Dyrektor Szpitala Bielańskiego: jesteśmy gotowi na walkę z koronawirusem

27.02.2020 08:02

Szpital Bielański jest przygotowany na walkę z koronawirusem. Jego dyrektor zapowiada, że personelu, maseczek i kombinezonów nie brakuje. – Póki co nie mamy problemów z zaopatrzeniem. To jest jeszcze dostępne na rynku. Pytanie jak długo – mówi dr Dorota Gałczyńska-Zych w Radiu ZET. – Szpital Bielański ma co najmniej tygodniowy zapas. Wydaje mi się, że na pierwszą walkę i wojnę musi wystarczyć. Nie mamy takich magazynów, żeby zabezpieczyć się na pół roku do przodu – przyznaje dyrektorka placówki w rozmowie z Beatą Lubecką. 

Beata Lubecka: Gościem Radia ZET jest dzisiaj doktor Dorota Gałczyńska-Zych, dyrektorka Szpitala Bielańskiego w Warszawie. To jest duży szpital. Dzień dobry, pani doktor.

Dorota Gałczyńska-Zych: Dzień dobry, witam państwa.

Największy SOR w tym mieście chyba, tak?

Największy SOR i największy szpital samorządu warszawskiego.

„Przygotowani jesteśmy na papierze. Sprawdzianem będzie pojawienie się pierwszych zachorowań, to biologiczna trzecia wojna światowa” – to były pani słowa jednym z artykułów, konkretnie w „Rzeczpospolitej”, która zastanawiała się, czy jesteśmy gotowi na walkę z koronawirusem, czy też nie, wbrew być może zapewnieniom władz centralnym, które mówią, że jesteśmy. Pani to powiedziała pod imieniem i nazwiskiem, zabrzmiało to groźnie. Więc czy pani przesadza?

Nie, nie przesadzam, to jest tylko interpretacja, bo my jesteśmy rzeczywiście przygotowani na papierze. Mówię o procedurach. Mamy je opracowane, przedyskutowane, przegadane między naszymi pracownikami. Natomiast życie pisze swoje scenariusze i jak będzie się rozwijała sytuacja w przypadku, kiedy koronawirus dotrze do Szpitala Bielańskiego, to to zawsze będzie nowa sytuacja.

A czy te procedury, które są i które są przedyskutowane, jak pani powiedziała, czy one są wystarczające?

Mam nadzieję, że tak. W takiej sytuacji… zrobiliśmy wszystko, co można, w takiej sytuacji i z tą wiedzą, którą na dzień dzisiejszy posiadamy. Czy to będzie wystarczające, właśnie to jest ta druga część mojego myślenia, wtedy rzeczywiście sprawdzimy się w boju i zobaczymy, czy jest to wystarczające. Ale na chwilę obecną uważam, że to, co należy, co powinniśmy i co można było zrobić w tej sytuacji, to właśnie zrobiliśmy. Więc jesteśmy na to przygotowani.

Bo czytam na przykład w prasie, że nie wiadomo, kto będzie płacił za transport pacjenta np. ze szpitala do szpitala, ze szpitala, który wyczerpie swoje możliwości. Kto zapłaci za karetkę pogotowia?

Powiem tak: nigdy nie myślałam w sytuacji bezpośredniego zagrożenia epidemiologicznego, o którym tutaj mówimy, bo od lat Szpital Bielański też walczy z New Delhi, z zakażeniami wewnątrzszpitalnymi, z grypami itd., itd. Nigdy nie myślałam pierwszorzędowo o pieniądzach. Zawsze myślę sobie wtedy: musimy ratować człowieka i pacjenta, a potem będziemy zastanawiali się, kto poniesie koszty tego naszego ratowania.

Czy pani nie zamartwia się troszeczkę… Chociaż nie, pani się nie zamartwia. Natomiast Szpital Bielański nie jest de facto szpitalem zakaźnym, to czy tam może zostać utworzony taki specjalny oddział, gdzie mogliby być hospitalizowani ludzie zakażeni wirusem?

Ależ oczywiście, że tak. W każdym szpitalu, nawet najmniejszym, może powstać oddział izolacyjny. Jest to metoda na walkę z zakażeniami generalnie. Będę wracała tutaj do tej bakterii New Delhi, bo to też był przypadek, który żeśmy dyskutowali, że często lepiej zrobić oddział izolacyjny niż leczyć po jednym przypadku na każdym oddziale. Więc jeśli nawet są cztery oddziały, to w tych trzech oddziałach skupimy wszystkich pacjentów, a czwarty będzie izolacyjny. Tak samo Szpital Bielański jest w stanie zorganizować oddział izolacyjny wtedy, kiedy będzie potrzeba.

A szpital jest na to przygotowany? Czy ma pani odpowiednią liczbę personelu, kombinezonów ochronnych, maseczek? Bo też czytałam o tym, że tego brakuje, że lekarze się boją.

Nie. Tego wydaje mi się, że nie brakuje. To jest jakiś mit. Póki co nie mamy problemu z zaopatrzeniem, jeśli chodzi o sprzęt jednorazowy, w tym sprzęt ochrony osobistej, bo o tym mówimy: o maseczkach, o fartuchach, o kombinezonach. Oczywiście to jest jeszcze na rynku polskim dostępne, pytanie jak długo – nie wiem, ale Szpital Bielański ma co najmniej tygodniowy zapas. Wydaje się, że na tę pierwszą walkę i wojnę musi wystarczyć. Nie mamy takich magazynów, żeby zabezpieczyć się na pół roku do przodu czy nawet na kilka miesięcy, więc na tyle na ile możemy, jeszcze raz będę mówiła, jesteśmy na to przygotowani.

A lekarze się boją?

No lekarze są tylko ludźmi, ale w misję naszego zawodu – ja też jestem lekarzem – wpisana jest właśnie taka sytuacja. I jak my decydujemy o tym, czy będziemy lekarzami w życiu, to proszę mi wierzyć, właśnie o takich sytuacjach myślimy, wyjątkowych, kiedy możemy pomóc drugiemu człowiekowi. I ja oczywiście dalej będę mówiła, że grupa zawodowa medyczna ma prawo obawiać się, bo przecież te informacje do nas dochodzą o zaraźliwości tego koronawirusa, o takim szybkim rozprzestrzenianiu się, my też jesteśmy ludźmi. Ale w obliczu epidemii, w obliczu tego, że pacjent cierpi, lekarz zawsze stanie na stanowisku i będzie walczył. Będzie walczył o pacjenta.

A lekarz może nie przyjść do pracy?

Może nie przyjść do pracy, oczywiście, że może.

Z obawy, że może się zarazić?

Powiem tak: z obawy to raczej bym tutaj nie myślała o tym, ale oczywiście boję się tego, że nas może zdziesiątkować infekcja, zwyczajnie możemy chorować. I wtedy może się to okazać trudne.

Pacjenci zaczynają opisywać w Internecie takie chaotyczne reakcje personelu medycznego. Przeczytałam taką relację mieszkanki Warszawy, która wróciła z Włoch na dniach ze swoją córką. I najpierw dzwoniła do sanepidu powiatowego, tam nikt nie odbierał, w związku z tym zadzwoniła następnego dnia już do wojewódzkiej stacji sanitarno-epidemiologicznej. No tam już dowiedziała się, co powinna zrobić – że powinna pojechać do szpitala zakaźnego, ale nie powinna pojechać oczywiście transportem miejskim, tylko albo własnym, albo powinna wezwać karetkę. I wezwała karetkę, i okazało się, że karetka do niej nie przyjedzie, bo usłyszała, że karetki są od ratowania ludzkiego życia, a nie po to, żeby ją przetransportować do szpitala zakaźnego.

No właśnie, wszyscy się tej sytuacji uczymy. Dobrze akurat, że jeszcze w Polsce nie ma koronawirusa i że możemy czerpać ze wszystkich złych i dobrych doświadczeń innych narodów i państw – jest ich już prawie 37, jeżeli mówimy o ilości zakażonych państw – no i dostosowywać się do tej sytuacji. Nie ma, proszę państwa, tak dobrze zorganizowanego społeczeństwa, żeby gdzieś tam nie pojawiła się jakaś przysłowiowa dziura w tym systemie. I my też nie jesteśmy inni. U nas też właśnie myślę, że największy problem to jest właśnie to informowanie albo np. drożność telefoniczna. Mówimy: dzwonimy do sanepidu. Ileż to linii trzeba by było stworzyć dodatkowych w tym sanepidzie…

A jak nikt nie odbiera w ogóle?

No właśnie.

Bo już jest po 15.00, więc wszyscy poszli do domu.

No to już jest kwestia systemu i uważam, że system powinien na takie słabe punkty szczególnie zwrócić uwagę. Bo jeśli społeczeństwu mówimy, że „macie państwo telefon i dzwonicie pod ten telefon”, to trzeba zrobić wszystko, żeby tam ktoś tę słuchawkę odebrał.

Czyli czynnik ludzki nie może zawieść.

Czynnik ludzki nie może zawieść. I to w szerokiej rozciągłości, dlatego że nie może zawieść lekarz, nie może zawieść pracownik sanepidu, ale również nie może zawieść obywatel, który powinien być bardzo, ale to bardzo świadomy. Ja myślę, że ta sytuacja nauczy nas również takiego rozsądnego postępowania w sytuacjach zakażenia. Będziemy informowali i już dostajemy tę informację, że powinniśmy zostać w domu, że powinniśmy unikać zbiorowisk, powinniśmy wykonywać rzeczy tylko i wyłączeni koniecznie, żeby się nie narażać, żeby nie dawać powodów. To najważniejsze.

Czyli teraz raczej nie powinno się specjalnie uczestniczyć w jakimś takim życiu kulturalnym… chociaż teraz to akurat już karnawał mamy za sobą… ale raczej ograniczyć wyjścia np. do restauracji, tak?

Jasne. Wyciszamy się. Wyciszamy się, po prostu zostajemy w domu, w czterech ścianach. Nawet jak coś się dzieje, to przede wszystkim zostajemy w domu. Nie szukamy nerwowo pomocy u lekarza rodzinnego, w SOR-ze. My jesteśmy najgorszym punktem, gdzie pacjent powinien się do nas zgłosić, bo szpitalne środowisko zawsze jest zakaźne dla pacjenta, szczerze mówiąc tam też dużo oczekuje ludzi bardzo ciężko chorych, a wiemy, że koronawirus właśnie takich ludzi głównie atakuje. Więc ja się bardzo cieszę, i mówię to powiedzieć jednoznacznie, że nie ma naporu na SOR-y w tej chwili, tak? Nie ma. Ludzie jednak… Dociera do słuchaczy, do obywateli docierają te informacje i ja się z tego bardzo, ale to bardzo cieszę. Więc myślę, że gdzieś to takie tam światełko w tunelu jest.

To jeszcze zapytam, czy to jest dobra decyzja ze strony ministra zdrowia, żeby wykluczyć badanie na obecność koronawirusa komercyjne?

No tak, uważam, że to bardzo dobra decyzja. Dlaczego? Dlatego że u nas w Polsce jest tak, że głównie będą się tacy ludzie sprytni, przedsiębiorcy będą dbali, będą zabiegali...

Prewencyjnie.

...prewencyjnie tylko o siebie. W ogóle nie patrzą wtedy na ten słabszy element w społeczeństwie, który jest, który funkcjonuje, biedniejszy, słabszy, starszy, mniej świadomy. Musimy wiedzieć, że tacy ludzie też są koło nas i oni też są w potrzebie. Więc dzisiaj uważam, że tak naprawdę te testy są potrzebne ludziom, którzy naprawdę mają objawy chorobowe. Jeśli stać będzie system, ale nie mówię o finansach, tylko mówię o ilości testów, to wtedy można to również robić komercyjnie. Zawsze burzyłam się przeciwko temu, bo to tak, jakbyśmy tutaj jakąś grupę nadludzi budowali albo grupę ludzi, która jest w sposób szczególny uprzywilejowana. Nie, epidemia jest równa dla wszystkich i dlatego musimy tak bardzo sprawiedliwie do tego podchodzić.

To teraz robimy lekką pauzę. Pani doktor z nami zostaje, dyrektorka Szpitala Bielańskiego w Warszawie, ale zostajemy w Internecie, jesteśmy na Facebooku i na RadioZET.pl i kontynuujemy tę rozmowę, Beata Lubecka, zapraszam.

***

W internetowej części programu dyrektor Szpitala Bielańskiego przyznała, że dobrym pomysłem była propozycja Koalicji Obywatelskiej dotycząca obowiązku hospitalizacji i kwarantanny w przypadku zakażenia koronawirusem. – Patrząc na to, co dzieje się w Chinach, we Włoszech i w Korei Południowej, myślę że tak. Trzeba byłoby wprowadzić obowiązek. Mimo wszystko jedyny środek to tak naprawdę izolacja. Kraje, które wprowadzają izolację, na przykład Skandynawia, świetnie sobie z tym poradziły właśnie w ten sposób. Izolacja, informacja, organizacja, kultura społeczna. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że oni są bardzo solidni. Jak Skandynawowi mówi się coś i prosi się go o coś, to on to wykonuje. Z nami jest gorzej. Próbujemy się przeciwstawiać i szukać innego dna, wyjścia awaryjnego. Polak potrafi, ale Polak w tej sytuacji będzie biedny, jeśli będzie kombinował. Musi się dostosować – komentuje doktor Dorota Gałczyńska-Zych. 

Zdaniem dyrektor Szpitala Bielańskiego, powinny zostać wprowadzone kary dla pacjentów, którzy nie przychodzą na umówioną wcześniej wizytę u specjalisty. – Jakieś kary powinny być. To zbyt powszechny proceder – uważa dr Gałczyńska-Zych. – Nasz polski pacjent nie ma świadomości, że skierowanie to jest czek. Za tym skierowaniem stoją bardzo określone pieniądze i bardzo określone działania. Pacjenci nie wykonują telefonów. To pusty przebieg gabinetu lekarskiego, w którym siedzi specjalista, armia ludzi pracuje na to wszystko, to naprawdę są poniesione koszty – zauważa gość Radia ZET.

Czy od 1 marca, kiedy przestaną obowiązywać limity przyjęć na pierwsze wizyty do kardiologa, ortopedy, endokrynologa i neurologa kolejki ulegną skróceniu? – Biorąc pod uwagę, że endokrynologów i neurologów na naszym rynku tak naprawdę nie ma, to jeśli miałyby się skrócić kolejki w przychodniach, trzeba byłoby tych endokrynologów i neurologów dotrudnić. Boję się, że po raz kolejny ten lekarz zostanie zabrany ze szpitalnego systemu. Łatwiej pracować w przychodni za całkiem godne pieniądze niż harować w oddziale. To jest taka praca. Nie wiem, będę się temu bacznie przyglądać, ale w deficytowych specjalnościach nie wydaje mi się, żeby te kolejki mogły się skrócić – ocenia dyrektor Szpitala Bielańskiego w Warszawie. 

Doktor Dorota Gałczyńska-Zych skomentowała też rosnące długi szpitali. Skąd ten wzrost się bierze? – Głównie z płac. Mówimy o regulacjach dla pielęgniarek i lekarzy specjalistów, gdzie te regulacje dotyczą decyzji rządowych, ale oczekiwania innych grup zawodowych i lekarzy w grupach deficytowych są dużo większe, niż oferuje im system. Co roku w grudniu przeżywamy koszmar kontraktując kolejny rok naszych pracowników, bo stawki rosną. Oczekiwania każdego pracownika w ochronie zdrowia są płacowe, bo te płace od wielu lat były zamrożone. Są naprawdę niskie. Brakuje administracji, bo za takie pieniądze nikt nie chce w szpitalach pracować. Brakuje salowych, bo to jest tylko i wyłącznie najniższa krajowa. Trudno dziwić się ludziom, że próbują się zorganizować inaczej, ale tych ludzi brakuje. Rosną też koszty utrzymania, rosną leki – wymienia dyrektorka Szpitala Bielańskiego w Warszawie. – W wielu szpitalach koszty przekraczają 70-80 procent przychodów. Jeśli mówimy o bezpiecznym pułapie, to 60 procent. Wtedy jednostka jeszcze się bilansuje. Jak przekroczy tę granicę, to już jest równia pochyła – dodaje. 

Dlaczego logo Szpitala Bielańskiego w Warszawie zmieniło się? Wcześniej był to krzyż z literą „B”, a teraz będzie to biała róża. – Logo szpitala zmieniamy dlatego, że w tym roku obchodzimy 60-lecie. Biała róża, bo Bielany, zakon kamedułów. Wymyśliliśmy to my, pracownicy i komitet obchodu 60-lecia. Były i są głosy, że poprzednie logo kojarzyło się z „+3”. Młode pokolenie tak tego nie kojarzy, to my, starsze pokolenie, wiemy czym jest czerwony krzyż. To przestało się kojarzyć z czerwonym krzyżem i ochroną zdrowia – tłumaczy dr Gałczyńska-Zych.