Zamknij

Wiesław Komasa: Jasiek nie lubi blichtru. Nie wiem jak odnajduje się w Hollywood

07.02.2020 08:02

„Jasiek nigdy nie chciał oglądać Oscarów. Nie lubił takiego blichtru, cackania wokół sytuacji. On lubił konkret, rzetelną sytuację do przeżycia. Nie wiem, jak on odnajduje się w Hollywood. (…) Myślę, że pod tym względem nie jest mu łatwo” - mówi piątkowy gość Radia ZET, aktor Wiesław Komasa - ojciec Jana Komasy, którego film „Boże Ciało” jest nominowany do Oscarów. Galę wręczenia nagród zamierza oglądać w kameralnym gronie. „Postanowiliśmy z żoną, że będziemy to robić tylko we dwoje, żeby nie wstydzić się emocji przed sobą” - zdradza Beacie Lubeckiej.

Wiesław Komasa przyznaje, że nigdy nie spodziewał się nominacji filmu swojego syna do Oscarów. Podkreśla też, że Jan Komasa ma coś, czego nie ma on sam.

„To koncentracja. Nie chce obligować ludzi swoim stanem psychicznym. Chce znieść to sam, dzielnie. Na pewno nie jest mu łatwo, ale nie przekazuje emocji. Jest introwertykiem” - mówi o swoim synu Wiesław Komasa. Dodaje, że Jan Komasa od zawsze miał swój własny świat. „Jak był mały, cały czas miał zajęcie. Kreował świat, ale uciekał w samotność i ciszę. Rysował, pisał, sam nauczył się angielskiego. Pisał książki o motylach i chciał złapać najpiękniejszego motyla w świecie” - wspomina piątkowy gość Radia ZET.

Aktor zapewnia w Radiu ZET, że starał się zrobić wszystko, aby dzieci nie wybrały tej samej drogi zawodowej co on.

„Przede wszystkim chcieli być aktorami, ale stanąłem na głowie, żeby do tego nie dopuścić. Aktor to konieczność. Jeśli nie potrafisz nic innego i o tym marzysz, to idź! Ale walcz, żeby nie być w teatrze, jeśli masz inne możliwości” - radzi Wiesław Komasa.

Ojciec Jana Komasy wspomina, że jego dzieci od zawsze oglądały galę wręczenia Oscarów. Przyznaje, że tylko wtedy można było przekonać je do sprzątania domu. „Tylko wtedy robiły to w ciągu całego roku. Dawaliśmy im dzień wolny od szkoły. Robiły wszystko, żeby oglądać Oscary” - mówi Wiesław Komasa.

***

Beata Lubecka: Gość Radia ZET – Wiesław Komasa, aktor, reżyser, wykładowca i ojciec Jana Komasy, tego Komasy, reżysera filmu „Boże Ciało”, który być może zdobędzie, daj Boże, Oscara w kategorii film międzynarodowy. I jeszcze powiem: dzień dobry, Lordzie Voldemorcie.

Wiesław Komasa: Dzień dobry. Ale mam pani odpowiedzieć tym samym głosem?

Tak.

Pani Beato, dzień dobry...

No tak, podkładał pan głos w tej polskiej wersji przygód Harry’ego Pottera. Lubi pan grać szwarccharaktery?

No widzi pani, wszyscy mi przypisują, nie wiem czemu, bo zawsze wydawało mi się, że to są postacie odległe ode mnie, a tutaj najlepiej się w nich nieoczekiwanie sprawdzam.

Ale grał pan Księcia Ciemności…

Tak.

...kogoś absolutnie złego do szpiku kości.

No widzi pani, człowiek ma jednak w sobie i jasność, i ciemność, i dotykając ciemności, nagle okazuje się, że ta ciemność też może być interesująca.

A w tym roku będzie pan oglądał uroczystość wręczenia Oscarów przed telewizorem?

Będę, tak. Będę, ale postanowiliśmy sobie z żoną, że będziemy oglądać tylko w dwójkę.

Tylko w dwójkę?

Tylko w dwójkę.

Bardzo kameralnie.

Bardzo kameralnie, ale też tak, żeby pobyć w takiej prawdzie, prawdzie emocji i żeby się nie wstydzić emocji przed sobą.

Oj, to łzy się chyba pewnie poleją, bo czytałam, że dzieci bardzo lubiły oglądać Oscary.

Uwielbiały.

Tylko najpierw trzeba było wysprzątać dom po prostu do ostatniego okruszka.

I robiły to! Tylko wtedy to robiły w ciągu całego roku.

Tylko wtedy sprzątały, żeby móc obejrzeć Oscary?

Tak, tylko wtedy sprzątały. Dawaliśmy im jeden dzień wolny, żeby nie szły do szkoły następnego dnia. Wszystko robiły, żeby móc oglądać Oscary.

Ale Janek nie chciał oglądać.

Jasiek nie chciał oglądać, bo Janek nigdy nie lubił takiego blichtru, nigdy nie lubił takiego cackania wokół sytuacji, on lubił konkret, lubił rzetelną sytuację do przeżycia.

No to jak on się tam odnajduje w takim razie w Hollywood?

Nie wiem, nie wiem…

No tam jednak ten blichtr jest, a poza tym trzeba przykładać dużą wagę do promocji.

Oczywiście, że tak. No więc te promocję robi pewnie jak najuczciwiej, bo on jest człowiekiem z gruntu odpowiedzialnym, natomiast tego blichtru nigdy nie lubił i uciekał od tego, i myślę, że tutaj jest mu pod tym względem niełatwo.

No ale jak to jest, bo czworo pańskich dzieci, pana i pana żony, i wszystkie poszły w ślad rodziców, można powiedzieć, takie artystyczne zawody. No bo tak: Jan jest reżyserem, Maria piosenkarką kompozytorką, brat bliźniak Szymon jest śpiewakiem operowym, kariera międzynarodowa, baryton, i najmłodsza, Zofia – kostiumografka, ale teraz jeszcze skończyła…

Ale Zosia to jest omnibus, Zosia jest wszystko, dalej szuka.

Ale mówi, że będzie reżyserką.

Tak.

No i żadne z nich nie chciało pójść w jakieś inne ślady?

Chciało, przede wszystkim chcieli być aktorami, ale ja tutaj stanąłem na głowie, żeby do tego nie dopuścić, bo wiedziałem o tym, że aktor to jest już taka konieczność konieczności. Jeżeli nic już nie potrafisz innego, jeżeli tylko o tym marzysz, to idź, to idź, teatr jest fascynujący. Ale jeżeli masz jeszcze inne jakieś w sobie możliwości, to walcz. Walcz, żeby nie być w teatrze.

Odradzał pan w takim razie ten zawód…

Tak.

...że on taki nie jest najłagodniejszy, można powiedzieć. Ale jesteście chyba bardzo zżytą rodziną, prawda?

Jesteśmy zżytą potwornie rodziną. I nawet teraz jeszcze przed naszą rozmową zadzwonił do mnie Szymek z Wiednia i mówił mi: „Tato, jak się masz zachować...”.

Były instrukcje?

Były instrukcje.

A czego nauczyły pana dzieci?

Oj, dużo! Dzieci w pewnym momencie nauczyły mnie kina, nauczyły opery i wymusiły od nas tolerancję. Ale tę tolerancję zrozumieliśmy wspólnie, bo w tym momencie, kiedy one wymagały od nas tolerancji, ja zrozumiałem, że ja też od nich muszę wymagać tolerancji…

No tak, to musi być w obydwie strony. To nie tak, że jeden jest tolerancyjny, a drugi po prostu nie jest. To byłoby bardzo nie fair.

No tak.

No i tak się składa, że jedno z pana dzieci, to najstarsze, usiądzie w tym… Kiedyś to był Kodak Theatre, teraz Dolby Theatre, w oczekiwaniu, czy będzie ten Oscar, czy nie będzie. Czy sądzi pan – bo zna pan bardzo dobrze swojego syna – że będzie się mocno denerwował?

To znaczy, wie pani, on ma coś takiego, czego ja nie mam, mianowicie ma taką koncentrację i nie chce ludzi obligować swoim stanem psychicznym. Chce to znieść dzielnie sam z sobą. Na pewno mu nie jest łatwo, w każdym momencie…

Czyli nie przekazuje emocji na zewnątrz, tak?

Nie przekazuje. Jest introwertykiem. Nie przekazuje tych emocji i pewnie nie jest mu w związku z tym łatwo.

A jak był mały, to kim chciał zostać?

Jak był mały, kim chciał zostać… Proszę pani, on cały czas miał zajęcie. Miał swój świat, jako małe dziecko już… No nie chcę takich rzeczy opowiadać, bo to takie śmieszne są, że tata zwariował, ale taka była prawda…

Czyli od początku można powiedzieć, że trochę kreował swój świat?

Kreował, ale uciekał w samotność, uciekał w ciszę, w koncentrację, rysował, pisał, sam nauczył się angielskiego, pisał książki o motylach i chciał złapać najpiękniejszego motyla w świecie, i nauczył się nazw motyli po łacinie. Był wsobny, miał swój świat i nie chciał tak dopuszczać troszkę innych ludzi do tego.

Ale jak był pytany w jednym z wywiadów, bodajże dla „Polityki”, to powiedział: „Kinem zaraził mnie mój ojciec”.

A widzi pani, ja też dowiedziałem się o tym bardzo niedawno, dlatego że podobno, jak robiłem dyplom „Awantura w Chioggi”, mój pierwszy dyplom w Akademii Teatralnej, tam miałem muzykę fantastycznego Nino Roty.

I Janek zagrał na fortepianie?

Zagrał na fortepianie, Jasiek gra na fortepianie, i Jasiek powiedział, że ta muzyka mu otworzyła obraz filmowy. Strasznie się ucieszyłem, bo nie wiedziałem o tym.

A jak pan czuje, czy ten film zdobędzie Oscara? Jak pan typuje, no bo konkurencja jest bardzo silna? Zresztą nie pierwszy raz, w tamtym roku też była silna konkurencja, jeśli chodzi o film międzynarodowy.

Wie pani co, nie umiem na ten temat odpowiedzieć. Mianowicie od 13 stycznia ja chodzę taki trochę zaczadzony, bo wiem, że to mnie przerosło. Ja nie marzyłem, nie marzyłem o czymś takim. To mnie… Ja nie mam słów na to, żeby powiedzieć to, co czuje. Nie mam słów w sobie.

Ale znajomi panu gratulują na przykład.

O, i to jest radość, i to jest radość. Znajomi! Np. zadzwoniła do mnie Ewa Demarczyk, ogromnie się z tego ucieszyłem, z tego faktu, i powiedziała mi: „Widzisz, Wiesiek? Wszystko mi się sprawdza. Mówiłam ci kiedyś, jak Jasiek zrobił Salę samobójców – on ma talent, tylko musi być pracowity”. Okazuje się, że jest pracowity, gratuluję mu.

Jest pracowity. A co jest siłą tego filmu „Boże Ciało”?

Co jest siłą tego filmu? Wydaje mi się, że tu jest możliwość wyboru swojej prawdy poszukiwań – swojej. Że tutaj jest to takie pochylenie się nad tym, że mamy ten bałagan wokół, bałagan w sobie, a jednak, żeby człowiek zaczął coś rozumieć z tego życia, musi mieć tę linię prostą. I tutaj Jasiek pokazał, że to jest temat niełatwy, można nim manipulować…

No tak, bo to jest historia chłopaka, który wychodzi z poprawczaka, jedzie do małej miejscowości i tam wciela się, podszywa się pod postać księdza, którym nie jest.

Tak, to prawda.

I ludzie się nabierają.

Ludzie się nabierają, bo ludzie szukają prawdy, ludziom jest potrzebny autorytet, żeby pójść za nim. Ludziom jest potrzebna taka charyzma człowieka, a tutaj ten bohater ma tę charyzmę. Jak jest charyzma, to człowiek idzie, bo to jest od razu inna przestrzeń człowieka.

Charyzma, czyli lider.

Tak.

No to trzymamy kciuki w takim razie mocno, żeby „Boże Ciało” dostało jednak tego Oscara, ale nawet jeśli nie dostanie, to już jest duże wyróżnienie.

Tak.

To jest ogromne wyróżnienie – nominacja. I to jest wielka szansa dla Jana Komasy.

Ogromne wyróżnienie i to jest nieoczekiwany dar losu.

I tego się trzymajmy. Tutaj stawiamy pauzę, ale oczywiście Wiesław Komasa z nami zostaje. Jesteśmy na Facebooku i na RadioZET.pl. Porozmawiamy jeszcze o rodzinie, bo ta rodzina jest naprawdę niesamowita, ale też o pana osiągnięciach. O pana osiągnięciach też. Beata Lubecka, zapraszam.

***

W internetowej części programu „Gość Radia ZET” Beata Lubecka zapytała swojego gościa o to, czy słucha lub słuchał Budki Suflera.

– To była taka grupa, która zaznaczyła się w moim życiu też. Romuald Lipko też. Nawet miałem okazję poznać go osobiście w ZAiKS w Sopocie. Porozmawialiśmy parę minut. Mówiłem mu, że te jego kompozycje są takie proste, a jednocześnie poetyckie i związane bardzo z tekstem. One sprawiają zawsze przyjemność w uchu. Są sympatyczne. Proste, ale liryczne. „Jolka, Jolka”, czy „Dmuchawce, latawce, wiatr” to piękne utwory. Lipko uśmiechnął się i podziękował mi. Od tego czasu ile razy się gdzieś spotkaliśmy, to zawsze witaliśmy się bardzo miło. Te fluidy między ludźmi wyznaczają odwagę otwarcia. Coś takiego w trakcie spotkania z Lipko miałem – mówi Wiesław Komasa w Radiu ZET.

Wiesław Komasa to aktor grający również w produkcjach własnego syna. Wystąpił między innymi w „Sali samobójców” i serialu „Krew z krwi”.

– Miałem wystąpić w „Mieście 44”. Nie wystąpiłem, bo nie uniosłem ciężaru roli i atmosfery na planie – opowiada aktor.

– Pan nie uniósł? Z takim warsztatem teatralnym? – dziwiła się Beata Lubecka.

– Film jest filmem, teatr jest teatrem. To dwie kompletnie różne przestrzenie. Kiedy miałem grać u Jaśka lekarza, który amputuje ludziom ręce i nogi przez tydzień i nie śpi, to temat jest do zagrania niezwykle interesujący. Natomiast kiedy umówiłem się z Jaśkiem, żeby wytłumaczył mi o co chodzi, przyszedł w przeddzień, przyniósł mi 3 książki i mówi „przeczytaj i zobacz jak funkcjonowali lekarze”. Przyszedłem na plan i był on porażający. Grupa młodych ludzi z Józkiem Pawłowskim atakowała tego lekarza, że chce on amputować nogę innemu bohaterowi. Proszę sobie wyobrazić, że ja tak mocno wszedłem, że stchórzyłem i nie byłem w stanie tego zagrać. Wycofałem się i poprosiłem Jaśka, żeby to wyciął. Poniosłem artystyczną klęskę, ale zrozumiałem, że praca z dzieckiem to praca szczególnego trudu. Nie chce się go zawieść – mówi gość Radia ZET.