Zamknij
uchodźcy z Ukrainy w Polsce
Uchodźcy z Ukrainy przy granicy z Polską
fot: LOUISA GOULIAMAKI/AFP/East News
TO WINA ROSJI, NIE UCHODŹCÓW

Wojna dotyka Polaków. Co z pracą, cenami, mieszkaniami?

Michał Tomaszkiewicz
Michał Tomaszkiewicz Redaktor Radia Zet
24.03.2022 17:12

Ponad 2 mln kobiet i dzieci schroniło się w Polsce przed rosyjskimi wojskami. Im dłużej trwać będzie wojna, tym uchodźców będzie przybywać i zostaną w naszym kraju na dłużej. Od razu po przyjeździe potrzebują dachu nad głową i żywności, szybko zaczynają także szukać pracy. Jak zmienią Polskę i Polaków?

W ciągu zaledwie czterech tygodni populacja Polski powiększyła się o 5 procent. Jeśli wojna szybko się nie skończy, liczba kobiet i dzieci uciekających przed bombami, rakietami i ostrzałami przez rosyjskich żołnierzy może szybko się podwoić i wzrosnąć z 2 mln obecnie do 4 mln.

Trzeba liczyć się z tym, że wojna nie zakończy się szybko, a Ukrainki wraz z dziećmi będą musiały zostać w Polsce na dłużej. Jakie gospodarcze, finansowe i społeczne skutki to wywoła?

Droższe materiały, większy popyt

- Pojawienie się uchodźców podbije ceny nieruchomości i najmu. Najprawdopodobniej uchodźcy w najbliższych miesiącach nie będą nabywać nieruchomości, a więc najsilniejsze wzrosty czekają rynek najmu. Zmniejszy się również pula dostępnych mieszkań w dużych miastach – stwierdziła Aleksandra Beśka, analityczka zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Tego samego zdania jest Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments. Wskazał on, że zapotrzebowanie na mieszkania na wynajem znacznie wzrośnie wraz z czasem i liczbą uchodźców.

Oszacował, że w dniu wybuchu wojny na polskim rynku najmu dostępne były lokale mogące pomieścić około 250 tys. osób. Część uchodźców będzie mogła schronić się u rodzin, które do Polski wyjechały już wcześniej w celach zarobkowych. Według eksperta Ukraińcy pracujący w Polsce wynajmują 300 – 400 tys. mieszkań. To wciąż może być za mało, żeby zapewnić schronienie wszystkim, którzy uciekli przed wojną.
Główny analityk HRE Investments podał, że przed wybuchem wojny w Ukrainie w Polsce brakowało około 1,5 mln mieszkań. W ciągu kilku tygodni deficyt może zwiększyć się dwukrotnie.

Turek przytoczył twarde dane: od wybuchu wojny liczba mieszkań do wynajęcie zmniejszyła się w Polsce o 58 procent. Rekordzistą jest Wrocław, w którym zniknęło 74 procent ofert. Jednocześnie w górę poszły także stawki: od 36 procent we Wrocławiu, do 13 procent w Szczecinie.

Wzrost cen mieszkań oraz wyższe stawki najmu nie będą powodowane tylko przez większe zapotrzebowanie. Budowlanka zwolniła tempo na długo przed wybuchem wojny, przez co liczba nowych mieszkań oddawanych do użytku będzie niższa.

Jednym z głównych powodów było utrudnienie kupującym dostępu do kapitału przez wywołane wysoką inflacją podwyżki stóp procentowych. Zdolność kredytowa wielu milionów Polaków spadła przez to znacząco. Deweloperzy spodziewając się spadku liczby transakcji rozpoczęli mniej inwestycji. Nawet gdyby zaczęli nowe, to budynki powstają kilkanaście miesięcy.

Uchodźcy przy granicy polsko-ukraińskiej
fot. Jakub Kaminski/East News

- Jednocześnie z powodu sankcji nałożonych na Rosję silnie urosły cen niektórych materiałów budowlanych, co również przełoży się na wzrost cen mieszkań. Powroty Ukraińców do ojczyzny pogłębią niedobory pracowników w polskim sektorze budowlanym – w perspektywie najbliższych kwartałów podbije to ceny nieruchomości – oszacowała Aleksandra Beśka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Ukraińcy, którzy pracowali na budowach w Polsce, wrócili do swojego kraju, żeby bronić go przed Rosją. Zmniejszyło to tempo robót i uruchomiło presję płacową. Chcąc ściągnąć pracowników do swojej inwestycji, deweloperzy muszą zapłacić więcej, niż inni. A to także będzie miało przełożenie na końcową cenę mieszkania.

Nawet jeśli wojna skończy się stosunkowo szybko, Ukraińcy nie będą w stanie wrócić do swojej ojczyzny z dnia na dzień. Rosyjski ostrzał miast sprawił, że wiele bloków mieszkalnych zrównano z ziemią. Ich odbudowa będzie ogromnym wyzwaniem, które także może wpłynąć na koszty deweloperów w Polsce. Część pracowników z Ukrainy być może będzie wolało pracować – nawet za mniejsze pieniądze – odbudowując ojczyznę, a konieczność wybudowania setek bloków i dziesiątek tysięcy mieszkań sprawi, że materiały budowlane nie będą miały szansy stanieć.

Jeśli obrońcy zwyciężą, wracający do siebie uchodźcy zwolnią dużą część najmowanych lokali, może też dojść do kumulacji sprzedaży zajmowanych przez nich mieszkań. W takim przypadku ceny powinny spaść.
Do kraju rządzącego przez Putina część Ukraińców może nie chcieć wracać. W takim przypadku do mieszkających w Polsce kobiet z dziećmi mogą dołączyć mężczyźni, którzy obecnie bronią kraju, a skutki rosyjskiej inwazji będziemy odczuwać przez wiele lat.

Pojawienie się w Polsce kilku milionów dodatkowych osób wpłynie także na rynek pracy – uchodźcy będą musieli znaleźć zatrudnienie, żeby opłacać czynsz i rachunki. Co wojna zmieni w tym sektorze?

Pracy nie zabraknie

- Długookresowo napływ imigrantów jest korzystny dla kraju przyjmującego. Są to często młodzi ludzie, którzy, zasilając podaż pracy, poszerzają zakres specjalizacji, a specjalizacja, jak wiadomo przynajmniej od czasów Adama Smitha i Davida Ricardo, pozwala na zwiększanie produktywności gospodarki – tak na pytanie o wpływ pojawienia się w Polsce milionów Ukraińców odpowiedział Marcin Zielińskim ekonomista, Forum Obywatelskiego Rozwoju.

- Uchodźcy znajdą pracę w branżach, które dotychczas notowały braki w zatrudnieniu. Zwiększone zapotrzebowanie na pracowników widać m.in. w centrach logistycznych do obsługi e-commerce czy w szpitalach na stanowiskach pomocniczych. Przedsiębiorców, którzy mogą i chcą zaoferować pracę osobom z Ukrainy, w tym głównie kobietom, jest coraz więcej. Dzięki temu uchodźczynie mogą znaleźć zatrudnienie m.in. w przetwórstwie spożywczym, sklepach czy jako pomoc domowa. Pracodawcy szukają pracowników również do przemysłu, usług i prostych prac – wskazał Krzysztof Inglot, ekspert ds. rynku pracy, Personnel Service.

Realnie nasz rynek pracy jest w stanie w ciągu sześciu miesięcy wchłonąć ok. 0,5 mln pracowników, a kolejne 200 tys. na dalszym etapie

Inglot oszacował, że w sumie 700 tys. osób jest w stanie znaleźć u nas nie tylko schronienie, lecz także pracę. Dodatkowym bodźcem generującym nowe miejsca pracy na polskim rynku będą przedsiębiorstwa, które wycofały lub wstrzymały działalność w Rosji i na Białorusi i mogą przeprowadzić się do Polski. Tu wyróżnia się przemysł samochodowy. Z wyliczeń wynika, że od wybuchu wojny w Ukrainie pojawiło się w nim ok. 2 tys. dodatkowych miejsc pracy.

Polska może stać się centrum inwestycyjnym dla przedsiębiorstw, które z powodu sankcji wycofały się z Rosji. Wyższe koszty prowadzenia biznesu w naszym kraju rekompensowane będą przez stabilną sytuację gospodarczą Unii Europejskiej. Dodatkowo płacąc podatki będą mieć pewność, że nie sponsorują rzezi cywilów.

Na pojawienie się w Polsce potencjalnych pracowników z Ukrainy, rynek zareagował błyskawicznie. W serwisach ogłoszeniowych pojawiły się zakładki po ukraińsku, a duże sieci handlowe rozpoczęły rekrutację wśród naszych gości ze wschodu. Krzysztof Inglot z Personnel Service przyznał, że pojawienie się setek tysięcy dodatkowych miejsc pracy będzie miało odzwierciedlenie w wysokości oferowanych płac. Wskazał jednocześnie, że pozwoli to uniknąć niebezpieczeństwa wysokiej inflacji.

Stoisko z ofertami pracy dla Ukraińców na dworcu kolejowym w Katowicach
fot. Tomasz Kawka/East News

- W naszym zeszłorocznym Barometrze Polskiego Rynku Pracy zapytaliśmy polskich pracowników o to, czy ich zdaniem napływ obywateli z Ukrainy na krajowy rynek pracy obniża tempo wzrostu wynagrodzeń w Polsce. Okazało się, że taki sam odsetek badanych (37 procent) obawia się takiej sytuacji, co uważa, że imigracja ze Wschodu nie jest zagrożeniem dla podwyżek. Można się jednak spodziewać, że napływ pracowników z Ukrainy ograniczy ryzyko pojawienia się na naszym rynku pracy spirali płacowo-cenowej i presja na wzrost wynagrodzeń nieco zelżeje – stwierdził Inglot.

- Migranci będą stopniowo wchodzić na polski rynek pracy. W związku z tym w najbliższych kwartałach należy spodziewać się lekkiego osłabienia presji płacowej i przyrostu zatrudnienia w wybranych branżach np. handlu, hotelarstwie, gastronomii i usługach – tam uchodźcy najczęściej znajdą zatrudnienie. Do przemysłu, czyli sektora o największym zapotrzebowaniu na wykwalifikowanych pracowników, trafi relatywnie niewielka część uchodźców. Wynika to ze struktury imigrantów – głównie są to kobiety – przedstawiła sytuację Aleksandra Beśka z PIE. Dodała, że wojna w Ukrainie wywołała także odpływ pracowników z Polski.

Ukraińska Straż Graniczna wskazuje, że w ostatnich tygodniach 220 tys. obywateli Ukrainy wróciło do kraju

Wielu z nich było zatrudnionych w polskich przedsiębiorstwach, na przykład budowlanych lub przemysłowych. Wojna oznacza więc konieczność przeorganizowania pracy w wielu polskich zakładach. 2 mln uchodźców, którzy schronili się w Polsce przed rosyjskimi wojskami, to szansa dla polskiej gospodarki. Gdy zaczną pracować, zaczną także wydawać pieniądze w sklepach. Eksperci uspokajają: żywności i innych produktów wystarczy w Polsce dla wszystkich.

Ceny żywności wzrosną, ale też spadną

- Polska jest samowystarczalna w kluczowych segmentach produkcji roślinnej i zwierzęcej. W produkcji zbóż, będącej podstawą produkcji roślinnej, wskaźnik samowystarczalności w roku gospodarczym 2019/2020 wyniósł 118 proc. Oznacza to, że produkcja zbóż była o 18 procent wyższa niż zużycie krajowe obliczone jako suma produkcji i importu pomniejszona o eksport i skorygowana o zmianę stanu zapasów – wskazano w Tygodniku Gospodarczym PIE.

Innymi słowy: polscy rolnicy produkują więcej, niż Polacy konsumują. Nadwyżka, która do tej pory kierowana była na eksport, może zostać w kraju. Producenci na tym nie stracą, wręcz przeciwnie. Ukraina i Rosja to znaczący eksporterzy żywności, która zacznie być w cenie. Oznacza to, że za zakupy będziemy płacić wyraźnie więcej.

- Wojna w Ukrainie ma charakter proinflacyjny. Oczekujemy silnego wzrostu cen żywności (nawet 10 – 13 procent). Rosja to największy na świecie eksporter nawozów, a ograniczenie jego dostaw podbije ceny żywności. Ponadto, Rosja odpowiada za znaczącą część globalnego handlu zbożami – ograniczenie ich eksportu również podwyższy ceny żywności. Z kolei Ukraina jest kluczowym eksporterem olei spożywczych. Wojna ograniczy ich eksport, co znajdzie odzwierciedlenie w cenach produktów na półkach sklepowych – doprecyzowała Aleksandra Beśka z zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Nie ma powodów do tego, by żywności w Polsce zabrakło

Co więcej, powiększony rynek może sprawić, że ceny sprzedawanych w większych ilościach produktów mogą nieco spaść. Zwiększenie liczby konsumentów oznacza, że obroty sieci handlowych będą rosły. Pozwoli to na ustabilizowanie cen. Zapowiedź tego można zobaczyć w odpowiedzi na pytanie o przyszłość cen, jaką otrzymaliśmy od Lidla.

- Dla przykładu w przypadku świeżego mięsa drobiowego marki własnej RZEŹNIK, 100 procent produktów pochodzi z Polski. Z naszymi dostawcami pracujemy długofalowo oraz planujemy zatowarowanie sklepów w długiej perspektywie czasu – poinformowała Aleksandra Robaszkiewicz, Head of Corporate Communications and CSR w Lidl Polska.

Biedronka z kolei zapowiedziała, że będzie koncentrować się na stworzeniu oferty dla odbiorców szczególnie wrażliwych cenowo. Rywalizacja cenowa prowadzona w czasie wysokiej inflacji i wywołanych wojną zawirowań w łańcuchach dostaw oznacza, że negatywne efekty konfliktu będą minimalizowane. Sieci handlowe już dokonywały małych cudów: podstawowe koszyki cenowe taniały, mimo że ogólny wzrost cen produktów spożywczych wynosił nawet kilkanaście procent. Widać to w badaniach prowadzonych przez ASM Sales Force Agency . 

W październiku 2021, mimo wynoszącej 6,8 procent inflacji, średnia cena za koszyk zakupowy obniżyła się o 1,33 procent

A te mogą być nawet niższe, niż można było się spodziewać. Widać to na przykładzie paliw, po której po wybuchu wojny w Ukrainie ustawiały się długie kolejki. Przez krótki czas także na rynku hurtowym pojawiła się panika. Wywindowała ona cenę ropy naftowej do okolic 130 dolarów za baryłkę, doprowadzając do rekordowo wysokich cen na stacjach. Z czasem okazało się, że reakcja była znacznie przesadzona.

- Ceny ropy naftowej Brent 7 marca wzrosły chwilowo w rejon 139 dolarów za baryłkę (bbl). Wówczas wszyscy rozmawiali o cenach 185-200 USD/bbl. Obecnie cena ropy Brent spadła w rejon 100 USD/bbl. To pokazuje jak nieprzewidywalny jest rynek w krótkim okresie, tak więc długoterminowe prognozy będą obarczone dużym błędem. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) prognozuje średnie ceny ropy naftowej Brent w marcu na 117 USD/bbl, 116 USD/bbl w drugim kwartale 2022 roku oraz 102 USD/bbl w drugiej połowie roku. EIA podkreśla, że prognozy są wysoce niepewne – powiedział nam Rafał Zywert, Analityk Rynków Finansowych w BM Reflex.

Ile będziemy płacić na stacjach? Taka prognoza uzależniona jest od wielu czynników. Ekspert przyjął, że dolar będzie utrzymywać się w przedziale cenowym 4,20-4,40 zł, ceny ropy naftowej Brent będą oscylować w rejonie 100-116 USD za baryłkę, a tarcza antyinflacyjna, obniżająca VAT na paliwa do 8 procent, zostanie utrzymana.

Za litr diesla w Polsce możemy w tym roku płacić 6,50-7,50 zł, natomiast za litr benzyny Pb95 6,00 – 6,90 zł

Powrotu cen do poziomu z początku lutego, a więc okolic 5 zł, raczej nie należy się spodziewać. Nawet mimo uspokajająch rynek zapewnień, że Unia Europejska nie zrezygnuje natychmiast z dostaw ropy z Rosji. Prowadzone są także rozmowy z Iranem i Wenezuelą o możliwości powrotu do zakupów surowców energetycznych od tych objętych wcześniejszymi sankcjami krajów. Dopóki jednak trwa wojna, należy spodziewać się utrzymywania wysokich cen.

To wina Rosji, nie uchodźców

- Z Putinem można wygrać militarnie lub ekonomicznie – stwierdził premier Mateusz Morawiecki. Ukraina walczy zbrojnie przeciwko siłom rosyjskim, nas Rosja atakuje rykoszetem, destabilizując międzynarodowy rynek. W Polsce zapłacimy więcej w sklepach, zakup własnego mieszkania się oddali, za paliwo zapłacimy więcej. Ukraińcy, którzy u nas się schronili, płacą znacznie wyższą cenę. Część z nich straciła cały dobytek życia, który wskutek ataków rosyjskich żołnierzy stał się gruzami. Niektórzy zapłacili cenę najwyższą, tracąc bliskich.

Wbrew temu, co sączy rosyjska propaganda, Ukraińcy nie będą w naszym kraju bardziej uprzywilejowani, niż Polacy. Uciekali ze swojego kraju z tym, co zdołali chwycić w kilka minut. Darmowe przejazdy komunikacją pozwolą im znaleźć miejsce do zamieszkania i poszukać pracy. Mieszkań w Polsce brakowało i przed wojną, a spodziewany wzrost cen to nie wina uchodźców, którzy ratując życie schronili się w naszym kraju, lecz Putina, który życia próbował ich pozbawić.

Z Putinem można wygrać militarnie lub ekonomicznie 

W miesiąc po wybuchu wojny w Polsce schroniło się ponad 2 mln uchodźców.Turcja w ciągu kilku lat przyjęła 3,6 mln mieszkańców Syrii, uciekających przed wojną domową. Unia Europejska przekazała ponad 6 mld euro na pomoc i utrzymanie uchodźców: zapewnienie im dostępu do systemu ochrony zdrowia i edukacji. Podobnego zaangażowania UE należy spodziewać się także w Polsce.

Warto pamiętać, jakie są prawdziwe przyczyny kryzysu humanitarnego. My i Ukraińcy mamy wspólnego wroga. Walczymy z nim, godząc się na wyższe ceny w sklepach w zamian za nałożenie na Rosję sankcji gospodarczych, które w perspektywie zwiększą nasze bezpieczeństwo i zagwarantują, że Warszawa, Kraków, Wrocław czy Lublin nie podzielą losu Mariupola, Charkowa czy Kijowa. Pozwolą także uniezależnić się od surowców energetycznych od Putina, chociaż za lepszą przyszłość trzeba będzie zapłacić.

- Agresja Rosji na Ukrainę spowoduje, że Europa będzie chciała uniezależnić się od rosyjskich surowców energetycznych. Komisja Europejska ogłosiła plan redukcji importu gazu z Rosji o 66 procent. Oznacza to konieczność reorientacji importu surowców energetycznych zarówno w Europie, jak i w Polsce. Polska od lat zmniejsza swoją zależność od rosyjskiej ropy i gazu poprzez takie inwestycje jak Baltic Pipe czy Gazoport – wskazała Aleksandra Beśka.

Po ataku na szpital położniczy w Mariupolu
fot. AP Photo/Evgeniy Maloletka/East News

Ekspertka PIE dodała, że atak Rosji na Ukrainę spowoduje chwilowe pogorszenie atrakcyjności Polski dla inwestorów zagranicznych. Pierwsze oznaki powrotu do bardziej normalnych i nudnych czasów już jednak widać.

- Złoty będzie się powoli umacniać. Wyraźnie osłabił się w reakcji na wybuch wojny. Odrobił on już większość strat w stosunku do kluczowych walut (euro i dolara), ale nadal jest słabszy niż przed wojną. W najbliższych miesiącach decydujący wpływ na kurs złotego będzie miał kształt konfliktu w Ukrainie – stwierdziła Beśka.

- Agresja Rosji na Ukrainę niesie za sobą dwie bezpośrednie konsekwencje dla polskiej gospodarki. Od 24 lutego napadniętą Ukrainę opuściły ponad trzy miliony osób, z czego dwa miliony przekroczyły polską granicę. Część tych osób pojechała lub pojedzie dalej na Zachód, ale większość prawdopodobnie zatrzyma się w Polsce. Nie da się stwierdzić, ile z nich postanowi po ewentualnym zakończeniu inwazji zdecyduje się na powrót do swojej ojczyzny – podsumował Marcin Zieliński, ekonomista FOR.

W najbliższym czasie możemy zatem oczekiwać różnych perturbacji

- Jednocześnie obok wydatków socjalnych rząd chce też zwiększać wydatki na armię. Dodatkowe wydatki przełożą się na wyższą inflację. Ponadto na wzrost inflacji wpływa sytuacja na rynkach surowców. Niezależnie od tego, czy Polska może sobie poradzić bez rosyjskich surowców, czy nie, sankcje ograniczają podaż na rynku światowym, przekładając się na wyższe ceny. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy z sankcji zrezygnować, gdyż nie zawsze względy gospodarcze powinny być priorytetem – przypomniał Zieliński.

Michał Tomaszkiewicz
Michał Tomaszkiewicz

Entuzjasta nowych technologii, który karierę dziennikarską zaczął w tradycyjny, papierowy sposób, od „Kuriera Lubelskiego”. Następnie przeprowadził się do internetu, gdzie zajmował się ICT i biznesem na pclab.pl i itbiznes.pl, publikując także w „IT Resellerze” oraz „Cyfrowej Polsce”. Od 2016 roku związany z ukochanym Antyradio.pl oraz RadioZET.pl. W ostatnim czasie dotknięty depresją klimatyczną, na której leku poszukuje w elektromobilności na AutoVolta.pl. Twitter: @_MTomaszkiewicz, e-mail: michal.tomaszkiewicz@radiozet.pl.

CMjBQLDAsUGw=