Zamknij

Anna Dymna: chciałabym żyć kilkaset lat, bo tyle jest do zrobienia

23.12.2019 08:02

– Ludzie powinni wyluzować. Mają takie coś zaciśnięte, może to jest ta spirala nienawiści, o której kiedyś pisał ks. Tischner, że już jest tak zaciśnięte, że nie mogą normalnie myśleć – ocenia w programie „Gość Radia ZET” Anna Dymna, prezes Fundacji „Mimo Wszystko”. Apeluje do polityków, żeby zaczęli ze sobą rozmawiać i działać wspólnie. – Przecież ci ludzie chcą niby dobrze. Więc jakby tak wyluzować, nagle może by się okazało, że wszyscy chcą tego samego i można byłoby się dogadać, i zrobić razem lepiej – mówi gość Beaty Lubeckiej. Dobroczynność Polaków określa mianem "napadowej", a nie regularnej. Jak mówi, chciałaby żyć kilkaset lat, bo tyle jest do zrobienia.

Beata Lubecka: Witamy z Krakowa, z naszego studia Radia ZET, a naszym gościem jest dzisiaj Anna Dymna, aktorka i prezes Fundacji „Mimo Wszystko”. Dzień dobry.

Anna Dymna: Dzień dobry.

Dziękuję, że przyjęła pani nasze zaproszenie. Pogoda dzisiaj butelkowa, pod psem, taka mało zimowa, mało świąteczna. A jak u pani idą przygotowania do świąt?

Fantastycznie idą, mi się dużo wcześniej już to wszystko zaczyna, już w listopadzie, bo już wtedy robię szopki, aniołki z masy solnej na różne aukcje. Robię to zawsze po nocach, tak się śmieję, że to są warsztaty dymne, terapeutyczne. Ja to uwielbiam robić, wtedy już się skupiam, bo to jest cudowne, to wymaga czasu, cierpliwości, ale człowiek skupia myśli nad tymi ptaszkami, wiewiórkami, krówkami, które chcą być małpkami.

Takie ładne rękodzieło.

Takie robię. Ale teraz już mam ubrane choinki, na zewnątrz mam taką specjalną, na tarasiku, i w środku mam przepiękną. To już mam zrobione. Wczoraj zrobiłam bardzo dużo kutii, bo my jesteśmy ze wschodu i moja mama mnie nauczyła robić kutię. Ja jestem największym specjalistą w rodzinie od tego. Właściwie chyba jedyna robię kutię, więc robię jej zawsze bardzo dużo. Z kilograma pszenicy, kilo maku, litr miodu, nawet więcej trochę dałam, i teraz się super robi, bo są bakalie, więc pyszna wyszła. No i teraz będę robiła, bo ja robię w pierwszy dzień świąt kolędowanie, będę robiła taki żurek specjalny na wiele osób.

Żur na Boże Narodzenie.

Tak jest, bo ja zawsze robię w pierwszy dzień świąt… Nie, no bo to nie na wigilię, na wigilię jest barszcz.

Oczywiście.

Ale to jest taki żurek, taka potrawa, nazywa się żurek dymny królewski.

Ładnie się nazywa. A karpia kupuje pani żywego?

Nigdy nie kupuję żadnych żywych ryb, tylko kupuję już zabite. Kiedyś były żywe niestety. Ale ja karpia nie… Ja nie robię wigilii, tylko mój brat starszy. Bo ja zawsze po wigilii jadę do Radwanowic do moich podopiecznych. Nie mogę robić wigilii, ja robię w pierwszy dzień świąt kolędowanie u siebie w domu, a w drugi dzień świąt jadę do przyjaciółki.

A Wigilia jest u podopiecznych?

Wigilia jest u mojego brata, po wigilii się ładuję do samochodu, tak że ani kropli winka i robimy widowisko o narodzeniu Jezusa, idziemy z pochodniami, deszcz czy śnieg, wszystko jedno co. Płonie ognisko, podopieczni są przebrani za pasterzy, za aniołów. Jest Józef, jest Maryja, która idzie rodzić. Ja idę z nami i czytam wiersze. Jest mój mąż, jest mój kolega, który w tym roku przyjedzie specjalnie po wigilii ze Śląska do mnie, kolega aktor, kolega Misiu Majnicz z mojego teatru z siostrą, policja będzie, trzy policjantki będą czytały.

Policja?

Tak, i wszystkie chcą czytać, więc ja zrobiłam już scenariusz. Będzie ksiądz, który tam też jest w parafii w Radwanowicach, i mój mąż.

Czyli regularne jasełka.

I będą śpiewać, mam flet, mam harmonię podobno i gitarę. Będziemy śpiewać kolędy i przychodzą ludzie z okolicznych wiosek i potem idziemy na pasterkę.

A które święta są dla pani ważniejsze, Boże Narodzenie czy Wielkanoc?

Jedne i drugie. Akurat mi wystarcza, żeby tak pion… Bo święta i te tradycje pozwalają mi prostować się i łapać pion. Dlatego, bo to są takie święta, że żeby nie wiem co się działo, żeby nie wiem jaka operacja czy coś tam, choroba, to ja i tak idę na groby i stroję wszystkie, i tak robię zawsze to, co muszę zrobić w domu, te sałatki, te barszcze, te kutie, to wszystko to robię, i to mi daje siły, bo człowiek się mobilizuje. Zresztą ja mam taki zawód, który polega na tym, że żeby nie wiem co ci się działo, to się mobilizujesz i na scenie robisz to, czego nie możesz już robić w życiu, bo jest adrenalina.

Nawet człowiek jest bardzo chory na przykład.

Tak że jestem przyzwyczajona do tego, ale to są zupełnie inne święta. Święta Bożego Narodzenia są… Bardziej w głąb się wchodzi. To są takie święta, gdzie się myśli o takich bardzo ważnych rzeczach, mimo że się dziecko rodzi i powinno być radośnie, nadchodzi era miłości. Ale jednak w te święta się najbardziej czuje brak tych, których już nie ma, myśli się o sensie życia, ja tak mam w każdym razie, i o tym, co w życiu jest ważne, a ja jeszcze to przeżywam z moimi podopiecznymi, z moimi rozmówcami z programu „Spotkajmy się”, którzy tego dotykają na co dzień. Ale też człowiek sobie zdaje sprawę z tego, jak mija czas, nie? Też tak się patrzy, że już nie ma przy stole tych ludzi, a pod stołem się kłębią dzieci jakieś… I tak widzisz, jak mija czas, w te święta bardziej.

I ta sztafeta pokoleń.

Tak, to się widzi. A święta Wielkiejnocy są, mimo że Jezus umiera, ale potem zmartwychwstaje, są radosne, już dzieci biegają po ogródku, już jest jakoś inaczej.

Poza tym wiosna.

Jest wiosna, wszystko się budzi do życia, jest tak więcej nadziei, a tutaj jest coś takiego, że człowiek by tak musi wejść w głąb siebie i tę radość, i tę miłość, wszystko odnaleźć w sobie, bo wokół wszystko niby – chociaż w tym roku nie ma zimy – niby wszystko zamiera i dopiero się obudzi. Tak że to są różne, ale ja jedne i drugie święta uwielbiam. I mamy tradycje przeróżne, nawet takie rodzinne, które sobie wymyślamy, i ja uwielbiam w ogóle święta, bo człowiek może się na chwilę zatrzymać, nawet jak pędzi.

A pani ulubiona kolęda? Może pastorałka?

Chyba „Jezus malusieńki”, bo moja mama tak pieknie to śpiewała. To była pierwsza, której się nauczyłam. I jeszcze „W dzień Bożego Narodzenia”. To mój tato zawsze śpiewał, to się pamięta. I zawsze tak śpiewał, śpiewał, potem przestawał śpiewać, i jak było: „a gołąbek gruchnie basem”, to to była jego solówka, myśmy musieli być cicho, a on gruchał basem. I teraz jak śpiewamy, bo my się spotykamy z przyjaciółmi zawsze w pierwszy dzień świąt i czasem do rana się śpiewa, to też gruchają basem, teraz mój Krzysztof zawsze gruchnie basem.

Krzysztof, czyli mąż.

Tak jest.

A czy przy stole świątecznym w ogóle rozmawiacie o polityce, czy to jest temat zakazany, temat tabu?

Nie rozmawiamy o polityce w ogóle.

Nie ma tego tematu.

Nie, przepraszam, po to się Jezus rodzi, żebyśmy wreszcie przestali się kłócić, po to on się rodzi. Już naprawdę tak sobie myślę, że żeby się to skończyło, to chyba ten Pan Jezus Powinien znowu się pojawić, chociażby w Polsce, na chwilę, żeby tak ludzie zobaczyli, że może lepiej rozmawiać ze sobą, niż tak cały czas dowalać sobie i się tak kłócić, to byłoby fajniej.

Ale wielu Polaków polityka jednak dzieli. I co zrobić, żeby przy tym wigilijnym i w ogóle świątecznym stole było zgodnie?

Ludzie powinni, przepraszam, wyluzować. Mają takie coś zacisnięte, może to jest ta spirala nienawiści, co ks. Tischner kiedyś o tym pisał, że już jest tak zaciśnięte, że już nie mogą normalnie myśleć. Ale naprawdę, przepraszam, nawet jeżeli ktoś myśli inaczej niż ty, to przecież można by się było dogadać o sprawach i czasem myśleć o sprawie, a nie o tym, żeby komuś dołożyć. A ja w ogóle już nie słucham, ponieważ po pierwsze wszyscy mówią równocześnie, bo czasem wszyscy mówią równocześnie. Czasem jak już dwie osoby mówią tylko równocześnie, to już jest sukces. Nikt nikogo nie słucha, widzę twarze, które tylko myślą: „co ja teraz będę mówił”, w ogóle nie słuchają tego, co ktoś inny mówi, to jest przerażające i ja myślę, że to się bierze z tego, że to są kompleksy jakieś, że to jest, że tyś mi zrobił, to ja ci zrobię, i że jakaś taka walka jest, a przecież ci ludzie wszyscy chcą niby dobrze. Więc jakby tak wyluzować, nagle by się okazało, że wszyscy chcą tego samego może. I można by się było dogadać, i można by było razem lepiej zrobić. Ale ja wiem o tym, że głupoty gadam, że jestem romantyczka, infantylna.

Czy romantyk gada głupoty? Nie zgadzam się.

Ale polityka jest od tego, żeby właśnie razem – nawet można się kłócić, sprzeczać – w jakiś prostszy sposób dochodzić do celu. A cele powinniśmy mieć wytyczone wspólne. Wspólne są cele, chcemy, żeby było na świecie dobrze, na naszym świecie. A drogę, którą sobie wytyczamy z różnych stron, różnie myśląc o tym wszystkim, można by było dogadać się, nie? Ja tak zawsze myślałam, że na tym polega polityka, i nie rozumiem, czemu musi być tyle nienawiści.

To byłoby piękne.

A nienawiść jest czymś takim, co ludzi truje po prostu, zabija. I tak w środku oni by chcieli inaczej, a już nie potrafią. Tak że może wyluzujmy jakoś trochę czy jak się to mówi.

I to będą piękne życzenia.

Uśmiechnijmy się.

Wyluzujmy, uśmiechnijmy się do siebie nawzajem, podajmy sobie dłoń.

Najpierw do siebie i dogadajmy się, o co nam tak naprawdę chodzi.

To tyle w części radiowej, ale oczywiście Anna Dymna z nami zostaje. Jesteśmy na Facebooku i na RadioZET.pl. Zapraszam.

***

W internetowej części rozmowy Beata Lubecka zapytała Annę Dymną, czy z perspektywy 16 lat przepracowanych w Fundacji „Mimo Wszystko” można powiedzieć, że Polacy są ofiarni.

– Prowadząc tę fundację dowiedziałam się o ludziach różnych rzeczy. Bardzo dobrych i bardzo złych. Wydaje mi się, że jednak dowiedziałam się dużo więcej tych dobrych – ocenia Anna Dymna.

Według prezes Fundacji „Mimo Wszystko”, Polacy mają szczególny charakter.

– Lubimy być ofiarni, ale napadowo, akcyjnie. Jurek Owsiak genialnie to wymyślił z WOŚP, psychologiczną intuicją, że jak będzie jeden dzień, to będziemy bić rekordy. To chyba wzięło się stąd, że Polacy umieją się konsolidować, kiedy jest jakiś wróg. Radzimy sobie w najgorszych sytuacjach. Jak jest święto, że możemy coś razem zrobić i pokazać, że jesteśmy razem, to też umiemy to świetnie robić. Dużo gorzej jest z pomaganiem codziennym. Niemcy i inne narody to mają. Każdy mówi, że będzie co miesiąc wpłacał na jakąś rzecz ileś marek – podaje przykład Anna Dymna. – Taka pomoc dla fundacji jest najlepsza, bo to jest stała pomoc. U nas z tym jest najgorzej. Najgorzej wymyślić mechanizmy, które by działały. Mamy niby 1 procent, moja fundacja w dużej mierze opiera się na nim, ale staramy się pozyskiwać sponsorów – mówi prezes Fundacji "Mimo Wszystko" w Radiu ZET.

Zdaniem Anny Dymnej, najgorzej wymyślić mechanizmy, które by działały.

– Mamy niby 1 procent. Moja Fundacja w dużej mierze opiera się na nim. Oczywiście staramy się pozyskiwać różnych sponsorów, prywatnych i innych, ale jednak to z jednego procenta wybudowaliśmy dwa ośrodki za wiele milionów – wskazuje gość Radia ZET.

Gość Beaty Lubeckiej marzy o stworzeniu domu spokojnej starości dla ludzi z niepełnosprawnością intelektualną.

– Takich domów nie ma. Ci ludzie z niepełnosprawnościami intelektualnymi trafiają do domów opieki, a oni jednak powinni mieć specjalną opiekę – mówi Anna Dymna. – Chciałabym żyć kilkaset lat, bo tyle jest do zrobienia. Żeby nie było listów „Pani Aniu, mam 80 lat i nie mogę spokojnie umierać, bo mój syn ma 60, ma zespół Downa. Jak on sobie poradzi, co z nim będzie? Nawet nie potrafią mi powiedzieć w jakim będzie ośrodku” – podaje przykład.