Konrad Piasecki: Tusk miał rację, czyli krajobraz po bitwie o aborcję

Do bitwy aborcyjnej PiS przystąpił kompletnie nieprzygotowany. Jakby liczył, że ustawa, która zawsze elektryzowała i wzburzała, tym razem nie wzbudzi większych emocji. Odrzucając projekt Ordo Iuris rządzący próbowali zminimalizować straty, jakie ponieśli w trakcie społecznych protestów. Ale na fundamentalne pytanie – jak i czy w ogóle zmieniać ustawę, nawet prezes PiS wciąż wydaje się nie mieć jednoznacznej odpowiedzi - pisze Konrad Piasecki w felietonie dla radiozet.pl. Teksty prowadzącego program "Gość Radia ZET" będą publikowane w cyklu pod nazwą "Fabryka władzy".

Donald Tusk zawsze (acz po cichu), przekonywał swoich partyjnych podwładnych, że zajmowanie się projektami z ideologią w tle, może przynosić rządzącym wyłącznie straty. „Nie ruszajmy tego” - mówił Tusk, a partia, przez lata, trzymała się tego twierdzenia niczym dogmatu.

Dopiero w końcówce rządów próbowała (bezskutecznie zresztą) wprowadzić do systemu prawnego pojęcie „związków partnerskich” i udało jej się (ale to już za czasów Ewy Kopacz) przepchnąć ustawę o in vitro.

To, co działo się w ostatnim tygodniu dowiodło, że Tusk miał świętą rację. Że o ile opozycji, w sferze ideologii wybacza się prawie wszystko - rządzący mogą się na niej tylko poślizgnąć. Kiedy PiS głosował w poprzednich parlamentach za zaostrzaniem ustawy aborcyjnej – uchodziło mu to na sucho. Gdyby PO, w czasach rządzenia, zagłosowała za pracami nad takim projektem liberalizacji, który właśnie poparła – zostałaby rozszarpana na strzępy. Wystarczyło, żeby partie zamieniły się rolami – a już PIS jest w srogich kłopotach po tym, gdy zrobił to, co robił zawsze (acz nie miało to wówczas specjalnego znaczenia), a to czy Platforma jest naprawdę pewna, że projekt przerywania ciąży do 12 jej tygodnia, bez żadnych warunków, klauzul czy obostrzeń, to projekt nad którym warto pracować, mało kogo obchodzi.      

O tym, że prędzej czy później, ten parlament będzie musiał zmierzyć się z pomysłem zaostrzenia ustawy, wiadomo było „od zawsze”. Od paru miesięcy ostry projekt Ordo Iuris leżał na stole. I był niczym tykająca bomba zegarowa. Bomba tykała – a obóz rządzący zajmował się wszystkim, tylko nie tym, żeby ją zawczasu rozbroić. Zupełnie tak, jakby liczył, że sprawa rozejdzie się po kościach i niezależnie od tego jak zagłosuje – mało kto to zauważy. Zamiast mieć na podorędziu jakiś mniej drakoński projekt, zamiast przemyśleć jak łagodzić  nieuchronny spór – PiS przystąpił do debaty i głosowania z lekkością godną znacznie mniej „gorących” spraw. A w dodatku, posłowie PiS nagle zapomnieli, że ich święte przysięgi odsyłania do komisji dotyczyć miały wszystkich obywatelskich projektów, a nie tylko tych, które są bliskie ich sercu. Utopili projekt liberalizacyjny, solidarnie poparli projekt zaostrzający i uznali, że jakoś to będzie.

To „jakoś” było w tym przypadku fatalne dla obozu rządzącego. Nie dość, że anty-ustawowe protesty zostały błyskawicznie zorganizowane, nie dość, że były całkiem potężne, to w dodatku ich – w dużej mierze – „kobiecy” wymiar stał się dla PiS bardzo trudną do przełknięcia pigułką. Tak trudną, że po paru dniach, uznali, że muszą wywiesić białą flagę i ustąpić z pola boju. Choć z zapowiedzią, że przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny. Jej kolejna odsłoną – jak się dziś wydaje – będzie złożenie projektu mocno ograniczającego możliwość dokonania aborcji w przypadku wad płodu. I wydaje się, że taki pomysł – obudowany kilkusetmilionowym programem osłonowym – ma szansę nie tylko zostać zaakceptowany przez parlament, ale też wzbudzić znacznie mniej społecznych kontrowersji. 

Ale PiS – tak czy inaczej – może już teraz robić bilans strat, po fatalnym rozegraniu pierwszej odsłony sporu o aborcję. Wierni wyborcy PiS zdają się być albo zdezorientowani, albo mają poczucie, że ich ukochana partia niepotrzebnie bierze się za takie sprawy. Część katolickiej prasy i co bardziej konserwatywni wyborcy, ci na prawo od PiS, dają wyraz zdegustowaniu chwiejną postawą partii Jarosława Kaczyńskiego. A środowiska będące wobec parlamentarnej większości w opozycji dostały widomy, namacalny znak, że „dociśnięcie” rządzących, może przynieść rezultaty. Gdzie nie spojrzeć – tam straty. I niełatwo będzie je PiS-owi odrobić.

Radio ZET/Konrad Piasecki

Autor jest gospodarzem programu Gość Radia ZET. Słuchaj i oglądaj na radiozet.pl od poniedziałku do piątku o godzinie 8.02.

Więcej: