Zamknij

Kryzys wokół wyborów. Co się może wydarzyć? [6 SCENARIUSZY]

01.05.2020 11:34
Wybory prezydenckie 2020. Co się może wydarzyć? [6 SCENARIUSZY]
fot. Dominik Gajda/REPORTER/East News (ilustracyjne)

Głosowanie „kopertowe”, jeden ze stanów nadzwyczajnych, a może dymisja Andrzeja Dudy? Przed ostateczną decyzją Sejmu i Senatu każdy ze scenariuszy dotyczących wyborów prezydenckich może zostać zrealizowany.

Wybory korespondencyjne w maju

Do tego scenariusza z całą siłą prze kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości. Od momentu wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce, Jarosław Kaczyński konsekwentnie opowiada się za przeprowadzeniem majowych wyborów pomimo zagrożenia. Podobnie, jak w przypadku innych kontrowersyjnych pomysłów PiS-u, opinia publiczna została zaskoczona pomysłem organizacji wyborów korespondencyjnych.

Poprawkę na ten temat dodano w nocy z 27 na 28 marca do projektu pierwszej tarczy antykryzysowej – czyli ustawy zupełnie nie dotyczącej spraw ustrojowych. Po ponad miesiącu nadal nie wiadomo, jak dokładnie miałby wyglądać majowe wybory „kopertowe”. Jasne jest za to jedno – PiS nie zwraca uwagi na zarzuty o łamanie prawa, konwenansu politycznego czy działanie wbrew logice.        

Zobacz także

Ponad 35 tysięcy – tyle pakietów wyborczych wydano pięć lat temu podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Jeśli pomysł polityków PiS-u zostanie zrealizowany, to potrzeba takich pakietów ponad 857 razy więcej. Dlatego, że w ostatnich wyborach parlamentarnych uprawnionych do głosowania było ponad 30,1 mln Polaków.

Według projektu uchwalonej 6 kwietnia przez Sejm ustawy, wszystkim tym osobom zostaną dostarczone pakiety wyborcze (koperta zwrotna, karta do głosowania, koperta na kartę do głosowania, instrukcja głosowania korespondencyjnego i oświadczenie o osobistym i tajnym oddaniu głosu na karcie do głosowania). Ich dostarczeniem ma się zająć wyznaczony operator – czyli w domyśle Poczta Polska. Przeprowadzenie całego głosowania powierza się ministrowi aktywów państwowych, czyli Jackowi Sasinowi – jednemu z najbardziej zaufanych ludzi prezesa PiS.

Po otrzymaniu pakietu wyborczego, można oddać głos na jednego z 10 kandydatów na specjalnej karcie. Następnie trafia do zalakowanej koperty, która wraz z oświadczeniem wyborcy (z podaniem danych osobowych i numeru PESEL) jest umieszczana w drugiej kopercie. Następnie wyborca jest zobowiązany udać się do jednego z punktów wyborczych, gdzie będzie umieszczona skrzynka na koperty.

Powinno ich być w całej Polsce co najmniej 27 tys., bo tyle jest stacjonarnych komisji wyborczych podczas tradycyjnego głosowania. Niezaklejone koperty lub z niewypełnionym oświadczeniem wyborczym powoduje oddanie nieważnego głosu. W końcu koperty zebrane w skrzynce trafiają do komisji wyborczej, która najpierw otwiera większą kopertę i sprawdza, czy dane z oświadczenia zgadzają się ze spisem wyborców. Z kolei drugą zalakowaną kopertę wrzucają do specjalnej urny i dopiero potem je otwierają oraz sprawdzają na kogo został oddany głos.     

Nie trzeba być konstytucjonalistą czy politologiem, żeby widzieć, jak skomplikowana i niebezpieczna dla prawa jest procedura głosowania korespondencyjnego według PiS-u. Art. 126 Konstytucji RP stanowi, że wybory na prezydenta Polski są powszechne, równe, bezpośrednie i tajne. Pomysł wybrania głowy państwa w głosowaniu korespondencyjnym podważę te podstawowe zasady. Nie mówiąc już o zmianie zasad wyborów w czasie trwającej kampanii.

Pomysł głosowania korespondencyjnego popiera „zakon PC” (czyli najwierniejsi politycy z otoczenia Kaczyńskiego z czasów jego pierwszej partii - Porozumienia Centrum), prezydent Andrzej Duda, premier Mateusz Morawiecki i Solidarna Polska - koalicjant PiS-u w Zjednoczonej Prawicy.

Zobacz także

Ich zdaniem wybory korespondencyjne w maju to jedyny sposób, aby podczas pandemii koronawirusa wskazać głowę państwa bez narażania większości obywateli (kosztem listonoszy i członków komisji wyborczych) na zarażenie wirusem SARS-CoV-2 przy jednoczesnym zachowaniu konstytucyjnych terminów.

Według nich prezydent musi być wybrany w maju – tak, aby od 6 sierpnia mogła rozpocząć się nowa kadencja głowy państwa. Tych argumentów, poza politykami PiS-u, używają również media publiczne oraz prawicowe media, zapewniające obozowi rządzącemu propagandę na rzecz wyborów „kopertowych”.

Lista krytyków takich wyborów jest znacznie dłuższa – opozycja, konstytucjonaliści, prawnicy, związkowcy, organizacje pozarządowe oraz międzynarodowe (np. Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie) i przede wszystkim Jarosław Gowin. Prezes Porozumienia postawił tamę głosowaniu zdalnemu i oficjalnie wystąpił z rządu PiS-u.

Jarosław Gowin
fot. Aleksander Zieliński/Sejm RP/Flickr (CC BY 2.0)

Zachowanie 18 posłów jego ugrupowania podczas ostatecznego głosowania nad wyborami korespondencyjni pozostaje zagadką. Tajemnicą poliszynela jest rozdźwięk pomiędzy Gowinem a Jadwigą Emilewicz – jego protegowaną, nową wicepremier i twarzą tarczy antykryzysowej. Nieoficjalnie jest ona skłonna poświęcić sprawę wyborów na korzyść PiS-u za możliwość dalszej pracy z Morawieckim.

Kierownictwo PiS-u liczy na to, że Zachód zajęty walką z pandemią nie będzie reagował na niedemokratyczne wybory w Polsce. Ponadto Unia Europejska nie może ingerować w kwestie ustrojowe państw członkowskich, a do takich należy wybór głowy państwa. Obywatelskie niezadowolenie również trudno okazać w czasach koronawirusa. Zgromadzenia publiczne powyżej 50 osób są zakazane, więc nie ma mowy o masowych protestach.

Zobacz także

Pomysł wyborów „kopertowych” może trafić na śmietnik z zupełnie innego, logicznego powodu. Senat najwcześniej zagłosuje w sprawie ustawy 5 lub 6 maja. Izba wyższa, gdzie opozycja ma przewagę jednego głosu, najpewniej odrzuci projekt, a Sejm ekspresowo zbierze się na posiedzeniu w sprawie senackiego weta. Jak zachowają się wtedy posłowie Porozumienia? Brak jednoznacznej deklaracji, ale mogą oni zdecydować o blokadzie wyborów „kopertowych”.

Nadal pozostają nierozwiązane kwestie techniczne. Nawet nie wiadomo, kiedy dokładnie obędą się takie wybory. Zgodnie z aktualnym prawem, głosowanie jest zaplanowane na 10 maja. PiS zostawił sobie furtkę w postaci przesunięcia wyborów na kolejne dwie niedziele – 17 lub 24 maja. Jednak mówimy nadal o bardzo krótkiej perspektywie czasowej, nawet jeśli Sejm odrzuci senackie weto i prezydent podpisze ustawę już 7 maja. 

Wybory tradycyjne w maju

Jeśli Senat odrzuci projekt ustawy PiS-u i w Sejmie nie znajdzie się większości, aby je odrzucić, partia Kaczyńskiego stanie przed wyzwaniem zorganizowania wyborów prezydenckich w inny sposób. To może oznaczać, że w czasie pandemii koronawirusa zostaną otwarte stacjonarne lokale wyborcze, gdzie będą czekać urny wyborcze.

W opublikowanej 30 kwietnia opinii przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej Sylwester Marciniak jasno wskazał, że „w obecnym stanie prawnym nie da się w pełnym zakresie przeprowadzić wolnych wyborów”. W jego ocenie PKW ma związane ręce przy powoływaniu komisji wyborczych i określaniu ich trybu pracy z uwagi na obostrzenia podczas pandemii koronawirusa. Są również trudności z obsadzeniem komisji wyborczych np. w Warszawie.

Wybory prezydenckie 2020
fot. Daniel Jedzura/Shutterstock (ilustracyjne)

Epidemiolodzy alarmują, że organizacja tradycyjnych wyborów mogłaby doprowadzić do znacznego wzrostu zakażeń wirusem SARS-CoV-2. Taka sytuacja miała miejsce w marcu, kiedy francuskie władze nie odwołały wyborów samorządowych.

Co z frekwencją? Można przypuszczać, że do lokali wyborczych otwartych 10, 17 lub 24 maja nie będą ustawiały się kolejki. Konstytucja nie kwestionuje ważności wyboru prezydenta dokonanego przy bardzo niskiej frekwencji. Ocenę przeprowadzonego głosowania zostawia za to Sądowi Najwyższemu i tu zaczynają się schody. 

Zobacz także

Według legislacji autorstwa PiS, ważność wyborów stwierdza Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, obsadzona po myśli kierownictwa partii rządzącej. Zmiany w Sądzie Najwyższym ostro krytykują nie tylko prawnicy, ale i unijne instytucje. Głównie mają zastrzeżenia do Izby Dyscyplinarnej SN, ale Bruksela wyraża zaniepokojenie całością zmian w polskim sądownictwie.

Dodatkowo 30 kwietnia upłynęła 6-letnia kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf na stanowisku pierwszej prezes SN. Z uwagi na pandemię koronawirusa nie powołała Zgromadzenia Ogólnego SN, które zgodnie z konstytucją, wskazuje pięciu kandydatów – spośród nich prezydent wyznacza nowego pierwszego prezesa SN.

W tej sytuacji Andrzej Duda powierzył obowiązki dotychczas pełnione przez Gersdorf Kamilowi Zaradkiewiczowi – to wszystko na podstawie PiS-owskiej ustawy. Partia rządząca liczy na to, że Sąd Najwyższy uzna ewentualne majowe wybory za niezgodne z konstytucją i pozostałymi ustawami.

Nie można również wykluczyć scenariusza, w którym dochodzi do wyborów tradycyjnych lub kopertowych, a Sąd Najwyższy stwierdza ich nieważność. Wtedy istnieje możliwość powtórzenia głosowania. Trudno jednak spodziewać się, że w przypadku reelekcji Dudy PiS będzie skłonny przystać na taką opcję.

Zobacz także

Wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych i przeniesienie daty wyborów

To scenariusz forsowany przez opozycję i większość kandydatów na prezydenta. Już w marcu, kiedy pandemia koronawirusa nie miała jeszcze obecnych rozmiarów, apelowali o przeniesienie daty głosowania. Najłatwiejszą do tego drogą jest wprowadzenie jednego z trzech stanów nadzwyczajnych, wymienionych w art. 228 Konstytucji RP: wyjątkowego, klęski żywiołowej lub wojennego.   

Stan wyjątkowy można wprowadzić na 90 dni (z jednokrotnym przedłużeniem o 60 dni), jeśli „zagrożony jest konstytucyjny ustrój państwa, bezpieczeństwo obywateli lub porządek publiczny” (art. 230 konstytucji). Z kolei 30-dniowy stan klęski żywiołowej jest zarezerwowany dla „zapobiegnięcia skutkom katastrofy naturalnych lub awarii technicznych niosących znamiona klęski żywiołowej” (art. 232 konstytucji).

W zależności od interpretacji, można ulokować pandemię koronawirusa do wskazanych wymogów niezbędnych do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego (poza stanem wojennym, rzecz jasna) i przesunąć datę wyborów. Dlaczego? Ponieważ podczas trwania stanu nadzwyczajnego nie może być zmieniony prezydent i zostaje automatycznie przedłużona kadencja głowy państwa.

Wybory 2020 a koronawirus
fot. PAP/Darek Delmanowicz

Zobacz także

Jeśli wraz z początkiem maja rząd i większość parlamentarna skorzystałaby z tego prawa, to wybory na prezydenta mogłoby się odbyć najwcześniej na jesieni – bo organy władzy nie mogą się zmienić w ciągu 90 dni po zakończeniu stanu nadzwyczajnego.

PiS boi się takie scenariusza, ponieważ za kilka miesięcy korzystne dla Andrzeja Dudy sondaże mogłyby przechylić się w drugą stronę. Poza tym opozycja zyskałaby czas na prowadzenie kampanii i punktowanie błędów rządu PiS podczas walki z koronawirusem. Ostrożne prognozy pokazują, że za kilka miesięcy bezrobocie w Polsce gwałtownie wzrośnie, a „odmrażanie” gospodarki może być znacznie szybsze niż zakłada rząd.

Poza tym partia rządząca byłaby zapewne obawia się porównywania do stanu wojennego 1981-83. Politycy PiS-u argumentują, że nie chcą korzystać z ograniczenia swobód obywatelskich podczas jednego ze stanów nadzwyczajnych. Przecież wcale nie muszą tego robić, więc takie zapowiedzi wróżą próbę przetestowania np. cenzury prewencyjnej mediów.

W przypadku patowej sytuacji w parlamencie wokół wyborów „kopertowych”, PiS może skorzystać z krótkotrwałego wprowadzenia stanu wyjątkowego czy klęski żywiołowej. Tylko po to, aby odsunąć majowe wybory na inny termin. Jednak do tej pory politycy obozu Zjednoczonej Prawicy odrzucali taką opcję.

Zobacz także

Zmiana konstytucji

Wybory dopiero za dwa lata i dłuższa, jednokrotna 7-letnia kadencja prezydenta – taki pomysł na wyjście z impasu ma Jarosław Gowin i część polityków porozumienia. Pomimo że pod projektem zmiany konstytucji w tej sprawie podpisał się nawet prezes PiS, to kierownictwo partii rządzącej nie odnosi się z sympatią do tego pomysłu.

Krótki projekt ustawy (zaledwie dwa artykuły) sprowadza się do wydłużenia kadencji prezydenta do 7 lat oraz unieważnienie wyborów zarządzonych na 10 maja. Zdaniem konstytucjonalistów takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Po pierwsze – rozpatrzenie wniosku o zmianę konstytucji może odbyć się maksymalnie po 30 dniach od złożenia wniosku.

Czyli najwcześniej 3 maja – na tydzień przed wyznaczonym terminem wyborów prezydenckich. Poza tym wprowadzenie pomysłu Gowina powoduje fundamentalną zmianę ustroju państwa, jaką jest wydłużenie kadencji prezydenta RP. Nie dość, że ma być dłuższa o dwa lata (siedem zamiast pięciu), to jeszcze bez możliwości jej przedłużenia.

Konstytucja RP
fot. Platforma Obywatelska RP/Flickr (CC BY-SA 2.0)

Zobacz także

Z jednej strony pomysł Gowina powoduje odsunięcie daty wyborów prezydenckich na bezpieczny (jak obecnie się wydaje) termin w 2022 roku. Jednak otwiera precedens jednostkowego zmieniania konstytucji, który może być groźny dla funkcjonowania państwa. Poza tym – w Sejmie musi się znaleźć większość 2/3 – czyli 307 posłów na 460 deputowanych. Jeśli opozycja zgodzi się na majstrowanie przy ustawie zasadniczej, to może dojść do kolejnych poprawek do konstytucji, co nie wróży dobrze przyszłości polskiej demokracji.

Przedwczesne wybory parlamentarne

Po weekendzie majowym może się okazać, że PiS stracił w Sejmie większość 231 posłów. Wystarczy dezercja tylko pięciu deputowanych z obozu Zjednoczonej Prawicy, a o rządzie Mateusza Morawieckiego będziemy mogli powiedzieć – mniejszościowy.

Do tej pory komentatorzy wskazywali, że nawet odrzucenie pomysłu wyborów „kopertowych” nie musi oznaczać nowej większości w Sejmie. Egzotyczna koalicja od Lewicy po Konfederację na czele z Gowinem może nie przetrwać kolejnych głosowań.

Jednak może mocno namieszać w politycznym układzie sił. Pojawiły się spekulacje, że Gowin może zostać powołany na marszałka Sejmu, co byłoby dużym ciosem dla PiS-u. W takiej sytuacji partia rządząca może sięgnąć po fortel w postaci nowych wyborów parlamentarnych. Jednak do tego trzeba również zgody opozycji (większość 307 głosów w Sejmie) albo decyzji prezydenta.

Zobacz także

Nietrudno wyobrazić sobie, że Andrzej Duda przyciśnięty przez kierownictwo PiS-u, dołoży Polakom kolejne wybory - argumentując to obstrukcją parlamentarną.

Jednak w takim scenariuszu nie zostanie rozwiązany podstawowy problem, jakim jest zorganizowanie wyborów prezydenckich.          

Dymisja Andrzeja Dudy

To najbardziej radykalny scenariusz, ale nie można go zupełnie wykluczyć. Jeśli nie zostaną przeprowadzone wybory „kopertowe” ani tradycyjne oraz nie zostanie wprowadzony jeden ze stanów nadzwyczajnych, kryzys konstytucyjny „nabierze rumieńców”.

Zgodnie z obowiązującym prawem, do 6 sierpnia 2020 roku powinien zostać wybrany i zaprzysiężony prezydent. Rezygnacja Dudy powoduje objęcie jego obowiązków (w sposób ograniczony i tymczasowy) przez marszałka Sejmu – obecnie Elżbietę Witek.

Andrzej Duda
fot. PAP/Radek Pietruszka

Czy decyzja o dymisji prezydenta odsuwa termin wyborów? Jak mówi art. 128 Konstytucji RP, „wybory prezydenckie zarządza marszałek Sejmu na dzień przypadający nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego prezydenta Rzeczypospolitej, a w razie opróżnienia urzędu prezydenta Rzeczypospolitej - nie później niż w czternastym dniu po opróżnieniu urzędu, wyznaczając datę wyborów na dzień wolny od pracy przypadający w ciągu 60 dni od dnia zarządzenia wyborów”.

Zobacz także

W skrócie – można przyjąć wykładnię, że dymisja prezydenta kończy jego kadencję i daje marszałkowi Sejmu możliwość rozpisania daty wyborów od początku. Pozostaje jeden szkopuł – rozpisane już 5 lutego tego roku majowe wybory. Taki spór może rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny, ale jego legalność i skład po licznych zmianach od 2015 roku jest kwestionowany przez większość prawników.  

Bez względu na to, jaki scenariusz zostanie ostatecznie zrealizowany, grozi nam kryzys konstytucyjny. Pandemia koronawirusa, twarda postawa kierownictwa PiS-u oraz rozbicie opozycji skumulowały się w bardzo nieodpowiednim momencie. Może się okazać, że szybciej zostanie wynaleziona szczepionka na koronawirusa niż na problemy w polskiej demokracji.

RadioZET.pl