Zamknij

Dzieci muszą chodzić do szkoły, bo „tam są szczęśliwe”. Włosi bez nauki zdalnej

13.10.2020 16:34
Szkoły we Włoszech
fot. AP/Associated Press/East News

Koronawirus w szkołach nie jest zagrożeniem dla uczniów, groźne są dla nich aktywności pozalekcyjne - przekonuje włoska minister oświaty. Podobnie jak w Polsce, we Włoszech szkoły pozostają otwarte mimo bijących rekordy wzrostów zakażeń. Tam też notuje się dziennie od ponad 4 do około 5 tys. przypadków zakażeń.

Do zakażeń koronawirusem nie dochodzi w szkołach – zapewnia włoska minister oświaty Lucia Azzolina, powołując się na dane z krajowego Instytutu Służby Zdrowia. - Uczniowie są w nich (w szkołach – red.) szczęśliwi i dlatego placówki muszą pozostać otwarte – podkreśla, odrzucając tym samym apele o przejście włoskich szkół na tryb nauczania zdalnego. Zdaniem Azzoliny szczególna czujność jest konieczna podczas wydarzeń i zajęć pozaszkolnych.

- Dzieci są szczęśliwe, że wróciły do szkoły, i powinny w nich zostać. Także dla starszych uczniów nauczanie w szkole ma fundamentalne znaczenie, bo zapewnia kształcenie, ale także życie towarzyskie, którego w przeciwnym razie szukaliby gdzie indziej - twierdzi.

Według najnowszych danych przypadki koronawirusa, zazwyczaj jednostkowe, wykryto w około 1500 szkół we Włoszech. Czasowo zamknięto ponad 220 placówek. W Polsce w związku z zagrożeniem epidemicznym w trybie całkowicie zdalnym pracowały w poniedziałek 264 placówki oświatowe, a 821 kolejnych - w trybie mieszanym. Zdaniem polskiego MEN sytuacja jest opanowana i nie ma konieczności wprowadzania systemu zdalnego w całym kraju. To właśnie dlatego część młodych osób rozpoczęła w poniedziałek Protest Uczniowski.

Zobacz także

Szkoły a koronawirus. Co sądzą lekarze?

Dr Jakub Zieliński z Zespołu Modelu Epidemiologicznego ICM Uniwersytetu Warszawskiego kilka dni temu zapewniał w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że to właśnie dzieci są jednym z głównych czynników, który wpływa obecnie na tak dynamiczne rozprzestrzenianie koronawirusa. - Mamy rozproszone w naszym modelu „ludziki”, ponad 30 mln. Odwzorowują one zagęszczenie ludności w Polsce. Śledzimy poruszanie się ich w modelu. Wiemy, ile w gminach jest szkół. Nasz model pokazuje, że szkoły są tak naprawdę „złośliwymi” ogniskami – tłumaczył dr Zieliński. W rzeczywistości zakażenia pochodzące ze szkół po prostu nie są identyfikowane. - Dzieci zakażają rodziców i dziadków. I nagle gdzieś indziej ten wirus wybucha i nie jest to wiązane zupełnie z zakażeniem w placówce – mówił lekarz. 

Szkoły, wśród czynników wpływających na gwałtowny rozwój epidemii w Polsce, wymieniał też pediatra i immunolog dr Paweł Grzesiowski. - Moim zdaniem niestety pierwotną przyczyną były wybory, podróże wakacyjne, wesela i otwarcie szkół. Nie mamy na to jednoznacznych dowodów, ale jednak wydaje się, że szkoły są bardzo istotnym ogniwem transmisji wirusa, bo dzieci chorują bezobjawowo, czyli nie wiemy, które dzieci przynoszą zakażenia do domu. Więc myślę, że edukacja szkolna jest w tej chwili jednym z ważniejszych źródeł przenoszenia choroby - mówił dr Grzesiowski.

Zobacz także

RadioZET.pl/ANSA/corriere.it/PAP