Państwo teoretyczne czy spisek? Mijają 3 lata od wybuchu afery podsłuchowej

14.06.2017 19:12

Negocjowanie stanowisk w spółkach skarbu państwa, próby zdyskredytowania i pozbycia się niektórych ministrów, krytyka polskiej polityki zagranicznej - to tylko niektóre wątki "afery podsłuchowej", największej w Polsce w ostatnich latach. I choć od wycieku pierwszych nagrań rozmów najważniejszych osób w państwie mijają właśnie 3 lata, w sprawie nadal mnożą się pytania. Zwłaszcza po niedawnej publikacji kolejnych materiałów.

Sowa

fot. Wikimedia.Commons

14 czerwca 2014 roku tygodnik "Wprost" opublikował pierwsze fragmenty treści nagrań ze spotkań, jakie odbyły się w restautracji Sowa i Przyjaciele na warszawskim Mokotowie. To tam - oraz w
innym stołecznym lokalu, Amber Room - przez prawie rok inwigilowano polityków, oficerów służb, biznesmenów oraz funkcjonariuszy publicznych. Stenogramy obejmowały okres od lipca 2013 roku do czerwca 2014.

Taśmy publikowano później aż do jesieni 2015 roku. Jak można było się domyślić, wstrząsnęły polską sceną polityczną i w dużej mierze przyczyniły się do utraty przez Platformę Obywatelską władzy w zorganizowanych rok później wyborach prezydenckich i parlamentarnych.

Do dziś mnożą się jednak spekulacje na temat prawdziwych mocodawców tego procederu i motywów, jakie nimi kierowały. Czy po prostu, jako obywatele, dowiedzieliśmy się, jak działa państwo polskie i w jaki sposób rozwiązuje się jego problemy? A może była to celowa prowokacja, próba zamachu stanu wymierzona w ówczesny rząd? Prześledźmy jej najważniejsze wątki.

Ch.., d.. i "państwo teoretyczne"

W pierwszym spotkaniu, którego treść przedostała się do mediów, uczestniczyli wczesny prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka i szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Rozmawiali na temat załatania deficytu budżetowego przez NBP (obawiali się bowiem odpływu zagranicznych inwestorów w przypadku coraz bardziej prawdopodobnego zwycięstwa PiS) oraz debatowali nad tym, że Jacek Rostowski powinien stracić tekę ministra finansów (ponieważ wedle słów Sienkiewicza nie chciałby brać udziału w tej operacji).

To właśnie na tej taśmie padają osławione zdania autorstwa Sienkiewicza. "Ch... d... i kamieni kupa" (o rządowym programie Polskie Inwestycje Rozwojowe) oraz "Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie" (o tym, że służby nie podlegają skutecznej koordynacji) z impetem wkroczyły do języka potocznego, symbolizując prowizoryczność i bałagan rządów Platformy, dając jednocześnie jej najbardziej zajadłym krytykom solidną amunicję.

Drugie opublikowane wówczas nagranie zawierało rozmowę między b. ministrem transportu Sławomirem Nowakiem a wiceministrem finansów i szefem Głównego Inspektoratu Informacji Finansowej Andrzejem Parafianowiczem. Tematem dyskusji była kontrola skarbowa, przeprowadzona w firmie żony tego pierwszego - skarżył się, że była zbyt skrupulatna.

Sugestie wobec Sienkiewicza

W następnych tygodniach pojawiały się w mediach zapisy kolejnych, ciekawych rozmów. Bez wątpienia jedną z nich była ta między ówczesną wicepremier Elżbietą Bieńkowską a szefem CBA Pawłem Wojtunikiem. Sporą jej część poświęcono Bartłomiejowi Sienkiewiczowi, który - wedle relacji Wojtunika - miał wszystkimi sprawami w resorcie zarządzać przez telefon. Ponadto, Wojtunik sugerował, że to właśnie minister spraw wewnętrznych zlecił podpalenie budki przed rosyjską ambasadą kilka miesięcy wcześniej.

Z tego właśnie powodu w prawicowych mediach zrobiła się wrzawa. Później zarówno rzecznik CBA, jak i sam Sienkiewicz, wielokrotnie temu zaprzeczali, a wszelkie sugestie określali jako kłamstwa, absurd i manipulacje.

Z kolei wspomnianego wyżej Nowaka na innej z taśm ostro krytykował ówczesny prezes PKN Orlen Dariusz Krawiec, zarzucając mu m.in. lansiarski i wystawny styl życia oraz zadawanie się z towarzystwem nieadekwatnym dla polityka zajmującego eksponowane stanowisko w rządzie.

"Murzyńskość" i iluzja bezpieczeństwa

Jednym z bardziej szokujących fragmentów była rozmowa Jacka Rostowskiego z Radosławem Sikorskim. Ten drugi w mocnych słowach krytykował polską politykę zagraniczną, zwłaszcza zbytnie przywiązanie do sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W jego opinii, współpraca ta była "szkodliwa" i stwarzała iluzję bezpieczeństwa.

- Bullshit kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją, i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy. Kompletni frajerzy - miał powiedzieć były szef MSZ.

Pomstował także na - w jego opinii - zbyt serwilistyczną, wynikającą z narodowych kompleksów, postawę wobec supermocarstwa. - Problem w Polsce jest, że mamy płytką dumę i niską samoocenę. Taka murzyńskość - dodał.

Przytoczone słowa zaskakują tym bardziej, że Sikorski - cieszący się zresztą ogromnym szacunkiem w Waszyngtonie - miał zawsze opinię jednego z najzagorzalszych atlantystów w polskiej polityce.

Zemsta za CBŚ czy rosyjski trop?

Za proceder gromadzenia nagrań oraz ich nielegalnej publikacji miał odpowiadać Marek Falenta - milioner i biznesmen z branży węglowej. Pomagali mu szwagier Krzysztof R. - informatyk, który nadzorował całą operację od strony technicznej - kelnerzy Łukasz N. i Konrad L.

Dlaczego Falencie tak bardzo zależało na skompromitowaniu rządzących? Jedna z hipotez głosi, że zrobił to z zemsty. Stenogramy ujawniono bowiem niedługo po tym, jak Centralne Biuro Śledcze weszło do Składów Węgla - spółki, której był większościowym udziałowcem. Miał on ponoć przez interwencję służb stracić ponad 100 mln złotych.

Inna teoria - o której pisała już m.in. "Gazeta Wyborcza" - głosi, że Falenta współpracował z jednym z rosyjskich konsorcjów węglowych, w którym zaciągnął spory dług i właśnie poprzez publikację nagrań zamierzał go spłacić. Nigdy mu tego nie udowodniono, jakkolwiek służby badające sprawę brały pod uwagę ten trop.

Rosjanie mieli zgodzić się na taki układ, gdyż zależało im na wywołaniu kryzysu politycznego w Polsce. Po pierwsze, z uwagi na fakt, że w konflikcie rosyjsko-ukraińskim, Warszawa poparła prozachodni rząd w Kijowie. Po drugie, z powodu planów utworzenia tzw. mostu energetycznego (co wynikało z nagranych przez Falentę rozmów między Sikorskim a Janem Kulczykiem) między Europą a Ukrainą, która w praktyce eliminowałaby rosyjski wkład w rynek węglowy, a także poważnie ograniczyłaby eksport rosyjskiego gazu.

Stonoga ujawnia

Istotnym graczem w całym tym przedsięwzięciu był przedsiębiorca Zbigniew Stonoga. Ujawnił on na swoim profilu na Facebooku ponad 3 tysiące stron fotokopii akt postępowania w tej sprawie. Znalazły się tam m.in. zeznania świadków, dowody w sprawie (np. zdjęcia aparatury podsłuchowej), a także dane osobowe, numery PESEL i adresy osób publicznych.

Sam Stonoga stał się później gwiazdą internetu - rekordy popularności biły zwłaszcza filmiki, na których - patrząc w obiektyw - ostro i zajadle krytykował właściwie całą klasę polityczną, stając się - przynajmniej w oczach niektórych internautów - kimś w rodzaju samotnego rycerza walczącego z establishmentem. Wspomagał też policję w walce z pedofilami.

Niemniej sam nie jest postacią kryształową - został m.in, dwukrotnie skazany na karę bezwzględnego pozbawienia wolności, a przeciwko niemu toczy się w sądach i prokuraturach ponad 100 spraw i śledztw. 

Wyroki już zapadły

We wrześniu 2015 r. do sądu trafił akt oskarżenia ws. czterech osób: Falenty, Konrada L., Łukasza N. oraz Krzysztofa R.

W grudniu F. został skazany nieprawomocnie na 2,5 roku więzienia bez zawieszenia, kelner Konrad L. i Krzysztof R. na 10 miesięcy w zawieszeniu i grzywny. Sąd odstąpił od ukarania drugiego z kelnerów, który pomagał śledczym. N. zeznawał, że to Marek F. za pieniądze zlecał nagrywanie rozmów.

Oprócz tego prowadzono także śledztwa w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych. Chodziło zarówno o rozmowę Sienkiewicza z Belką, jak i spotkanie Nowaka z Parafianowiczem. Obydwa postępowania jednak umorzono.

Gwóźdź do trumny PO, lokomotywa PiS

Afera podsłuchowa zachwiała gabinetem Tuska. On sam deklarował, że nie zdymisjonuje żadnego z nagranych ministrów i urzędników, gdyż - jego zdaniem - byłoby to uniżenie się przed przestępcami, którym zależy na destabilizacji państwa. Bez przetasowań kadrowych się jednak nie obyło. Trzy miesiące po ujawnieniu stenogramów ze stanowiskiem pożegnał się Sienkiewicz.

Opozycja próbowała wykorzystać tę aferę, aby zdyskredytować ówczesną władzę. Prawo i Sprawiedliwość złożyło w Sejmie wniosek o wotum nieufności wobec rządu, proponując swojego kandydata na premiera, dzisiejszego ministra kultury Piotra Glińskiego. Wniosek jednak przepadł.

Z kolei PO zawnioskowało o wotum zaufania dla Rady Ministrów i ta inicjatywa zakończyła się sukcesem. Tym niemniej kolejne nagrania, regularnie publikowane aż do końca kampanii wyborczej jesienią 2015 roku, przyczyniły się do znacznego spadku notowań partii rządzącej i dymisji kolejnych ministrów, m.in: Rostowskiego, Sikorskiego, Bartosza Arłukowicza czy Andrzeja Biernata.

Platforma dała się wyprzedzić pikującemu w sondażach PiS-owi, na rzecz którego 2 lata temu musiała zrzec się władzy. 

Niespodziewany powrót

Gdy wydawało się, że opinia publiczna zdążyła już zapomnieć o tej aferze, kilka dni temu TVP Info opublikowało kolejne nagrania ze spotkań w mokotowskim lokalu. Tym razem możemy na nich usłyszeć b. ministra skarbu Włodzimierza Karpińskiego, b. szefa BOR gen. Mariusza Janickiego, ministra w rządzie Tuska Pawła Grasia, biznesmena Jerzego Mazgaja oraz ks. Kazimierza Sowę.

To właśnie do duchownego - prywatnie brat ówczesnego wojewody mazowieckiego i prominentnego działacza PO Marka Sowy - należą najbardziej soczyste wypowiedzi. Przykładowo, gdy Mazgaj skarży się na przedstawiający go w złym świetle artykuł w "Gazecie Polskiej", Sowa radzi mu: - Jurek, nie polemizować, zniszczyć. Tak samo z jego ust padają słowa dotyczące obsadzania stanowisk w spółkach skarbu państwa - padają nazwiska innego byłego ministra Aleksandra Grada (szykowany na szefa Tauronu) oraz obecnego lidera Nowoczesnej Ryszarda Petru (w kontekście PKP).

Sam Sowa tłumaczył się później, że nie pamięta, w jakim kontekście padały przytoczone słowa. Argumentował również, że "różne rzeczy się komentuje, kiedy spotyka się ze znajomymi". Powiedział też, że "GP nie jest na tyle istotnym medium, aby komentować sprawy z nim związane - zastrzegł tylko, że na nagraniu emocjonalnie odniósł się do tekstu poświęconego Mazgajowi.

Kto tak naprawdę za tym stoi?

Niespodziewany wyciek nowych taśm odkrywa kolejne wątki w sprawie. Sugeruje bowiem, że Marek Falenta i jego wspólnicy, choć osądzeni i skazani za udział w procederze, wcale nie byli jego pomysłodawcami. Mało tego, biznesmen - choć był przekonany, że kieruje całą operacją - w rzeczywistości miał być jedynie "płotką", elementem większego mechanizmu.

Jak donosi "Gazeta Wyborcza", trop prowadzi do Centralnego Biura Antykorupcyjnego, a raczej jego wrocławskich agentów związanych blisko z byłym dyrektorem tej instytucji, Mariuszem Kamińskim. Dziennik dotarł do oficera badającego aferę w latach 2014-15. Jego zdaniem, stenogramów jest dużo więcej, niż ostatecznie zgromadzono na poczet śledztwa, a ich wypuszczenie to celowy i zaplanowany ruch.

- W ten sposób ich dysponenci chcą pokazać, że mają haki na opozycję i nie powiedzieli ostatniego słowa. Nieprzypadkowo w tych podsłuchach pojawia się np. nazwisko Ryszarda Petru - mówi informator gazety. Z artykułu wynika też, że kelner Łukasz N. był wprowadzony w szczegóły sprawy głębiej niż Falenta, ponieważ od dawno miał już pracować dla CBŚ.

Wychodzi więc na to, że prawdziwi mocodawcy, którzy stoją za wybuchem afery, nadal przebywają na wolności i w pośredni sposób mogą kontrolować przepływ informacji na jej temat, wpływając na sytuację polityczną w kraju.

Mikołaj Pietraszewski