Strajk głodowy rezydentów: musimy pracować po 30 godzin bez przerwy, bo inaczej zamkną oddział

fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Strajk głodowy rezydentów: musimy pracować po 30 godzin bez przerwy, bo inaczej zamkną oddział

08.10.2017

"Zostałem poinformowany, że ginekolog który będzie odbierał poród mojej żony nie śpi od 30 godzin." "Zostałam poinformowana ze chirurg który będzie operował mojego syna jest na 3 dyżurze w tym tygodniu, a jest dopiero czwartek" – takie deklaracje krążą po sieci w związku z protestem lekarzy rezydentów. Rzeczywistość młodego lekarza to wielogodzinne dyżury, praca na dwa etaty i poczucie niemocy przy kolejnej stercie papierów do wypełnienia czy niemożności skierowania pacjenta na tomografię.  

Kilkudziesięciu młodych lekarzy od poniedziałku (2 października) prowadzi strajk głodowy w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym przy ulicy Żwirki i Wigury w Warszawie. Choć w głównym nurcie przebija się przede wszystkim postulat podwyżek dla rezydentów, protestujący stanowczo podkreślają, że chodzi przede wszystkim o zwiększenie nakładów na całą służbę zdrowia. Ich zdaniem bez tego nie ma szans na usprawnienie systemu. 

Podstawowa stawka godzinowa to 14 zł. Kilkanaście a nawet kilkadziesiąt godzin na dyżurze to norma. Biegają z przychodni do przychodni, żeby zapełnić braki kadrowe i zarobić na życie. Wielu młodych lekarzy wydaje większą część wynagrodzenia na opiekunkę do dziecka, którego prawie nie widują. To tak a propos ich niebotycznych zarobków i willi z basenem za wypisywanie recept, co zarzucają krytycy protestów w służbie zdrowia. 

Rekomendowane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) wydatki na służbę zdrowia to 6,8 proc. PKB. Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł nazwał te postulaty finansowe „astronomicznymi”. W środę w siedzibie Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog" odbyło się spotkanie szefa resortu z przedstawicielami środowiska medycznego. – Negocjacje nie poszły do przodu – mówi Piotr Matyja lekarz stażysta, który aplikuje na specjalizację psychiatryczną. Minister Radziwiłł nazywa oczekiwania finansowe nierealnymi. Tymczasem, jak przekonują strajkujący lekarze, bez gruntownego dofinansowania całego systemu nie ma mocy o poprawie. – Minister Radziwiłł mówił o zwiększeniu nakładów na trzy wybrane specjalizacje. Ale to nie rozwiązuje problemu. Kiedy w pokoju pękają ściany to przestawienie mebli nic nie zmieni – uważa młody lekarz. 

Pensje lekarzy rezydentów są uregulowane ustawowo. „Na rękę” dostają średnio 2200 zł. I to tylko ci, którzy na rezydenturę się dostaną. Reszta może pracować za darmo w formie wolontariatu. Specjalizacja trwa, w zależności od kierunku, od 4 do 6 lat. A co jeśli szpital, w którym jest miejsce na specjalizacji znajduje się daleko od miejsca zamieszkania? Z ustawowej pensji (bądź jej braku) trzeba wynająć pokój, mieszkanie i zapłacić za dojazdy. 

- Praca w służbie zdrowia to nie praca w korporacji. W firmie, kiedy nie odpowiadają mi warunki i uposażenie to mogę spróbować aplikować do innej i przedstawić swoje oczekiwania – tłumaczy. - Koleżanka z trzeciego przepracowała w ostatnim miesiącu ponad 300 godzin. I dla nas to jest niestety norma. Jakkolwiek to nie brzmi – przyznaje.

Brak kadr i pieniędzy przekłada się na realne problemy. - Mamy w Polsce o 30 proc. niższą wyleczalność niektórych nowotworów, gdyż nie możemy prowadzić racjonalnej i szybkiej diagnostyki naszych chorych – tłumaczy Filip Dąbrowski, przedstawiciel Porozumienia Rezydentów i Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. - Szacuje się, że zwiększyła się liczba zgonów sercowych zwiększyła się o ponad 15 tys. osób. Już teraz. To tak, jakby niewielkie miasteczko zniknęło z mapy Polski – dodaje. 

- Wiemy, że nie da się pstryknąć palcami i zwiększyć nakładów na służbę zdrowia do 6 proc. PKB – mówi Piotr Matyja. Kiedy rozmawialiśmy w czwartek nie jadł już od ponad 70 godzin. – Jednak zmiany są potrzebne na już. Teraz to wszystko idzie zbyt wolno. Zwłaszcza przy tym, jak wygląda nasza demografia. Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem. Już wkrótce coraz więcej starszych i często schorowanych ludzi będzie wymagało konkretnej pomocy i zabiegów, których nie da się wykonać bez odpowiedniego dofinansowania – wyjaśnia lekarz. – W tej chwili nie ma szans na taką pomoc – dodaje. 

PRW20171002_08

fot. Przemek Wierzchowski/Agencja Gazeta

Oprócz niedofinansowania jedną z głównych bolączek polskiej służby zdrowia jest wszechobecna biurokracja. 

- Codziennie musimy wypełniać stosy papierów. Trzeba spełniać określone normy, uzyskać zgodę na poszczególne badania – mówi Piotr Polnik lekarz rezydent na chirurgii ogólnej. - Duża część pracy lekarza to marnowanie środków. Kwestie administracyjne można zlecić komuś innemu albo je uprościć – dodaje. 

Rozrost biurokracji wymienia także Piotr Matyja. – Na zbadanie pacjenta mamy 10 minut. Tak wynika z systemu. Potem okazuje się, że te 10 minut spędzamy na wypełnianiu papierów. A gdzie czas na rozmowę z pacjentem? Pacjentów jest dużo, nas jest za mało i w efekcie kończy się na krótkiej wizycie i haśle „Następny!” – opowiada. – Nie mamy nawet czasu, żeby pójść do toalety. Kiedy ktoś opuszcza gabinet zdarza się, że z kolejki słychać „Już po kawkę idzie!” – podaje przykład Matyja. 

Piotr Matyja zaznacza jednak, że nie ma żalu do pacjentów. To wszystko przez „chory system”. Pacjenci czekają na wizytę wiele miesięcy, czasem rok, a lekarz pracuje kilkadziesiąt godzin bez przerwy, bo nie ma go kto zastąpić. Kiedy lekarz jest chory, ma świadomość, że ludzie czekający na wizytę pół roku, znowu nie dostaną się do specjalisty. Jak żyć z taką presją?

Braki kadrowe dają się we znaki. W efekcie cierpią nie tylko przemęczeni lekarze, ale przede wszystkim pacjenci. 

"Lekarz albo zmęczony, albo żaden"

- W poradni publicznej miałem niekiedy do przyjęcia 40 pacjentek w ciągu 4 godzin. W takich warunkach nie da się leczyć ludzi – mówi Filip Dąbrowski, który jest ginekologiem. 

Młody lekarz przypomina, że w większości polskich szpitali załoga, która zajmuje się całym oddziałem liczy średnio 3-4 osoby. To oznacza, że co trzeci dzień lekarz musi zostać całą dobę w szpitalu. Potem często jego dyżur przedłuża się o kolejne kilkanaście godzin, bo nie ma kto go zastąpić. Nie może przecież swojej pracy przełożyć na inny dzień. 

Piotr Matyja przyznaje, że jest zaskoczony tym, jak wygląda rynek zdrowia od wewnątrz. – Brakuje sprzętu, odpowiednich procedur. Kiedy przychodzi pacjent nie mogę mu zlecić pełnej diagnostyki, bo nie ma do tego warunków albo byłby zmuszony czekać miesiącami – mówi. 

Problemem jest też samo traktowanie rezydentów. Przyjęło się, że rezydent to ktoś kto jeszcze się uczy i kształci. Tymczasem młodzi lekarze regularnie przyjmują pacjentów i są na bloku operacyjnym. – Znam ludzi, którzy są na piątym roku specjalizacji i w zasadzie robią już wszystko. Na nich opiera się system – tłumaczy przyszły psychiatra. 

Rezydent musi mieć opiekuna. Lekarz nadzorujący bierze odpowiedzialność za młodego lekarza, ale robi to pro bono, bez dodatkowego wynagrodzenia. Wielu wymaganych w programie rezydentury procedur czy zabiegów nie da się przeprowadzić, bo szpitala na to nie stać. Ponadto lekarzy specjalistów jest zwyczajnie za mało. Nie są w stanie poświęcić wystarczająco dużo czasu młodszym kolegom. Są potrzebni na oddziale. Do lekarzy specjalistów kolejki ciągną się nawet w prywatnych placówkach. Deficyt kadr to coś, co w polskiej służbie zdrowia próbuje się przykryć kilkunastogodzinnymi (lub dłuższymi) dyżurami lekarzy. 

Biurokracja i 40-godzinne dyżury

- Nie wiem, czy ten system byłby w stanie funkcjonować, gdybyśmy nie pracowali po 300-400 godzin w miesiącu – przyznaje mój rozmówca. 

- Przy pracy kilkaset godzin miesięcznie życie prywatne nie istnieje – dodaje Piotr Polnik.- Po dyżurach 24-godzinnych, a czasami nawet 36-godzinnych wracam do domu, padam na łóżko i staram się wyspać przed kolejnym dyżurem – opowiada. 

Piotr jest rezydentem na chirurgii ogólnej. Obecnie pracuje w szpitalu wojewódzkim w Chełmie. – Praca na bloku operacyjnym oznacza ciężkie, długie godziny spędzane w wymuszonych pozycjach i na stojąco. Zwykle w pocie czoła, bo fartuchy nie są zbyt przewiewne – mówi. - Pracuję na etacie i dyżuruje kilka razy w miesiącu w szpitalnym oddziale ratunkowym – dodaje. 

Żeby zarobić na godne życie trzeba godzinowo „wyrobić” czas pracy na dwóch etatach. Piotr przyznaje, że taką sytuację stworzył system opieki zdrowotnej. 

Przeciętny dzień Piotra? - Na początku wypełnianie dokumentacji, robienie wypisów. Potem praca na bloku, nawet przy kilku operacjach dziennie. Jeśli mam dyżur to nie wracam do domu i zostaję w szpitalu na noc. Od 15 przyjmuję pacjentów w szpitalnym oddziale ratunkowym – opowiada. - Czas na chwilę odpoczynku mam dopiero późną nocą. Zdarza się, że dopiero wtedy jem pierwszy ciepły posiłek – dodaje. 

Piotr Matyja przypomina, że niewydolna służba zdrowia dotyka każdego z nas. - My też jesteśmy pacjentami - przypomina. - Na rezonans kręgosłupa czekałem 15 miesięcy. Jesteśmy  do tego przyzwyczajeni, ale czy to jest normalne? - Pyta retorycznie. 

RadioZET.pl/ Katarzyna Mierzejewska