Konrad Piasecki o polityce ekonomicznej rządu: To się kupy nie trzyma

Nie trzeba być szczególnie biegłym ekonomistą, żeby wiedzieć, że gospodarczą szczęśliwość zapewniają raczej oszczędności, inwestycje i ciężka praca, a nie rozrzucanie pieniędzy na prawo i lewo, krótka inwestycyjna kołdra i szybkie wysyłanie obywateli na emeryturę. Tymczasem ci sami rządzący, którzy snują wielkie inwestycyjne plany robią wszystko, by nie mieć na nie pieniędzy. Marząc o tym, by obywatele chętniej oszczędzali - sami wydają na potęgę, a namawiając do pracy - obniżają wiek emerytalny. Sorry drodzy Państwo, jakkolwiek przykro i kolokwialnie to zabrzmi - kupy się to wszystko nie trzyma.

Wybierając z dwojga złego między realizowaniem złych, szkodliwych, nieprzemyślanych obietnic wyborczych, a zdroworozsądkowym i dobrze uzasadnionym ich porzuceniem – wybieram jednak to drugie. Rozumiem, że jakoś trzeba było te wybory wygrać, a żeby wygrać trzeba było obiecać, a jak się już obiecało – to bardzo chce się zrealizować, ale też ciężko nie dostrzec, że są takie obietnice, których realizacja jest strzelaniem perspektywom gospodarczym kraju w stopę. I takim właśnie strzałem jest obniżanie wieku emerytalnego. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy tempo wzrostu słabnie, inwestorzy zaczynają przyglądać się Polsce z coraz większą troską czy wręcz niewiarą, a z giełdy uciekają kolejne miliardy.

Przekonywanie, że wcześniejsze emerytury przynoszą tak wymarzoną przez liberałów wolność, miałoby, owszem, sporo wspólnego z rzeczywistością w kraju, w którym po pierwsze – mało kto, by na taką emeryturę szybko przechodził, a po drugie - osobom wybierającym takie rozwiązanie i borykającym się potem z problemem jak przeżyć od pierwszego do pierwszego mówił „jakoś sobie musicie poradzić” i umywał ręce. Ale ja jakoś nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, w której moje państwo nie pomagałoby osobom, które skazały się na ekonomiczną wegetację. A skoro tak – to mam też w sobie przekonanie, że to państwo musi myśleć o tym jak balansować między naturalną skądinąd chęcią popławienia się w emerytalnej błogości, a potrzebami gospodarki i zdrowym rozsądkiem.

Statystyki są jednoznaczne - niemal wszystkie osoby wraz z osiągnięciem powszechnego wieku emerytalnego przechodzą na emeryturę i jednocześnie rezygnują z dalszej pracy. Tak jest. I nie za bardzo wierzę, że uda się to radykalnie zmienić. A skoro tak, to trudno sobie wyobrazić, by przy spadającym przyroście naturalnym, udało się na dłuższą metę wytrzymać system, w którym przeciętna kobieta będzie emerytką przez ponad 21 lat.

Tymczasem rządzący zdają się żyć w świecie alternatywnym. W takim, w którym da się jednocześnie dać wszystko prawie wszystkim - pozapewniać finansowy błogostan pomysłów typu 500+, wczesne emerytury, podwyżki kwoty wolnej od podatku czy ulgi dla przedsiębiorców z programami inwestycyjnymi, budżetową dyscypliną i dobrymi ratingami.

Przy okazji - jedną ze swych iście  janusowych twarzy mówią „otwieramy serce dla przedsiębiorców, niech inwestują”, obiecują zwolnienia, ulgi i raje podatkowe. A drugą - paraliżują Trybunał Konstytucyjny, mówią, że przedsiębiorcy nie inwestują, bo to reakcjoniści wielbiący partie ancien regime‘u, uchwalają fatalną ustawę o ziemi i zapowiadają jeszcze bardziej kontrowersyjną ustawę o rozszerzonej konfiskacie. Jak można liczyć, na otwarcie inwestycyjnego portfela, jeśli co i rusz sugeruje się inwestorom, że się ich przyciśnie jakimś nowym czy wyższym podatkiem, albo postawi przed perspektywą dwuznacznie brzmiącej „repolonizacji”? Gdzie jest w tym wszystkim spójność? Sens? Konsekwencja? Logika? Ja ich jakoś nie potrafię dostrzec.

Konrad Piasecki

Autor jest gospodarzem programu Gość Radia ZET. Słuchaj i oglądaj na radiozet.pl od poniedziałku do piątku o godzinie 8.02.

Więcej: