Konrad Piasecki: Sejmowy prawy sierpowy

Nie pamiętam, by w najnowszych dziejach parlamentu był taki marszałek, któremu nie zamarzyłoby się ograniczenie dziennikarskiej swobody. Niemal każdy z nowonastających zaczynał snuć plany tworzenia kolejnych stref, do których wchodzić będą mogli wyłącznie posłowie. Zmiana, która ma nastać teraz, wydaje się jednak iść najdalej i wróżyć totalny paraliż możliwości skutecznego czatowania na unikających kamer i mikrofonów polityków.

Dawno, dawno temu, gdym, jako dziennikarskie dziecię wkraczał z drżeniem serca w sejmowe ostępy, panowała tam wolność, która z dzisiejszej perspektywy wydaje się wręcz niewyobrażalna. Dziennikarze mogli wchodzić niemal wszędzie. Nawet zaglądanie na sejmową salę i „wyciąganie” posłów z wyżej usytuowanych ław nie było wielką rzadkością. Wchodziło się do sejmu głównymi drzwiami, chodziło i nagrywało się (a nawet, o zgrozo, paliło się papierosy) w kuluarach sali posiedzeń, odwiedzało się domy poselskie, nagrywało parlamentarzystów w ich hotelowych pokojach i zaglądało do „baru za kratą” (kultowego kawowo-alkoholowego barku w Nowym Domu Poselskim). Symbolem tej swobody niech będzie obrazek, w którym niżej podpisany wnosił w tłusty czwartek wielką tacę z pączkami do sali obrad senatu, w którym obradowała właśnie Komisja Konstytucyjna Zgromadzenia Narodowego.    

Kolejni marszałkowie kładli jednak kolejne tamy i zapory tej swobodzie. Najpierw, wydając różne przepustki, ograniczono dostęp do kuluarów, potem zakazano w nich nagrywać, zamknięto dla nie-posłów wejścia do Domu Poselskiego, ograniczono radykalnie swobodę poruszania się po sejmowych ostępach, korytarzach, korytarzykach, barkach i restauracjach. A teraz nadszedł czas na cios ostateczny – ograniczenie liczby sejmowych przepustek i upchnięcie dziennikarzy do bardzo ograniczonych stref, w których będą mogli nagrywać tylko tych polityków, którzy – de facto – będą mieli na to ochotę.

Nie jestem fanem sięgania po słowa wielkie i upajania się brzmieniem sformułowań budowanych na wysokim C. Nie będę więc pisał o końcu demokracji czy płakał z powodu prawego (nomen omen) sierpowego wymierzonego w jej trzewia. Ale bez wątpienia sytuacja, w której dziennikarzom radykalnie ogranicza się dostęp do polityków (skądinąd wybieranych i utrzymywanych przez widzów, słuchaczy i czytelników) nie jest najlepszym z dowodów na otwartość i przejrzystość rządzących. W praktyce oznacza ona, że możliwość porozmawiania z większością decydentów zostanie ograniczona do oficjalnych konferencji prasowych, albo momentów, w którym przemyślawszy coś postanowią obwieścić to urbi et orbi.

Czy stan obecny jest stanem idealnym? Pewnie nie. Oczywiście, że tumult, jaki powstaje przy próbach nagrania co większych tego świata ze szczególnym uwzględnieniem Jarosława Kaczyńskiego (bo tak się jakoś składa, że to jakoś on budzi największe zainteresowanie), tratowanie się i upadki nie są najlepszym z sejmowych obrazków. Ale gdyby prezes PiS, zamiast starać się przedrzeć przez tłum stanął i powiedział – odpowiem na trzy pytania – to i tumult i zamieszanie byłyby bez porównania mniejsze. Opowieści o biednych posłach, co to spokojnie do toalety wyjść nie mogą, by nie dopadł ich jakiś straszny dziennikarz, wydają mi się raczej śmieszne niż przerażające. Poseł zawsze może powiedzieć, że bardzo przeprasza, że odpowie na wszystkie pytania, po powrocie z łazienki i załatwić, co ma do załatwienia. Można też ustalić, w wyniku rozmów na linii dziennikarze-marszałek jakieś lepsze niż dzisiejsze sejmowe „modus vivendi”, ale jak słyszę o potrzebie „zaprowadzenia porządku w sejmie” to mam odruch powiedzenia, że nie każdy nowy „porządek” jest lepszy niż poprzedni „bałagan”.

Konrad Piasecki

Autor jest gospodarzem programu „Gość Radia ZET”. Słuchaj i oglądaj od poniedziałku do piątku o godzinie 8.02 na radiozet.pl.

Więcej: