Zamknij

„Koronawirus jest jak rozpędzony pociąg”. Polska lekarka w USA bije na alarm

05.04.2020 10:36
Koronawirus jest jak rozpędzony pociąg: wstrząsająca relacja polskiej lekarki w USA
fot. Zuma / SplashNews.com/East News

Koronawirus może doprowadzić w Polsce do takiej tragedii jak w Nowym Jorku. Żeby do tego nie doszło, trzeba stosować się do restrykcji, nie robić sobie żartów – ostrzega pracująca w USA polska lekarka.

Koronawirus jest jak rozpędzony pociąg – to słowa dr Iwony Rawinis, polskiej pulmonolog mieszkającej w Nowym Jorku. - Jak się go rozpędzi, jest nie do zatrzymania – ostrzegła w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Dr Rawinis od 30 lat pracuje w Bethpage na Long Island, głównie w prywatnej przychodni pulmonologicznej. W ostatnich tygodniach spędza jednak czas przede wszystkim w St. Joseph Hospital. Przytłaczającą większość stanowią tam obecnie pacjenci z Covid-19.

Co innego jednak, kiedy się ogląda cyfry na ekranie telewizora, a co innego, kiedy widzę, jak w ciągu tygodnia od jednego pacjenta z wirusem cały szpital zapełnił się chorymi z powodu SARS-Cov-2

– mówiła. Kiedy w St. Joseph Hospital zaczęło brakować łóżek i respiratorów na oddziale intensywnej terapii, osoby z izby przyjęć z innymi schorzeniami transportowano do innych szpitali. - Ci, którzy zgłaszają się do izby przyjęć, przychodzą z objawami duszności i w większości przypadków potrzebują od razu respiratora - tłumaczyła.

Zobacz także

Koronawirus zagraża też młodym. „Zdrowi, ale podłączeni do respiratora”

Inaczej niż wynikało to z pierwszych informacji mówiących o tym, że na Covid-19 zapadają głównie osoby w wieku powyżej 60 lat z różnymi schorzeniami, wirus atakuje też ludzi dużo młodszych.

Najbardziej szokuje, że mamy nawet 35-letnich pacjentów. Niektórzy z nadciśnieniem, cukrzycą, ale inni byli zupełnie zdrowi, a lądują na respiratorze

- powiedziała. Ponieważ nie ma żadnych medykamentów ani szczepionki przeciw SARS-Cov-2, problem polega na tym, że właściwie nie ma czym leczyć.

Rawinis tłumaczy, że Federalna Agencja ds. Leków i Żywności (FDA) jest bardzo restrykcyjna i nie zaakceptowała jeszcze żadnego leku z przeznaczeniem na koronowirusa. - Uciekamy się do leków stosowanych na inne choroby, mogących zgodnie z niektórymi doniesieniami działać. Są to leki na malarię - hydroksychlorochina i azytromycyna. Nie mamy jednak żadnych gwarancji, że są skuteczne. Jest to tzw. używanie leku z pobudek humanitarnych – mówiła. 

mid-epa08343434

Nowy Jork w czasie pandemii koronawirusa

‧ fot. PAP/EPA/JUSTIN LANE

Zobacz także

„Ludzie nie zdają sobie sprawy”

Największym problemem jest to, że wirus atakuje wszystkie organy niezbędne do życia. Tylko jeden z ciężko chorych pacjentów w St. Joseph Hospital wyzdrowiał na tyle, by można go było odłączyć od respiratora, ale dalej jest w ciężkim stanie. Im dłużej jest ktoś do niego podłączony, tym gorsza jest prognoza. - W ciągu mojego pierwszego dyżuru nikt nie zmarł i byłam bardzo szczęśliwa. Jednak od tego czasu sytuacja się dramatycznie pogorszyła - przyznała lekarka.

Jeszcze przed kilkoma tygodniami nie wyobrażała sobie nawet, jak radykalnie może się zmienić zarówno jej życie, życie rodziny, pacjentów, jak też szpitalne procedury. Według niej trzeba to dopiero przeżyć, by dobrze zrozumieć nową rzeczywistość.

- Najgorsze, że ludzie nie zdają sobie sprawy, dlaczego wprowadzana jest izolacja, dlaczego wystosowywane są apele, żeby się nie spotykali i nie roznosili wirusa. W mojej rodzinie nawet osoby wykształcone, inteligentne tego nie rozumieją. Z konieczności trzeba zrobić niezbędne zakupy, ale potem przez tydzień siedzieć w domu - podkreśliła.

Używanie masek, nawet domowego wyrobu, w miejscach publicznych również ogranicza transmisję wirusa

– przekonywała i podkreślała, aby stosować się do restrykcji, nie robić sobie żartów i nie organizować np. "koronawirus party" ani też nie odwiedzać rodziny czy znajomych. W przeciwnym razie także w Polsce może dojść do takiej tragedii, jak w Nowym Jorku - przestrzegła.

Zobacz także

Koronawirus w USA

Z ostatnich danych Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore w stanie Maryland wynika, że w Stanach Zjednoczonych z powodu koronawirusa zmarło już co najmniej 8476 osób. Sobota była kolejnym już w USA dniem z ponad tysiącem ofiar śmiertelnych Covid-19.

Pod względem liczby zmarłych osób zakażonych koronawirusem USA plasują się obecnie na trzecim miejscu, po Włoszech i Hiszpanii. Najgorsza sytuacja panuje w aglomeracji Nowego Jorku, duże ogniska choroby są też w Kalifornii, Luizjanie, stanie Waszyngton oraz nad Wielkimi Jeziorami.

mid-epa08342244

W USA, tak jak i w innych częściach świata, mieszkańcy brawami dziękują służbom medycznym. 

‧ fot. PAP/EPA/CJ GUNTHER

W amerykańskich szpitalach brakuje środków ochronnych oraz respiratorów. Rodzime firmy zwiększyły ich produkcję, ale - jak pisze "Wall Street Journal" – to za mało.

Lekarze przygotowują się do selekcji chorych, którym będą nieśli pomoc - pierwszeństwo będą miały osoby z szansą na przeżycie. Według szacunków gubernatora stanu Nowy Jork Andrew Cuomo już w przyszłym tygodniu szpitale nie będą mogły zająć się każdym pacjentem z Covid-19. - Jeśli przyjdzie osoba potrzebująca respiratora, a jego nie będzie, to ta osoba umrze. Takie są brutalne fakty - mówił.

Według prognoz Białego Domu Covid-19 może spowodować od 100 tys. do 240 tys. zgonów w Stanach Zjednoczonych przy zachowaniu obecnych ograniczeń. Szczyt epidemii - jak przewidują rządowe modele - ma przypadać na połowę kwietnia. Władze zastrzegają, że są to jedynie prognozy i mogą one ulec zmianie.

Zobacz także

RadioZET.p/PAP