Zamknij

Łazarewicz o filmie „Żeby nie było śladów”: Trudny. Człowiek wychodzi zapłakany

24.09.2021 07:25
Cezary Łazarewicz
fot. RadioZET

- Jak dowiedziałem się, że „Żeby nie było śladów” ma robić Janek Matuszyński, to byłem w siódmym niebie. Wiedziałem, że to jest reżyser perfekcyjny, który sięga bardzo głęboko i dla niego ten temat jest wyzwaniem – mówi Gość Radia ZET, dziennikarz, reportażysta Cezary Łazarewicz.

„Żeby nie było śladów” to polski kandydat do Oscara, film opisujący historię Grzegorza Przemyka, który powstał na podstawie reportażu o tym samym tytule, autorstwa Łazarewicza. Dziś wchodzi do kin, a jutro będzie walczył o nagrodę na Festiwalu w Gdyni. - Mam wrażenie, że przez 2 godziny 40 minut przenoszę się w czasy PRL-u. Dotyka on jądra systemu – ocenia dziennikarz. Jego zdaniem film i historia jest zrozumiała wszędzie, również poza Polską. Cezary Łazarewicz wspomina, że reżysera Jana P. Matuszyńskiego poznał po filmie "Ostatnia rodzina”. - Zastanawiałem się, kto mógł zrobić taki dojrzały film, siedziałem w fotelu jak zamurowany. Nagle zobaczyłem faceta, który miał 33-34 lata i przecierałem oczy ze zdziwienia, że ktoś tak młody może zrobić tak dojrzały film – opowiada Gość Radia ZET. - Dla mnie było niezwykle interesuję, jak człowiek, który nie pamięta tamtych czasów opisze PRL, który ja czułem na własnej skórze – dodaje Łazarewicz. – Ja mam problem, jak swoim dzieciom mam opowiedzieć o PRL-u, bo to taki banał, a on [reżyser – red.] pokazał wszystko w filmie – mówi dziennikarz.

Łazarewicz opowiada, że jego ulubionym filmem o systemie komunistycznym jest niemiecka produkcja „Życie na podsłuchu”, którą oglądał, przeżywał i ciągle w nim siedzi. - Mam wrażenie, że takim polskim „Życiem na podsłuchu” jest „Żeby nie było śladów” – dodaje.

Pytany przez Beatę Lubecką o atmosferę na Festiwalu w Gdyni, Cezary Łazarewicz odpowiada: - Zorientowałem się w trakcie seansu, że ja od 2 lat nie byłem w kinie. Podkreśla, że poczuł się dzięki temu bardzo dobrze.

- Zadajemy sobie dziś pytanie, czy będziemy w Unii Europejskiej, czy prokurator prowadzący naszą sprawę jest rzetelny, czy sędzia jest pisowski czy nie. Rozwalają się fundamenty naszego państwa – mówi dziennikarz Cezary Łazarewicz w internetowej części programu „Gość Radia ZET”. - Mam wrażenie, że jesteśmy dziś trochę bierni na przypadki łamania praworządności. My, obywatele – dodaje. W ten sposób komentuje działania polskiej policji i przypadki śmierci w komisariatach. Dlaczego tak się dzieje? Zdaniem Gościa Radia ZET jest na to przyzwolenie. - Dlaczego na przykład w tramwaju w Warszawie pobito profesora, który mówił po niemiecku? Bo jest hejt, który na to pozwala, jest przyzwolenie społeczne, przyzwolenie na brutalność policji – uważa dziennikarz.  Gość Beaty Lubeckiej przypomina, że „jak w latach 90. ludzie dowiedzieli się, że chłopak nie żyje [13-letni Przemysław Czaja – red.], przed szpital przyszły 2 tys. ludzi”. - Teraz wszyscy jesteśmy zajęci czymś innym – dodaje Łazarewicz. Jego zdaniem istnieje fałszywa solidarność, która powoduje, że ludzie chcą bronić swoich kolegów.

"Na granicy umierają ludzie, a my pokazujemy obrazki z telefonów"

Zdjęcia z telefonów imigrantów, publikowane przez Straż Graniczną? - To tak, jakby w 1983 roku szukać prawdy w informacjach, które przekazuje Dziennik Telewizyjny – komentuje Gość Radia ZET. - Nie mogę sobie wyobrazić, że w XXI wieku, w cywilizowanym kraju, który ubiega się o status lidera w UE, można tak traktować ludzi – dodaje. - To, żeby im nie pomóc, nie dać ciepłej odzieży, posiłków, wody i nie otoczyć ich zwykłą, humanitarną ochroną, to jest dla mnie nie do pojęcia – mówi Cezary Łazarewicz. - Na granicy umierają ludzie, a my pokazujemy obrazki z telefonów uciekinierów. Oni nie są na wycieczce krajoznawczej – uważa dziennikarz.

- Mam wrażenie, że jak będziemy dalej popadać w demencję cyfrową, to będziemy manipulowani. Albo będziemy mieli jakąś własną wiedzę, która będzie ugruntowana i zdanie na różne tematy, albo będziemy zdani na tępą propagandę i dezinformację – mówi Łazarewicz.

Pytany przez słuchacza o Jerzego Urbana, Gość Radia ZET odpowiada, że „to była jedna z niewielu osób, która po przeczytaniu książki ‘Żeby nie było śladów’ uderzyła się w pierś”. - Mógł cynicznie się odciąć, ale jednak jakieś poczucie winy i tego, że nie zachował się, jak powinien, pozostało w nim – dodaje.

 

RADIOZET/MA