Zamknij

Krzysztof Bosak: jestem pewien, że wśród wyborców Konfederacji są homoseksualiści [WYWIAD]

19.06.2020 17:54
Krzysztof Bosak
fot. Jan Bogacz/TVP/East News

Jestem człowiekiem ideowej prawicy i nigdy nie utożsamiałem się z „totalną opozycją”. Nie przychodziłem na próby blokowania Sejmu, manifestacje KOD-u. Mógłbym wiele spraw negocjować z rządem z perspektywy prawicowej, a nie centrowej czy lewicowej  - mówi w wywiadzie dla RadioZET.pl Krzysztof Bosak, poseł Konfederacji i kandydat tego ugrupowania w nadchodzących wyborach prezydenckich. Dodaje, że chce dać Polakom "prawdziwą alternatywę od tej toksycznej symbiozy PiS-u i PO". 

Dlaczego Krzysztof Bosak chce być prezydentem Polski?

Mój start to była decyzja wszystkich sympatyków Konfederacji, którzy wzięli udział w jedynych prawdziwych prawyborach w Polsce. Każdy wyborca mógł się zarejestrować i za drobną opłatą zagłosować. Vox populi, vox dei – to ludzie popchnęli mnie do udziału w rywalizacji o urząd prezydenta.

Krzysztof Bosak: PROGRAM wyborczy, gospodarczy i polityczny 2020 [POGLĄDY, POSTULATY]

Sam oczywiście chciałem także dlatego, że to najważniejsze i najbardziej spersonalizowane wybory w Polsce. Każdy, kto przez lata uczestniczy w polityce, doskonali swój warsztat retoryczny, wiedzę, doświadczenie, chce aby zrobić z tego jak najlepszy użytek. Najbardziej prestiżową okazją do tego są wybory prezydenckie.

Ale mamy już przecież, takiego jak Pan, kandydata konserwatywnego, katolickiego, prawicowego – prezydenta Andrzeja Dudę.

W moim przekonaniu tak nie jest. W sprawach światopoglądowych prezydent Duda jest kandydatem centrowym, w gospodarczych lewicującym, promującym program socjaldemokratyczny. Akcenty konserwatywne w gospodarce skończyły się na kampanii w 2015r., a w kwestiach światopoglądowych pojawiają się tylko w retoryce na użytek kraju, na spotkaniach wyborczych, a nie w działalności i decyzjach.

Czyli prezydent nie spełnia pana oczekiwań jako konserwatysty i człowieka prawicy?

Absolutnie nie. Wydaje mi się, że żaden jego projekt nie miał konserwatywnego charakteru. Nie było wśród nich np. ustawy o ochronie życia dzieci nienarodzonych. Mimo że mieliśmy ten temat przez ostatnie 2-3 lata na agendzie: dwa projekty obywatelskie, czarne protesty. Postawa Andrzeja Dudy była w tych sprawach całkowicie bierna. Prezydent, mimo że żyjemy w relatywnie chrześcijańskim kraju, w odróżnieniu od prezydenta Trumpa nie pojawił się też nigdy na Marszu dla Życia i Rodziny.

Za to pojawił się dwa lata temu – choć w specyficznych okolicznościach – na Marszu Niepodległości.

W atmosferze próby przejęcia tego marszu przez obóz rządzący. To nieco psuje wrażenie.

Widać jednak, że PiS uśmiecha się do waszego środowiska.

Uśmiechów nie zauważam, w przeciwieństwie do nieustannego podgryzania przez swoje ośrodki propagandowe i prób dyskredytowania w oczach opinii publicznej. A w mediach kontrolowanych przez rząd zauważam przemilczenie.

Tak mówiliście przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi.

Nic się w tej sprawie nie zmieniło.

Prawdą jest, że kuszono i próbowano przekupić politycznie polityków Konfederacji przed majowym sejmowym głosowaniem nad wyborami korespondencyjnymi?

Tak. Byłem zresztą jedną z pierwszych osób, które podały ten fakt do wiadomości publicznej. Sondowano posłów zarówno ze środowiska konserwatywno-liberalnego, jak i narodowego. Na różne sposoby, głównie przez wspólnych znajomych.

Kto sondował, a kto był sondowany?

Sondowano całą jedenastkę naszych posłów. A sondowały osoby częściowo znane publicznie, częściowo operujące na zapleczu PiS-u. Ze średniego i młodszego pokolenia. Żeby było jasne: nie mam do nich jakichś wielkich pretensji. Testowanie czy dana formacja jest spoista, czy przypadkiem się nie rozpada i czy ludzie nie chcą przejść do innego obozu, jest w polityce naturalne.

A rozpada się?

Nie, test wypadł dla nas korzystnie i zaczęliśmy być traktowani znacznie poważniej. Do momentu przesilenia z wyborami kopertowymi, wśród części polityków PiS i dziennikarzy dominowało myślenie, że Konfederacja to formacja sezonowa. Że zaraz dokona się jej rozbiór przez inne partie i po roku ta historia się skończy. Ten test jedności i wzajemnej lojalności uświadomił politykom, że po następnych wyborach możemy mieć 100-osobowy klub w parlamencie. Że umacniamy się sondażowo, kadrowo i polityczne.

Wielu obserwatorów życia politycznego ciekawi czy i jak długo sojusz narodowców z korwinistami się utrzyma. Może PiS grał właśnie na różnice między wami?

Każde z naszych środowisk tworzą ludzie ideowi, każde ma także swoją wewnętrzną rywalizację i spory ideowe. Ale to jeszcze nie powód, żeby nasz projekt dezintegrować. My to zresztą przewidzieliśmy, że będzie próba wbijanie klina, informowaliśmy się nawzajem o propozycjach, które otrzymywaliśmy.

W takim razie wyklucza pan koalicję z PiS? Bo po następnych wyborach może dojść do sytuacji, że ani PiS ani ew. przymierze KO-Lewica-PSL nie będzie miało większości. Co jeśli Jarosław Kaczyński zaproponowałby koalicję „dla dobra kraju”?

W polityce niczego nie można z góry wykluczyć. Uczciwa odpowiedź brzmi: po następnych wyborach zobaczymy, jaka będzie arytmetyka sejmowa, przyjrzymy się, jacy aktorzy się pojawią i wtedy będziemy rozważać. Może wejdą nowe ugrupowania, może PiS nie będzie startował jako jedna partia, tylko dwie lub trzy przeciw sobie. Tam są przecież ogromne ambicje Ziobry i Gowina, cała koalicja trzeszczy w szwach, a i środowisko Morawieckiego próbuje budować zręby własnej pozycji.

Zobacz także

Celem takich rozważań jest ustalenie, jak zrealizować jak najwięcej ze swojego programu. Zawsze po wyborach możliwe są dwie strategie: szukanie porozumienia z innymi siłami i możliwości realizacji swoich postulatów albo przejście na pozycje recenzenta w opozycji, umacniania się kadrowo i politycznie, po to, by móc wykonać większy skok w następnych wyborach. To są nieraz trudne, strategiczne wybory. My będziemy takie rzeczy kolegialnie dyskutować po następnych wyborach, za trzy lata.

Chyba, że w międzyczasie czekają nas wybory przedterminowe.  

Mało prawdopodobne. Byłoby tak, gdyby PiS miał szansę poprawić swój wynik, ale w tej chwili nastąpiło chyba pewne przełamanie, jeśli chodzi o nastroje społeczne. Wynik PiS mógłby być raczej słabszy niż ostatnio.

W takim razie, jeśli wygra kandydat opozycyjny – a są na to szanse – może dojść do tzw. klinczu parlamentarnego. PiS będzie miał rząd i Sejm, a opozycja Senat i swojego prezydenta. Konfrontacja jest bardziej niż prawdopodobna.

Wyjściem z tego dylematu byłaby moja prezydentura. Jestem człowiekiem ideowej prawicy i nigdy nie utożsamiałem się z „totalną opozycją”. Nie przychodziłem na próby blokowania Sejmu, manifestacje KOD-u. Mógłbym wiele spraw negocjować z rządem z perspektywy prawicowej, a nie centrowej czy lewicowej.

Pan nadal twierdzi, że PiS nie jest partią prawicową?

Tam wszystko jest pomieszane ze wszystkim – lewica, prawica, centrum. Próba klasyfikacji tej partii jest skazana na porażkę.

To samo można by było powiedzieć np. o Platformie Obywatelskiej.

Pełna zgoda, tylko inne są proporcje. PiS jest partią centrową lub centroprawicową, PO przesunęła się bardziej na lewo. Jedni i drudzy dryfują z biegiem newsów medialnych, sondaży, odczytów zmieniających się nastrojów społecznych. My zaś mamy ambicje kształtować te nastroje.

Pan mówił wcześniej o kohabitacji.

Brak zgodności między premierem i prezydentem może mieć różną intensywność. Ale wizja, którą PiS roztacza, że kohabitacja sparaliżuje nasze państwo, nie ma pokrycia w faktach. Były już sytuacje, że rząd i prezydent byli z innych partii, np. rządziła PO , a prezydentem był Lech Kaczyński z PiS. Państwo wtedy funkcjonowało. Kompetencje prezydenta w polskim porządku ustrojowym nie są zresztą szczególnie wielkie.

Przysługuje mu prawo weta.

I to jest jego główny instrument siłowy. Wiadomo jednak, że gdyby prezydent wetował wszystko jak leci i doprowadził w ten sposób do paraliżu państwa, zostałby prędko oskarżony o to, że różne rzeczy w państwie nie działają i musiałby się tego wycofać. W naszym ustroju działa bezpiecznik, jakim jest presja opinii publicznej.

W ostatnim wywiadzie z panem dziennikarz Onetu Witold Jurasz zacytował słowa b. kanclerza RFN Helmuta Schmidta, że istotą demokracji jest kompromis. Pan się z tym nie zgodził, twierdząc, że to naiwna idea i wymysł liberalnych elit. Pana zdaniem w demokracji nie warto się dogadywać?

Tamta rozmowa dotyczyła uchwycenia esencji demokracji. W mojej opinii jest nią wyłanianie władzy w powszechnych wyborach. Cała reszta to dodatki. Jako konserwatysta mógłbym powtórzyć za Janem Pawłem II, że demokracja bez dobrego fundamentu wartości to jawny lub zakamuflowany totalitaryzm. Żeby tą demokracją pozostała, musi się opierać na wartościach chrześcijańskich.

To, co robi wielu lewicowców czy liberałów, to dodawanie elementów ze swojej myśli. Np. „demokracja jest wtedy, gdy mniejszości mają te prawa, które my postulujemy”. Albo: „demokracja jest wtedy, gdy różne światopoglądowo obozy zawrą ze sobą kompromis”.

Krzysztof Bosak
fot. PAP

Ja te wszystkie „uzurpacyjne” punkty widzenia realistycznie odrzucam jako nieuczciwe. Jak spojrzymy na kilka tysięcy lat historii cywilizacji śródziemnomorskiej, zobaczymy, że demokracja zaczęła się od tego, że zamiast rządów najsilniejszego, wspólnota polityczna wyłaniała tego, kto ma rządzić i ew. go odwoływała, jeśli była z niego niezadowolona.

To właśnie istota demokracji, a cała reszta to już sfera kultury politycznej. Oczywiście, uważam, że jej elementem musi być umiejętność dialogu, zawierania kompromisów. Np. polityka parlamentarna polega na niekończących się negocjacjach, które z reguły kończą się jakimiś umowami. Ale to nie istota demokracji, tylko praktyka uprawiania polityki. Charakterystyczna nie tylko dla państw demokratycznych.

Czyli upraszczając, dla pana demokracja to po prostu głosowanie i wybór przedstawicieli?

To podstawa demokracji. Jeśli miałbym do tej teorii dodać element najbardziej charakterystyczny, to byłby nim – myślę, że potwierdzi to każdy rozsądny człowiek, nieskażony ideologią – nie kompromis, a właśnie niekończąca się rywalizacja. Demokracja bowiem kieruje nas na tory permanentnej kampanii wyborczej. Różne wybory są znacznie częściej niż co cztery lata, bo średnio co 1,5 roku.

Moim zdaniem cechą dominującą demokracji nie jest idealistyczna wizja, że politycy zawierają ze sobą kompromisy, tylko bez przerwy starają się poprawić swoją pozycję względem konkurentów. Każda rzecz, która budzi publiczne zainteresowanie, jest wciągana w obszar rywalizacji politycznej.

W tamtym wywiadzie powiedział pan również, że lewica nie ceni kompromisu i dąży do ustanowienia hegemonii. Ale rozumując w ten sposób, z prawicą jest dokładnie to samo.

Oczywiście. To naturalne i wynika z samej podstawy państwa i prawa. To instytucje oparte na przymusie, nie dobrowolne. Jeśli mamy jakiś porządek prawny, to wszyscy musimy się do niego stosować.

Nie da się prawa w państwie, zwłaszcza w delikatnych kwestiach, oprzeć na pięciu różnych, wzajemnie wykluczających się systemach światopoglądowych. Z natury rzeczy wynika, że państwo funkcjonujące na jasnej podstawie etycznej jest bardziej spójne, a w innym przypadku rozrywane wewnętrznymi konfliktami.

Zobacz także

Najbardziej czytelny przykład to prawo do życia dzieci nienarodzonych. Lewica próbuje uznać prawo do zabicia nienarodzonego dziecka jako prawo człowieka, wpisać w szeroko pojętą koncepcję praw kobiet, zaś konserwatyści uważają, że z praw człowieka wynika prawo do życia od momentu poczęcia i tym samym przysługujące dziecku nienarodzonemu prawo do ochrony prawnej.

Dwa zupełnie różne i wykluczające się podejścia do tego, czym są i mają być prawa człowieka. Doskonały przykład sprawy, która wymaga rozstrzygnięcia. Albo dokonuje go lewica, ustanawiając prawo oparte na swojej podstawie światopoglądowej, która z mojej perspektywy jest rodzajem antymoralności, albo dokonuje go obóz konserwatywny, chroniąc prawo do życia dzieci nienarodzonych.

Ale z perspektywy lewicy odbierając kobietom prawa do decydowania o sobie.

Lewica zawsze będzie obudowywać swój punkt widzenia retoryką poruszającą emocje.

Jednak bardziej tragiczny jest los dziecka skazanego na śmierć, które nie mogąc wydać krzyku jest rozrywane na kawałki i jego życie dobiega końca, zanim się jeszcze na dobre zaczęło. Każda strona stara się maksymalnie wzmocnić swój punkt widzenia, szukając argumentów na jego poparcie. Ale obiektywna prawda jest tylko jedna.

Czyli nie ma możliwości, żeby się dogadać?

Ujął pan istotę mojej tezy. Tak, uważam, że nie ma takiej możliwości. Przy naprawdę istotnych sporach światopoglądowych głównie punkty widzenia wzajemnie się wykluczają. To, co jest możliwe, to rozstrzygnięcie sporu, a cała idea kompromisu w tym zakresie jest swego rodzaju mitologią.

Rozumiem, że jeśli większość Polaków ma w kwestiach światopoglądowych inne zdanie niż pan i pańskie środowisko, to pan na mocy reguł demokratycznych uznaje ten fakt?

Oczywiście, że tak. Każdy dorosły człowiek musi być gotowy na taką sytuację, ja w niej wielokrotnie byłem. Najlepszym tego przykładem jest wejście Polski do Unii Europejskiej. Swoją aktywność polityczną zacząłem od kontestowania idei rezygnacji z naszej suwerenności na rzecz tej międzynarodowej organizacji. Niestety, w ostatnich 15 latach znalazłem się w mniejszości. Mimo to nie tracę zapału do pracy publicznej. Na tym polega życie, że nie zawsze jest się w stanie przekonać większość do swoich poglądów.

Nadal jest pan przeciwnikiem Unii Europejskiej?

Uważam, że działa ona w sposób wadliwy i generalnie jest niewydolną organizacją.

Nie przekonują pana inwestycje sfinansowane ze środków unijnych, swobodne podróże?

Swobodne podróże tak, ale możemy to sobie zapewnić bez UE, to kwestia porozumienia dot. ruchu granicznego. Strefa Schengen jest niezależnie od Unii.

Zaś środki pomocowe są zapłatą za otwarcie naszych rynków, zdominowanych przez kapitał zagraniczny. Uważam, że te środki zostały niestety w dużej mierze zmarnowane z powodu narzucenia nam niezbyt racjonalnego trybu ich wydatkowania. Gdyby to zależało ode mnie, a nie od Unii, te pieniądze zostałyby wpompowane w polską gospodarkę poprzez system preferencyjnych kredytów, a nie grantów rozdawanych przez urzędników.

Czy pan jako prezydent bądź Konfederacja u władzy, dążylibyście do zorganizowania referendum ws. pozostania w Unii Europejskiej?

Referendum ma sens tylko wtedy, gdy sondaże zbliżają się do sytuacji 50:50. W tej chwili jesteśmy od tego bardzo odlegli. Jest czas, by naświetlić społeczeństwu rzeczywiste koszty naszego uczestnictwa w Unii. Mało kto wie, że np. podwyżki cen prądu i system rekompensat, które rząd wprowadził, to odpowiedź na niszczące polską energetykę i górnictwo działania Unii, która w wymiarze polityki energetycznej została de facto przejęta przez skrajną lewicę, proponującą zupełnie nierealistyczne rozwiązania.

Co pan ma na myśli?

Przede wszystkim pakiet klimatyczno-energetyczny z jego forsownym, niedostosowanym do naszych realiów, programem transformacji energetycznej. Po drugie, Europejski Zielony Ład jako program radykalizujący te wcześniejsze rozwiązania.

Pana zdaniem nie powinniśmy odchodzić od węgla np. do 2050 roku?

Nasze zasoby węgla się kiedyś wyczerpią, ale niezależnie od tego, tempo zmian narzucane przez Unię jest zupełnie nieprzystosowane do naszych możliwości inwestycyjnych, a Unia nie daje nam wsparcia na modernizację energetyki w skali, w jakiej oczekuje od nas zmian. Do tego jeszcze okłada naszą gospodarkę karnymi opłatami, tzw. certyfikatami emisyjnymi.

Uważam też, że UE odnosi efekty odwrotne do zamierzonych i to nie tylko moje zdanie, ale też ekspertów z tej dziedziny, którzy doradzali nawet rządowi PO, np. prof. Krzysztofa Żmijewskiego z Politechniki Warszawskiej.

Krzysztof Bosak
fot. PAP

Ich zdaniem polityka unijna wcale nie prowadzi do zmniejszenia emisji CO2 do atmosfery, a jedynie do przeniesienia wysokoemisyjnego przemysłu poza UE. Unia importuje ogromne, być może największe na świecie, ilości dóbr wysoko przetworzonych głównie z gospodarek, w których de facto nie obowiązują żadne ograniczenia emisyjne. Cała ideologia sprzedawana nam w mediach jest więc rodzajem wielkiej hipokryzji.

Skoro nie da się zrezygnować z węgla, to jakie ma pan pomysły na walkę z globalnym ociepleniem i ochronę środowiska?

To bardzo kompleksowy temat, na który nie ma prostej odpowiedzi. Przede wszystkim, żeby w globalnej skali sytuacja zaczęła się zmieniać, swoją politykę musieliby zmienić główni emitenci: USA, Chiny, Indie.

A to, co my jako kraj zrobimy, nie ma znaczenia?

Polska ma emisję globalną na poziomie poniżej 1 proc. Co nie zmienia faktu, że w ramach tego swojego 1 proc. powinniśmy się zachowywać odpowiedzialnie.

Chodzi o to, by zwiększyć świadomość, że jesteśmy wszyscy odpowiedzialni za planetę, na której mieszkamy. Moim zdaniem jedynym efektywnym środkiem nacisku jest związanie własnej polityki handlowej z tym, jakie normy środowiskowe obowiązują tam, skąd kupujemy dobra. Narzucanie sobie ekstremalnie wyśrubowanych norm i jednocześnie importowanie większości dóbr przetworzonych z gospodarek, w których żadnych norm nie ma, jest po prostu głupie. Nie rozumiem, dlaczego dziennikarze tego nie widzą.

Unia bez przerwy zawiera umowy o wolnym handlu z gospodarkami, które obowiązującej w UE linii nie respektują. Ostatnie 30 lat globalizacji to ucieczka produkcji przemysłowej do gospodarek wysokoemisyjnych. Przypomnę traktat TTIP – który na szczęście nie wszedł w życie – o połączeniu gospodarczym Europy z USA. Mowa o dwóch najbardziej gospodarczo rozwiniętych blokach na świecie, gdzie Stany właściwie w ogóle nie prowadzą żadnej polityki mającej na celu redukcję emisji CO2, a Unia już tak.

Mamy do czynienia z dużą ilością nonsensu. To, co możemy zrobić, to przechodzić na bardziej efektywne formy wytworzenia energii: rozwinąć energetykę atomową, w sposób wpisany w jakąkolwiek państwową strategię rozwijać odnawialne źródła energii, ale nie robić tego w ramach mody, bez żadnej racjonalności ekonomicznej.

Wiadomo, gdzie się pan sytuuje światopoglądowo. Czy w takim razie żyjące w Polsce mniejszości – seksualne bądź narodowe – powinny się obawiać pańskich rządów?

Nikt się nie powinien obawiać. Jako chrześcijanin wyznaję miłość bliźniego i zagwarantuję bezpieczeństwo oraz prawa obywatelskie dla wszystkich obywateli naszego państwa, jak i również wszystkich tymczasowo przebywających na terenie Polski. Gdybym rządził, nigdy nie zgodziłbym się na żadne tajne więzienia CIA, gdzie obce wojsko i służby specjalne kogokolwiek by torturowały czy przesłuchiwały. To sprzeczne z moim systemem wartości.

Dyskryminacja też jest sprzeczna z pańskim systemem moralnym?

To pojęcie ideologicznie. Rozróżniam prawdziwą dyskryminację, polegającą na tym, że bierzemy jakąś grupę i proponujemy, że pozbawimy ją praw obywatelskich, mimo że to obywatele państwa. Takiej dyskryminacji się sprzeciwiam.

Jest też tzw. dyskryminacja pozorna. Grupa obywateli łączy się pod hasłem jakiejś ideologii czy postulatu, zgłasza swoje żądania i mówi: „jak ich nie spełnicie, to nas dyskryminujecie”. To instrument perswazji, którą odważny konserwatywny polityk musi umieć odrzucić.

Zobacz także

Pojęcie mniejszości i cały model polityki wobec mniejszości tradycyjnie odnosił się do poszanowania praw mniejszości narodowych żyjących na terenie danego kraju. Ze strony takich mniejszości nie mamy do czynienia z perswazją. Za to lewica próbuje nieustannie odkrywać jakieś nowe mniejszości, które będą zgłaszać swoje oczekiwania do obdarzenia ich przywilejami.

Nowe mniejszości?

Jak pan już pewnie wyczuwa mój tok myślenia, chodzi między innymi o tzw. mniejszości seksualne. W istocie nie jest to żadna mniejszość, tylko grupa obywateli, połączona jakąś cechą czy upodobaniem ze sfery intymnej, którzy stwierdzają, że na tej podstawie należy nadać im nowe prawa. A ja nie mogę się zgodzić na różnicowanie praw obywateli w zależności od kwestii intymnych. To byłoby niesprawiedliwe i nielogiczne.

W cywilizacji, w której mamy takie same prawa, wyróżniamy w sposób szczególny na poziomie prawnym jedną instytucję: rodzinę. Tam się rodzą dzieci, które do pewnego wieku, jako istoty słabsze – ale też ich mamy – wymagają ochrony prawnej: rozpoznania praw majątkowych, prawa do opieki, obowiązku łożenia w razie rozstania rodziców. Od czasów rzymskich jest to przyczyna istnienia prawa rodzinnego.

Zobacz także

Natomiast jeśli dwoje czy więcej dorosłych osób złączonych jest wspólnym zainteresowaniem – np. osobami tej samej płci – to oczywiście mają do tego prawo, ale taka sytuacja nie zasługuje, by rozpoznawać ją prawnie i na tej podstawie definiować nowe przywileje.

Pana zdaniem takie osoby nie powinny mieć prawa do dowiadywania się o stanie zdrowa partnera/partnerki w szpitalu bądź dziedziczenia nieruchomości?

Prawo nie powinno rozpoznawać upodobań seksualnych i na tej podstawie różnicować praw. Jeśli postulujemy jakieś ułatwienia to powinny one dotyczyć albo wszystkich obywateli albo nikogo.

Czyli co? Zostawić tych ludzi samych sobie?

To po prostu sfera życia prywatnego. Nie ma powodu, by ją wprowadzać do sfery publicznej. Podam przykład: wielokrotnie uczestniczyłem w manifestacjach, które paraliżowała policja. Chętnie skorzystałbym z takiego uprawnienia, by móc podać do jakiegoś rejestru nazwisko mojego adwokata. Np. w przypadku zatrzymania mnie przez policję podczas demonstracji, żeby wiedział, na jaki zawieziono mnie posterunek, kiedy zostanę przewieziony z miejsca dla osób zatrzymanych do sądu, itp. Byłem w takiej sytuacji, gdy odmawiano mu takich informacji lub wprowadzano go w błąd.

Krzysztof Bosak
fot. Grzegorz Ksel/Reporter

I tutaj pojawia się pomysł, by ktoś, kto się czegoś obawia, mógł podać nazwisko i numer swojego adwokata w rejestrze. Taka możliwość przysługuje mi nie dlatego, że jestem narodowcem, tylko dlatego, że jestem obywatelem, który zasługuje na ochronę prawną. I analogicznie: każdy obywatel, który uważa, że może mu się przydać pomoc, gdy trafi do szpitala, powinien mieć możliwość, by zadeklarować, kto mógłby mu do szpitala przynieść jedzenie, pomóc w rozmowie z lekarzem lub podejmować w razie potrzeby decyzje medyczne. Nie widzę w tym problemu, ale to nie ma żadnego związku z życiem seksualnym. A kwestia dziedziczenia odbywa się poprzez ustanowienie testamentu.

Ale czasem ktoś umiera tragicznie, przed ustanowieniem testamentu.

Nie ma żadnego powodu, by tworzyć nowe rozwiązania prawne. Środowisko LGBT szuka na siłę różnego rodzaju prawnych sytuacji, by przedstawiać się w roli ofiary. A tak naprawdę w obecnym systemie radzi sobie świetnie. Wręcz wykorzystuje różne możliwości dla swojego rozwoju, nieraz znacznie lepiej niż środowiska konserwatywne. Granty zza granicy, finansowanie samorządów – można powiedzieć, że wyspecjalizowało się w prowadzeniu organizacji pozarządowych i przepalaniu pieniędzy.

To samo można powiedzieć o środowiskach konserwatywnych i katolickich, choćby organizacjach związanych o. Tadeuszem Rydzykiem, które otrzymują wsparcie rządowe.

Ale one żyją też z dobrowolnych darowizn polskich obywateli, natomiast środowisko feministyczne, lewicowe i LGBT jest silnie finansowane przez organizacje międzynarodowe.

Wyobraża pan sobie np. narodowca, chodzącego na Marsze Niepodległości, przeciwnika aborcji, a przy tym homoseksualistę, pragnącego ułożyć sobie życie ze swoim partnerem?

Pytanie mnie o to, czy ja sobie coś wyobrażam, jest bez sensu. To nie dotyczy sfery programowej. Uczestniczę w kampanii wyborczej i sfera rozpiętości wyobraźni nie jest przedmiotem, na podstawie którego podejmuje się decyzje polityczne. Widzę, że pan sobie to wyobraża, bo mnie pan o to zapytał, natomiast ja się tym nie zajmuję, bo zwyczajnie nie mam na to czasu.

A gdyby to był wyborca Konfederacji?

Osoby homoseksualne istnieją w społeczeństwie i jestem pewien, że także wśród wyborców Konfederacji. Wypowiedzi takich osób zanotowałem nawet na naszym forum i wiem, że np. podoba im się nasz program gospodarczy czy międzynarodowy. Pewnie nie do końca są pogodzeni z naszym konserwatyzmem, ale jednak nas popierają.

Zobacz także

Ludzie podejmują wybory polityczne na podstawie różnych czynników. Mamy w społeczeństwie homoseksualistów, dla których jest to program ideowo-polityczny i oni zawsze będą chętniej głosować np. na Biedronia. Mamy też takich, dla których jest to po prostu jeden z wymiarów ich życia i po prostu podejmują decyzję o głosowaniu na podstawie spraw gospodarczych czy ustrojowych. Ale to, że takie osoby istnieją, to fakt. Niczym mnie pan w tym pytaniu nie zaskoczył.

Co ma pan w takim razie do zaoferowania takim osobom?

To, że będziemy rządzić znacznie lepiej niż lewica, opcje centrowe czy pomieszane programowo jak PiS. Myślę, że każdy, niezależnie od swojego życia intymnego, oczekuje, że będzie żył w państwie dobrze rządzonym i jako Konfederacja chcemy to swoim wyborcom zagwarantować. Nie proponujemy natomiast żadnego 500 plus dla środowiska LGBT, żeby je kokietować.

Nie słyszałem, żeby się tego domagali.

Ta lewicowa część środowiska homoseksualnego domaga się rozpoznania ich na poziomie prestiżowym i instytucjonalizacji prawnej ich relacji. To walka o uznanie w sferze publicznej. My uważamy, że nie ma ku temu podstaw.

Ale przecież to walka o równouprawnienie! Z ostatniego rankingu ILGA Europe wynika, że Polska jest jednym z bardziej homofobicznych państw w Europie.

Aktywność homoseksualna i założenie rodziny oraz posiadanie i wychowanie dzieci nie są równie dobrymi sposobami życia, dlatego nie mogą być równouprawnione. Sytuacja w Polsce, w której rodzina jest chroniona prawem, a państwo nie zajmuje się homoseksualistami, jest zgodna z prawem naturalnym i głównym nurtem tradycji europejskiej.

LGBT
fot. Grzegorz Bukala/Reporter

Jeśli zaś chodzi o termin „homofobia” to – podobnie jak „dyskryminacja” – jest on kolejnym instrumentem językowej perswazji ze strony lewicowej. Niechęć do realizacji programu organizacji LGBT czy postrzeganie aktywności homoseksualnej jako grzechu są prawidłowymi postawami dobrze uformowanego społeczeństwa. Świat zachodni zagubił w tej kwestii kompas moralny.

Politycy PiS i prezydent Duda rozpętali ostatnio w mediach i wypowiedziach publicznych kampanię nienawiści wobec osób LGBT. Jak pan się do tego odniesie?

Wypowiedzi PiS z ostatnich dni to rodzaj prowokacji, działanie socjotechniczne, motywowane kalkulacją sondażową, a nie ideową. Przywództwo PiS traktuje instrumentalnie spory światopoglądowe. Nic nie zrobili na rzecz powstrzymania rewolucji obyczajowej. W mojej ocenie, swoim cynizmem ci politycy kompromitują idee konserwatywne i pozostawiają za sobą spaloną ziemię.

Co będzie dla pana miarą sukcesu w tych wyborach? Wygrana, II tura czy wynik lepszy niż ten Konfederacji w ostatnich wyborach parlamentarnych?

Oczywiście, że walczę o wejście do II tury i zwycięstwo, to cel każdego kandydata. Znakiem tego, iż wierzę w swój sukces, jest mój wzrost w sondażach z poziomu 1-3 proc. na 7-10 proc. Wyprzedziłem kandydatów ze znacznie lepszą ekspozycją w mediach, jak Robert Biedroń czy Władysław Kosiniak-Kamysz.

Zobacz także

Do pokonania są Rafał Trzaskowski i Szymon Hołownia, to mnie dzieli od wejścia do II tury. Przed nami ostatni tydzień kampanii wyborczej. Chcę ten czas wykorzystać jak najlepiej i przekonać do siebie jak najwięcej wyborców.

Polityk Konfederacji Jacek Wilk powiedział ostatnio w jednym z wywiadów, że jeśli pan nie wszedłby do II tury, to "nie będzie innego wyjścia, tylko zagryźć zęby i zagłosować na Trzaskowskiego".

Słowa Jacka Wilka oddają skalę irytacji PiS-em w kręgach autentycznej prawicy.  

W takim razie Rafał Trzaskowski może spodziewać się pańskiego poparcia czy prędzej Andrzej Duda mógłby na nie liczyć?

Konfederacja nie będzie wspierać żadnego lidera politycznego spoza swojego środowiska. Walczymy o to, żebym ja wszedł do II tury i dał Polakom prawdziwą alternatywę od tej toksycznej symbiozy PiS-u i PO. Jeśli to się nie uda, pozostawimy decyzję, jak głosować w II turze, naszym wyborcom. 

Rozmawiał Mikołaj Pietraszewski

Rozmowa odbyła się 5 czerwca br. Pytania o ofensywę nienawiści PiS oraz wypowiedź Jacka Wilka zostały zadane w międzyczasie.