Zamknij

Robert Makłowicz: Wigilia to kulinarny kanon. Pierwszy, drugi dzień Świąt – freestyle

24.12.2021 06:00
Robert Makłowicz
fot. RadioZET

- Wigilia posiada swój kulinarny kanon, a ja staram się go trzymać, bo uważam, że Wigilia to ten moment, kiedy przerzucamy most w stronę tych, których już z nami nie ma. Dzięki temu, że jemy to samo, co oni jadalipamiętamy o nich – mówi wigilijny Gość Radia ZET, krytyk kulinarny, dziennikarz i podróżnik Robert Makłowicz.

Gość Beaty Lubeckiej dodaje, że karp to tylko „jeden z rybnych elementów”, a nasze przeświadczenie o jego wszechmocy i wszechwładzy jest mylne. - Mamy grzyby i mamy mak. To są jeszcze elementy pogańskie. To prawdziwy fenomen, że tak długo te rzeczy utrzymują się w menu. To jest przecież pogańskie święto – przesilenia – a Kościół nakładał swoje święta w miejscu dawnych pogańskich świąt – komentuje Makłowicz. Krytyk kulinarny opowiada, że „nasi przodkowie, jak Indianie do dziś w dżungli amazońskiej łączyli się z duchami swoich przodków, łączyli się przy pomocy maku i grzybów”. - Tylko to był inny mak i inne grzyby – opiaty i halucynogeny – zaznacza Gość Radia ZET.

Ulubiona potrawa na wigilijnym stole? Makłowicz: Strudel z jabłkami. Jezu, jak ja to lubię

Pytany przez Beatę Lubecką o to, jakiej potrawy nie może zabraknąć na wigilijnym stole Makłowiczów, jej gość bez wahania odpowiada: - Kutia. - Kutia łączy katolików, greckich katolików oraz prawosławnych. To rzecz wschodnia. Kutię akurat ja przyrządzam, ale trzeba trzymać się reguł. Jeśli miód, to gryczany. Jak dodamy miodu tymiankowego z Lesbos, to nie będzie ona dobra. I nie dlatego, że jest z Lesbos – opowiada Robert Makłowicz. Ulubiona potrawa na wigilijnym stole? - Strudel z jabłkami. To absolutnie fenomenalne ciasto. To coś, co pojawia się w dawnym zaborze austriackim. W Warszawie dość często mylą strudel ze struclą – mówi kulinarny ekspert i wyjaśnia, że strucla to ciasto drożdżowe, a strudel to bardzo cienkie ciasto, które rozciąga się na stole, a potem zwija na obrusie. - Dziś najczęściej to ciasto filo. Wyjęte na ciepło, z dużą ilością cynamonu, w środku nieprzyzwoicie dużo masła. Jezu, jak ja to lubię – zdradza Makłowicz. Dopytywany przez prowadzącą o to, czy krytykowi kulinarnemu zdarzyło się skrytykować np. kogoś z rodziny, Robert Makłowicz śmieje się: - A czy ja jestem w pracy cały czas?.

Kto w domu państwa Makłowiczów przygotowuje Wigilię? - Bardziej nie ja. Ja tylko trochę. Robią to żona i siostra – ujawnia Gość Radia ZET. Dodaje, że on zajmuje się przygotowywaniem jedzenia od pierwszego dnia Świąt. - Pierwszy i drugi dzień Świąt to freestyle [jedzeniowy – red.]. Nie wiadomo, co będzie. Nie ma kanonu – mówi Robert Makłowicz. Krytyk kulinarny zdradza, że ma w swoim domu kajeciki pokryte pismem jego prababć po kądzieli i część z tych przepisów jest w dalszym ciągu używana.

- Niezależnie od tego, jakiej zupy wigilijnej jesteśmy wyznawcami, to to nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy mamy barszcz czy grzybową. Przestańmy twierdzić, że gorsi są ci, co jedzą barszcz albo ci, co grzybową. Wszyscy są tak samo warci – właśnie takie życzenia składa wigilijny Gość Radia ZET Robert Makłowicz. - Macie prawo jeść zupę na Wigilię, jaką chcecie, macie prawo nie jeść zupy. Chodzi o to, żeby wszystkim, którzy na to zasługują życzyć dobrze – dodaje.

Robert Makłowicz o 12 potrawach: U mnie nikt nie liczy

- Terpentyna. Zapach pasty do parkietów… Uwielbiałem jeździć na froterce. Nie byłem wówczas jeszcze tak ciężki. To był zapach Świąt – mówi Robert Makłowicz w internetowej części programu „Gość Radia ZET”. Krytyk kulinarny opowiada, że drugim, towarzyszącym zapachem był zapach ciasta. - Piekło się zawsze bardzo dużo drożdżowych ciast. Makowce i coś, co u mnie zawsze jest do ryby w galarecie, czyli postną bułkę, wytrawne ciasto drożdżowe – opisuje gość Beaty Lubeckiej. Makłowicz dodaje, że w jego domu były zawsze same kobiety. - Ojciec bywał okazjonalnie i to nie dlatego, że był birbantem tylko dlatego, że był marynarzem. Była moja babunia, mama i niania – mówi krytyk kulinarny, dziennikarz i podróżnik. Dodaje, że stąd też wzięło się jego zainteresowanie gotowaniem. - Nie było wyjścia. Mogłem się albo zbuntować, albo zainteresować – wspomina Robert Makłowicz.

- Dzisiaj, jak się o tym myśli, to aż włosy stają na głowie, bo wtedy były targi służących. Niania uratowała moją mamę i jej brata przed niemieckim domem dziecka.  Kiedy aresztowali moich dziadków, gestapo, to groził im niemiecki dom dziecka. Być może bym się nie urodził albo urodził jako Hans – opowiada gość Beaty Lubeckiej.

12 potraw na wigilijnym stole? - U mnie nikt nie liczy – zdradza Makłowicz. Dodatkowe nakrycie? - To zależy, ile osób przyjdzie na Wigilię. Czasami bywa po 18-20 osób. Śpiewamy kolędy i pijemy wino – opisuje krytyk kulinarny. Jego zdaniem w Polsce jest „taka bardzo dziwna, pogańska teza, jakoby Wigilia wykluczała wino i w ogóle alkohol”. - To jest neopogaństwo całkowite. Przecież wino jest symbolem Chrystusa – zaznacza Robert Makłowicz. Gość Beaty Lubeckiej opowiada, że u niego w domu zawsze była taka tradycja, że nawet dzieci w Wigilię dostawały „malutką kropelkę wina”. - Delikwent miał 6-7 lat, siedział przy stole, dzierżył sztućce i stał też kieliszek, a na jego dnie kropelka rieslinga – mówi Makłowicz.

„Nie wyobrażam sobie, bym na Święta Bożego Narodzenia miał polecieć na Zanzibar”

Pytany o to, czy zdarzyło mu się spędzić Święta Bożego Narodzenia poza Polską, Gość Radia ZET odpowiada, że tylko raz i było to wtedy, gdy nie mógł wylecieć z Londynu. - Staram się być z najbliższymi. Nie jest to dla mnie pretekst do kolejnych wojaży. Nie wyobrażam sobie, gdybym miał polecieć np. na Zanzibar – mówi Makłowicz i dodaje, że „Zanzibar dziś jest bardziej polski, niż Radom prawdopodobnie”.

Rózgi? - Zawsze były dołączone do prezentu. Tak na wszelki wypadek – opowiada Gość Radia ZET. Robert Makłowicz podkreśla, że w czasach, kiedy jemu dawano prezenty, „wytwórcy rózg byli jednymi z nielicznych przedstawicieli prywatnej inicjatywy, więc trzeba było ich dopieszczać”.

Robert Makłowicz opowiada również o swojej pracy. - Jeśli zapyta pani: czy zdarzyło się panu coś schrzanić gotując w telewizji i udawać, że coś jest dobre, to odpowiadam: nein – zdradza wigilijny Gość Radia ZET. - Czytając przepis niejako z automatu wiem, czy to da się w takich warunkach zrobić, czy nie. Ja gotuję rzeczy proste, bo gotuję w ekstremalnych warunkach – dodaje. Makłowicz zaznacza, że ciąży na nim „straszliwa odpowiedzialność, brzemię przerażające – to musi być do zjedzenia dla ekipy”.

RadioZET/MA

C