ktoś nie ma rodziny i jest singlem ciężko uzależnionym od pracy. Taka osoba może zaszkodzić chyba tylko sobie?

Nawet singiel, który nie ma rodziny, ale ma psa, czy rybki to te zwierzęta w końcu będą zaniedbane. Zawsze jest ktoś, kto traci, a w konsekwencji cierpi zawsze ten uzależniony singiel.

Poza tym, brak rodziny można skompensować sobie przez jakąś dużą sieć przyjaciół, kolegów z drużyny, czy klubu sportowego. To jest kwestia zaopatrywania się w najistotniejszy neurohormon, jaki produkowany jest w naszym mózgu, zwany oksytocyną. Jest to hormon prospołeczny, który daje poczucie spełnienia. Jego dostarczycielami zawsze są najbliżsi.

Można go jakoś syntetycznie dostarczyć do organizmu?

Są próby, jednak zawsze kończą się śmiercią eksperymentującego. /śmiech/

Na przykład?

Próbujemy sobie to skompensować przez kokainę i całe spektrum różnych związków, które podobnie działają przez chwilę. Można też zastąpić to np. nadmiarowym bieganiem, czy w ogóle robieniem wszystkiego ponad miarę. Wtedy oksytocyna może na chwilę się pojawić, ale niestety ilość strat wywołanych przez wspomniane zachowania, prowadzą per saldo do negatywnych konsekwencji.

Pracownik, który uważa, że praca zaczyna pełnić w jego życiu zbyt dużą rolę, powinien jakoś reagować? Kiedy powinna zapalić się przysłowiowa czerwona lampka?

Sama lampka nigdy się nie zapali. To jest trochę jak z okiem cyklonu. W promieniu dwóch kilometrów wali się świat, a w środku jest kompletna cisza, jak makiem zasiał.

Więc pracoholik zawsze sądzi, że to nie w nim jest problem?

Potwierdzeniem nas samych jest zawsze drugi człowiek.

To osoba uzależniona nie ma samoświadomości, że coś jest nie w porządku?

Mamy tutaj oksymoron. Świadoma osoba uzależniona? Nie istnieje coś takiego. Taką samą substancją zmieniającą świadomość, jak kokaina, czy alkohol, jest dopamina, adrenalina, czy endorfiny, które produkuje nasz mózg, gdy uprawiamy hazard, biegamy, albo nadmiarowo pracujemy. Neurohormony łaskoczące nasze zwoje, które nas de facto „przytulają”, dając poczucie spełnienia, są wydzielane przez nasz mózg nawet w przypadku pochwale od szefa w pracy. Trzeba bardzo uważać na pochlebstwa w pracy, weryfikując ich źródło.

Uważać ma chwalony pracownik, czy szef, który chwali?

Zdecydowanie pracownik, ponieważ pochlebstwo może być też narzędziem manipulacyjnym, na które człowiek łatwo się nabiera.

I czym to może grozić?

Brakiem jakiejkolwiek refleksji i zanurzeniem się w otchłań zbyt głęboko. Wtedy powrót do normalności może być bardzo bolesny. Tak naprawdę, człowiek może uzależnić się od wszystkiego. Nie tylko od substancji chemicznych, ale nawet od sportu. Przychodzą do mnie pacjenci, którzy zrujnowali sobie życie przez zdrowy styl życia. I mamy kolejny oksymoron – zdrowy styl, który powoduje, że przestajemy być zdrowi, bo zaczynamy być pełni stresu, napięcia, nerwów itd.

To co możemy zrobić, aby nie dać się tego typu uzależnieniom?

Dbać o to, aby mieć koło siebie audytorów. Kto jest najlepszym audytorem?

Pewnie partner.

Brawo. Żona, przyjaciółka, przyjaciel. Słowem, ktoś bliski. Jeśli nie mamy partnera, dobrze chociaż mieć przyjaciół.

To wystarczy?

Tak naprawdę terapeuci nie mieliby co robić, gdyby dobrze funkcjonowała sieć przyjaciół, gdybyśmy umieli mieć obok siebie kogoś zaufanego przed kim nie musimy grać, udawać czy szpanować, tylko mogli powiedzieć „słuchaj, jest mi źle, jestem wrażliwym, cierpiącym człowiekiem”. Gdyby tak było terapeuci byliby niepotrzebni. Mój zawód byłby na wymarciu na który szłyby unijne dotacje, abyśmy nie wymarli do końca. Musi być jednak trochę inaczej, skoro u mnie zapisy są w tej chwili na luty (wywiad przeprowadzany był w listopadzie – red.).

To co jest winne temu wszystkiemu?

Podłożem jest nasze wrodzone lenistwo. Człowiek nie dba o harmonię, aby miał w życiu balans.

Tyle się o słyszy o tych rzeczach. To nie jest jakaś tajemna wiedza. Ludzie mają dostęp do książek, nie oglądają już samych głupot w telewizji, tylko sięgają po mądrzejsze rzeczy np. w internecie. Dlaczego w takim razie problem rośnie zamiast maleć?

W takim momencie odwołuję się do równania z logiki. W logice, żeby pewne zjawisko zaistniało, musi być spełniony warunek „konieczny”, oraz warunek „wystarczający”. W przypadku, o którym rozmawiamy warunkiem koniecznym jest wiedza, czyli, żeby coś zaistniało w aspekcie relacji społecznych, musimy mieć wiedzę. Jednak moimi pacjentami bywają też ludzie z ogromną wiedzą. Wczoraj miałem pacjenta po Oxfordzie, któremu wiedzy z pewnością nie brakuje. Przychodzą do mnie nawet lekarze.

Nie mogą oni sami wykorzystać swojej wiedzy na sobie?

W ich przypadku zagrał tylko warunek „konieczny”. Natomiast ten drugi został pięknie nazwany przez mojego profesora, który powiedział, że każda wiedza, która nie wejdzie w nogi, znika. Czyli nie wystarczy wiedzieć. Trzeba też doświadczać i praktykować. Jazdy na motocyklu nikt nie nauczył się jeszcze z podręcznika. To się tyczy wielu dziedzin.

Uważa pan, że problem pracoholizmu częściej występuje w dużych miastach, jak na przykład Warszawa?

druga część wywiadu: