Konstanty Radziwiłł: Donald Tusk? To jest pewien problem, że szef RE de facto prowadzi kampanię wyborczą w Polsce

Redakcja
11.05.2019 08:00
Konstanty Radziwiłł
fot. Radio ZET

- Myślę, że to też jest pewien problem, że szef Rady Europejskiej de facto prowadzi kampanię wyborczą w tej chwili w Polsce. Nie swoją, ale wyraźnie namawia w jednym kierunku (...) Ale ja nie widzę tu istotnego zagrożenia - mówi w Radiu ZET senator PiS i były minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, komentując ostatnie wystąpienia Donalda Tuska w Polsce. Gość Radia ZET stwierdził, że wypowiedzi szefa Rady Europejskiej nie poruszyły Polaków. - Bardziej ekscytują się tym politycy niż zwykli ludzie. Jest to rodzaj takiej zabawy, prawda? (...) Donald Tusk nie zaszkodzi nam, nie słyszałem, żeby kandydował do Parlamentu Europejskiego - mówi Konstanty Radziwiłł. 

Joanna Komolka: Konstanty Radziwiłł, senator, były minister zdrowia i kandydat PiS-u do PE. Donald Tusk człowiekiem roku „Gazety Wyborczej”, Donald Tusk po raz kolejny z ważnymi słowami, przesłaniem, wykładem – jakkolwiek to nazwać – w Warszawie na tym ostatnim półmetku przedwyborczym szkodzi PiS-owi czy nie?

Konstanty Radziwiłł: Ja w ogóle myślę, że to pytanie jest źle postawione.

Dlaczego? No przecież była premier Ewa Kopacz mówi, że tak naprawdę dzięki Donaldowi Tuskowi Koalicji Europejskiej rośnie w sondażach – bo rośnie.

Wzrosło w jednym sondażu.

W dwóch.

Nie ekscytowałbym się tym tak bardzo. Jak sondaże robią różne firmy w różnych miejscach w różnym czasie, to po prostu porównywanie jednego sondażu z drugim nie ma większego sensu naukowego. A z drugiej strony powiem taki truizm – prawdziwy sondaż to będzie za dwa tygodnie przy urnach.

Oczywiście, ale jednak rozumiem, że państwo włączają telewizory i słuchają tego, co mówi Donald Tusk – pan też.

Oczywiście. Myślę, że bardziej ekscytują się tym politycy niż zwykli ludzie. Jest to jakiś rodzaj takiej zabawy.

Nie zaszkodzi wam?

Ta zabawa?

Nie, Donald Tusk.

Donald Tusk nie zaszkodzi nam, nie słyszałem, żeby kandydował do PE, w związku z tym…

Ale mobilizuje elektorat waszych konkurentów przecież.

Znaczy ja nie wiem, kogo on mobilizuje. Pewnie stara się zmobilizować, myślę, że to jest też pewien problem, że szef Rady Europejskiej de facto prowadzi kampanię wyborczą w tej chwili w Polsce, nie swoją, ale wyraźnie namawia w jednym kierunku. Jeśli tak jest rzeczywiście, jak pani mówi, że oceniają to sami przedstawiciele Koalicji Europejskiej, to pewnie tak jest, ale ja nie widzę tutaj jakiegoś istotnego zagrożenia. Moim zdaniem... Ja ciągle jednak jestem pod wrażeniem tego supportu, którego przed poprzednim wykładem w Warszawie udzielił mu pan Jażdżewski. Myślę, że to nie był przypadek. I muszę powiedzieć, że z jednej strony nawoływanie do zgody, do tego, żeby szukać wspólnych spraw…

To, o czym mówił wczoraj Donald Tusk.

To, o czym mówił wczoraj. Jednak trzeba to widzieć w kontekście tego, co było przedtem. To nie było nawoływanie do zgody, chociaż nie ustami pana przewodniczącego Tuska. Trudno sobie wyobrazić...

Koalicja się odcięła od tych słów przecież.

Wie pani co, rzeczywiście później, z każdym dniem w różnych mediach zaczęli się drapać w głowę, że chyba tak rzeczywiście przegięto, jak to mówi młodzież. Ale wydaje się, że to nie był przypadek, i to jest nie tylko oburzające, ale po prostu z całą pewnością można ten prewykład pana Jażdżewskiego tuż przed wystąpieniem pana przewodniczącego Tuska spokojnie nazwać mową nienawiści. I myślę, że wielu tak to ocenia, a już z całą pewnością ogromne rzesze ludzi poczuły się bardzo urażone. Ja osobiście też, bo jeżeli ktoś mówi źle o Kościele, a ja jestem członkiem tego Kościoła, to jest dla mnie po prostu oburzające, obrażające również w stosunku do mojej osoby.

Pan mówi o tym, że to nie był przypadek. Na pewno nie można też mówić o przypadku, jeżeli chodzi o wczorajszą obietnicę pana ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i 100 mld. Okazało się, że kiedy Grzegorz Schetyna mówi: „Załatwimy z UE 100 mld na służbę zdrowia”, wczoraj wychodzi minister zdrowia z PiS-u i mówi: „A my w tym roku też damy 100 mld zł”.

Znaczy my te miliardy już mamy i po prostu jest kwestia zmiany...

No świetnie, tylko dlaczego akurat teraz o tym mówi minister, w momencie kiedy padła tak jasna i ostra deklaracja ze strony Koalicji Europejskiej?

Z bardzo prostego powodu, dlatego że jest pewna sekwencja procedur. I ponieważ wiemy dobrze, że ze względu na dobrą sytuację ekonomiczną spada…

Na dwa tygodnie przed wyborami europejskimi minister Szumowski podliczył pieniądze, minister Czerwińska podliczyła pieniądze i się okazało: „O, mamy jeszcze 100 mld zł na służbę zdrowia”?

Nie, nie jeszcze 100 mld, tylko przekroczymy 100 mld w tym roku, a wynika to z dobrej sytuacji gospodarczej przede wszystkim i zbieranej większej składki przez NFZ. To się wiąże z mniejszym bezrobociem i wyższymi płacami, bo to jest pochodna. I to jest jedna rzecz. A druga to jest ustawa 6%, która nakazuje dosypywanie pieniędzy powyżej pewnego minimum, które w tym roku wynosi 4,86% PKB. I z obu tych rzeczy wynika, że można będzie skorygować plan finansowy NFZ-etu, a zatem również podwyższyć wartość kontraktów dla szpitali, i to po prostu wynika z pewnych analiz.

A czy to przypadek, że dwa tygodnie przed wyborami, czy fizjoterapeuci, czy rezydenci, fizjoterapeuci, którzy już protestują, rezydenci, którzy wczoraj także na naszej antenie i dzisiaj też powiedzieli: „Wiele wskazuje na to, że będziemy musieli wrócić do protestu, ponieważ Ministerstwo Zdrowia nie spełniło naszych postulatów”...

Ja tego zupełnie nie pojmuję...

...”nie ma podwyżek”. 

Rezydenci oczywiście podwyżki dostali, i to jeszcze zanim to porozumienie było podpisane, bo jeszcze za mojego czasu...

A nie miało to być zagwarantowane w tej ustawie o zawodzie lekarza? Podwyżki też?

Podwyżki? Nie. To jest kwestia zupełnie odrębna i te podwyżki po prostu są wypłacane od 2017 roku. Jeszcze kiedy byłem ministrem zdrowia, dokonałem korekt wynagrodzeń rezydenckich, a później one jeszcze wzrosły. Tak że tutaj w ogóle nie ma tego problemu. Natomiast płace większości pracowników są z jednej strony gwarantowane ustawą także z 2017 roku o minimalnych wynagrodzeniach, one wzrastają z każdym rokiem, a jednocześnie oczywiście można mieć nadzieję, że wraz ze wzrostem puli środków do dyspozycji w służbie zdrowia będzie również tak, że i wynagrodzenia pracowników będą rosły. Chociaż też trzeba powiedzieć, że na pierwszym….

Czy to znaczy, że skrócą się kolejki do specjalistów?

Na pierwszym miejscu oczywiście są pacjenci i te pieniądze muszą przede wszystkim gwarantować poprawę jakości, szeroko rozumianą, bo to nie jest tylko kwestia kolejek, ale także na przykład...

Ale to jest bardzo istotne – kiedy ktoś musi na wizytę u specjalisty czekać wiele miesięcy.

Tak, ale pani redaktor, nie fetyszyzujmy tej sprawy, bo są również inne aspekty tej jakości. To jest również kwestia refundacji nowych leków, to jest kwestia wpisania do koszyka świadczeń gwarantowanych nowych procedur, które w międzyczasie się ukazują i czekają w kolejce, itd., itd. Tak że jest wiele rzeczy, które oczywiście trzeba z czegoś sfinansować, i jeżeli pojawiają się dodatkowe pieniądze, no to tak jest.

A na co by pan wydał te dodatkowe pieniądze w pierwszej kolejności, gdyby pan był ministrem zdrowia? Już pan nie jest, ale gdyby pan był.

Natomiast zaczęła pani od 100 mld zapowiedzianych przez pana przewodniczącego Schetynę, i to są dopiero pieniądze wirtualne, dlatego że...

Ale dobrze, to teraz mówmy o tych pieniądzach, o tych, o których państwo mówią.

Ale wie pani, no o się też odbywa w pewnym kontekście. Tu akurat tak się składa, że mówimy o podobnej kwocie, tylko że on mówi o kwocie, którą mówi, że załatwi. No to jest po prostu coś zdumiewającego.

No tak, ale Grzegorz Schetyna trochę wymusił tę wczorajszą deklarację ministra Szumowskiego.

Nie, absolutnie nie.

To przypadek?

Dlatego że już sama ustawa tzw. 6%, czyli ustawa, która gwarantuje wzrastające nakłady na ochronę zdrowia, w sumie, i z NFZ-etu, i z budżetu, mówi, że do roku 2024 to zwiększanie doprowadzi do poziomu 6%. Natomiast konsekwencje tej ustawy, jak je obliczyć od początku 2018 roku przez 10 lat, a takie obliczenie zawsze się robi, mówią, że to będzie 540 mld zł dodatkowych do służby zdrowia. I to są konkretne pieniądze, dlatego że one już w tej chwili są podnoszone. To jest ustawa, którą ja jeszcze przygotowałem, i ona działa, i jestem głęboko przekonany, że nikt jej nie uchyli.

A fizjoterapeuci i rezydenci mówią: Dobrze, powiemy „sprawdzam” w przyszłym tygodniu.

Naprawdę, jeżeli chodzi o rezydentów, to w ogóle nie należy tego mieszać. Ja zupełnie nie pojmuję tego fermentu, który oni robią, dlatego że rezydenci dostają pieniądze z budżetu państwa na podstawie odrębnych przepisów. To nie ma nic wspólnego z tym, ile pieniędzy jest w NFZ-ecie, bo ich pieniądze są gwarantowane przez państwo. Można powiedzieć w skrócie, że ich zatrudnia tak jakby minister zdrowia. I te pieniądze są osobne, one są w budżecie, zapisane w budżecie państwa i nie są zagrożone. Co więcej, ja bym powiedział, że grupa rezydentów...

Ja rozumiem, że chcą więcej.

Nie, w tej chwili nawet nie chcą więcej, właśnie na tym polega paradoks. Ten cały dym, który robią, nie ma nic wspólnego z tymi wynagrodzeniami. Natomiast oni mówią o procentach PKB, co jakby jest już zagwarantowane, natomiast to jest też bardzo ważne, że te pieniądze w żaden sposób nie są zagrożone, a jednocześnie też trzeba powiedzieć, i to myślę, że słuchaczom się należy, że rezydenci, którzy jeszcze kilka lat temu mogli narzekać, że ich wynagrodzenia są nieadekwatne do ich wysiłku, kwalifikacji itd., dzisiaj są naprawdę przyzwoite. Ci rezydenci zarabiają w zależności od specjalizacji, od roku, na którym są w okresie specjalizowania, ok. 5-6 tysięcy, a jeśli biorą dyżury, to jest znacznie więcej, i to naprawdę nie są złe wynagrodzenia dla młodych ludzi tuż po studiach.

Nadal są niezadowoleni, jak widać. Chciałam zapytać o rzecz, która się wydarzy dzisiaj: marsz m.in. narodowców przeciwko ustawie dotyczącej zwrotu mienia zagrabionego ofiarom Holokaustu. To jest w ogóle temat taki realny?

Nie, to jest zupełnie nierealny temat.

To dlaczego premier mówi i przedstawiciele pana partii mówią: „Musimy to uregulować, w przyszłym tygodniu, za parę dni przedstawimy sposób uregulowania tej sytuacji”?

Trzeba powiedzieć po pierwsze, że ustawy w jakimkolwiek kraju, a z całym szacunkiem dla USA, to nie jest Polska, tylko to jest inny kraj, nie mają swojego zastosowania w Polsce. I po prostu to są takie, jak to się mówi, strachy na lachy.

To skąd taka reakcja nerwowa ze strony rządu w tej sprawie, i PiS-u?

Ja myślę, że tutaj chodzi głównie o to, żeby wyjaśnić sytuację.

A nie chodzi o to, że Konfederacja, która zabiera wam wyborców, mówi o tym bardzo głośno i wychodzi np. na ulice?

Deklaracja zarówno władz partii, jak i rządu jest jednoznaczna. I myślę, że tutaj jest zgoda narodowa w tym zakresie: Polska jest krajem, który tak potwornie ucierpiał w czasie II wojny światowej z rąk Niemców, że mówienie – że to w ogóle przychodzi komuś do głowy, że my powinniśmy komuś płacić odszkodowania, to nie ma w ogóle żadnego sensu.

Skoro pan mówi, że trzeba to uregulować w Polsce, to jak to uregulować? Pan jako senator będzie musiał się pewnie nad tym też pochylić za chwilę, skoro będzie projekt ustawy.

Jeżeli powstaną przepisy, które będą przypieczętowywać jeszcze bardziej to, co ja mówię w tej chwili, ale to, co mówią również przedstawiciele właśnie rządu i partii w tej sprawie, to oczywiście podniosę za tym rękę, dlatego że chodzi o to, żebyśmy też między sobą byli uspokojeni, bo jest pewien niepokój wśród pewnej grupy ludzi, moim zdaniem zupełnie sztucznie rozdmuchiwany właśnie przez takie dosyć dziwaczne stronnictwo, jakim jest Konfederacja, gdzie jest – no nie chcę używać takich mocnych słów, ale trochę groch z kapustą.

Który odbiera wam trochę wyborców przecież.

No mam nadzieję, że nie, no bo ludzie jednak rozsądnie patrzą na to, co się dzieje, i to jest siła, która po prostu wytworzyła jakiś tam problem i teraz go zwalcza, i tego problemu po prostu nie ma. Nikt nie będzie płacił odszkodowań z polskiej kasy ludziom, którzy zostali poszkodowani w czasie II wojny światowej. Winne są temu hitlerowskie Niemcy i nikt inny. I po prostu nie ma mowy, żeby Polska była w jakikolwiek sposób współodpowiedzialna, również finansowo, za konsekwencje II wojny światowej.

Czy miejsce na liście do PE to jest taka rekompensata od Jarosława Kaczyńskiego za to, że musiał się pan pożegnać ze stanowiskiem ministra zdrowia?

Cała lista PiS-u w Warszawie i okolicach, bo to jest mój okręg wyborczy, to są same mocne postacie i myślę, że po prostu wyborcy mają z czego wybierać. Jeśli chodzi w ogóle o koncepcję...

Czyli to nie jest tak, że za fotel ministra dostał pan to miejsce na liście?

Nie, ja byłem senatorem, zanim zostałem ministrem, nadal nim jestem. Jeśli tak się potoczą losy, to być może będę startował do Senatu na jesieni.

Jeżeli nie PE, to Senat, rozumiem?

Tak. Ale póki co, myślę, że dobry pomysł PiS-u, żeby spróbować zaoferować wyborcom ekspertów, sprawdzonych ekspertów, którzy mogą w UE wpływać na to, co tam jest stanowione, a co potem my konsumujemy, jest dobrym pomysłem. I ja wśród tych ekspertów z całą pewnością… No, znam się dobrze na jednym obszarze, którym jest ochrona zdrowia.

Pytanie, czy jest pan w stanie pobić Jacka Saryusz-Wolskiego bądź Ryszarda Czarneckiego, którzy są jedynką i dwójką.

Nie zamierzam się z nikim bić. Natomiast po prostu wspieramy razem listę PiS-u. I jeszcze raz powiem, że wyborca – taki jest mechanizm tych wyborów – na pierwszym miejscu otwiera książeczkę z głosem na stronie, którą będzie popierał, a następnie wybiera spośród 10 kandydatów PiS-u tego, który jest mu bliski.

Liczy pan, że pan dużo tych znaków X będzie miał przy swoim nazwisku?

Gdybym nie liczył na to, tobym nie startował w tych wyborach. Myślę, że jest to możliwe. Bardzo jestem aktywny w tej chwili, spotykam się z ogromną liczbą ludzi i wiem, że mam duże poparcie. A jak to wyjdzie na końcu, no to zobaczymy.