Zamknij
Uczeń podczas lekcji
Oceny są źródłem dużego stresu u dzieci i młodzieży
fot: gpointstudio/Shutterstock

"A co twój syn dostał z klasówki?" Szkoła bez ocen wciąż niemożliwa

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
30.09.2022 12:39

Skąd dziecko będzie miało motywację do nauki? - usłyszała dyrektorka jednej z warszawskich podstawówek, gdy zaproponowała, żeby nie było ocen. W liceum w Świętokrzyskim na taki pomysł dyrekcji ochoczo zareagowała tylko wuefistka. Oceny szkolne większości szkodzą. Straszą, zabierają radość z nauki, uczą oszukiwania. Co, a raczej kto, jest hamulcem do zmiany tego systemu?

Zamiast piątki, trójki, jedynki - ocena zwrotna, opisowa. Czyli szczegółowe wyjaśnienie: jakie umiejętności zdobył uczeń, jaki zrobił postęp, nad czym musi jeszcze popracować. Wszystkie kryteria ustalone według konkretnych tabelek. Oceny cyfrowe tylko na koniec semestru i roku - bo tego wymagają przepisy. Ale to uczeń zakłada sobie, jaki chce mieć stopień z danego przedmiotu i na niego pracuje. Nie porównuje się z kolegą, koleżanką, bo ma swój cel.

Takie zasady miały obowiązywać w wybranych klasach już od września w jednej z warszawskich podstawówek. - W czerwcu przed wakacjami miałam spotkania z rodzicami. Po nich stwierdziłam, że nie mogę tego wprowadzić – opowiada Aneta Tołoczko-Hordyj, dyrektorka SP nr 28 w Warszawie. Cześć odpowiedziała: „super, jesteśmy na tak”. Ale pozostałych ogarnął strach. - To skąd dzieci będą miały motywację do nauki? Kiedy usłyszałam takie pytania, spytałam, czy w wolontariacie też nie będą się udzielać? Bo przecież nie ma za to nagrody. Zdaniem rodziców to co innego – wspomina dyrektorka.

Niemal identyczne pytania, zarówno od rodziców, jak i nauczycieli, słyszała Marzena Kamińska, dyrektorka VI LO w Lublinie. Uczniowie nie dostają tam cząstkowych jedynek. Mogą się poprawiać, aż wykażą się odpowiednią wiedzą. - Gdy ogłosiłam swój pomysł, najczęściej padało: „to jak mamy egzekwować wiedzę?” Jeśli uczeń będzie się bał, to będzie się uczył. Pokutuje wciąż takie przekonanie. A przecież w szkole chodzi nam o wiedzę, umiejętności i wykorzystanie szansy, a nie o strach – mówi dyrektorka.

Co nam robią oceny

Szkolne oceny to spadek, jeden z wielu w naszej edukacji, po szkole pruskiej. Czyli z początku XIX wieku. Po co właściwie powstały stopnie? Prof. Bogusław Śliwerski, kierownik Katedry Teorii Wychowania Uniwersytetu Łódzkiego, były przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, tłumaczy, że w społeczeństwie istnieje potrzeba jednoznacznych, względnie obiektywnych kryteriów, na podstawie których będzie można ocenić poziom wzrostu, stabilności lub spadku wiedzy. Stopień jest pewnego rodzaju termometrem, który pokazuje rzekomo nabytą wiedzę i umiejętności. - Zresztą to się już zaczyna, gdy dziecko przychodzi na świat. Na framudze drzwi rodzice zaznaczają, ile ma wzrostu - mówi prof. Śliwerski.

Stopnie, jak przypomina, zostały wprowadzone zgodnie z psychologią behawioralną. Ta polega na instrumentalnym wzmacnianiu pozytywnych działań lub karaniu za te złe. Czyli prościej mówiąc, działa tu zasada kija i marchewki. Ci bardziej świadomi i zastanawiający się nad systemem działania szkoły, coraz częściej jednak pytają, czy na pewno ten spadek pruskiej szkoły jest nam potrzebny. Bo do czego motywowane są dzieci? Do zdobywania ocen, nie do nauki.

Aneta, nauczycielka przyrody, biologii i geografii w podstawówce w Świętokrzyskim, widzi to zwłaszcza przy rozdawaniu sprawdzianów. - Dzieci nie przeglądają, co zrobiły dobrze, co źle, ale ile mają punktów i czy ocena się zgadza - opowiada. Zwłaszcza, że niektórzy za piątki, szóstki i świadectwa z paskiem dostają pieniądze. - Wolę nie pytać ile, ale jak chodzą za mną, żeby poprawić jakąś ocenę, to wspominają o tym – mówi nauczycielka. Sama swoim trzem córkom powtarza popularne hasło: „uczysz się dla siebie”, chociaż widzi, że nastolatki średnio w to wierzą.

Dzieci nie patrzą, co zrobiły dobrze, co źle, ale ile mają punktów i czy ocena się zgadza

Odwieczna zabawa w policjantów i złodziei, czyli ściąganie na klasówkach też o czymś świadczy. - Oceny uczą oszukiwania - stwierdza nauczyciel Borys Bińkowski w swoim programie „Szkoła od nowa”. Krążące po sali ściągi w trakcie sprawdzianu i pochowane pod stołami komórki pokazują, że w szkole liczy się nie wiedza i umiejętności, ale to, jak zostanie dziecko ocenione. Potwierdza to zasada 3xZ: zakuć, zdać, zapomnieć. Oceny zmuszają do uczenia się tego, co jest mało interesujące i mało przydatne. To co nas ciekawi, zapamiętujemy.

Nie mówiąc już o tym, że oceny uczą rywalizacji, a współczesne społeczeństwo wymaga od nas zupełnie czegoś innego, czyli np. umiejętności współpracy. Pedagodzy twierdzą, że stopnie są także słabym wskaźnikiem rozwoju dziecka, bo osoby introwertyczne choćby miały dużą wiedzę, nie potrafią często tego pokazać. Pokazały to lekcje zdalne, kiedy nieśmiałe dotąd osoby chętniej zabierały głos i dostawały lepsze stopnie niż podczas odpytywania na forum przy tablicy.

Oceny szkolne powodują duży stres u uczniów
fot. Piotr Molecki/East News

Poza tym jeśli instrumentalnie wzmacniamy lub karzemy dzieci, to one przyzwyczajają się do tego. Nawet gdy skończą szkołę, wymagają więc kontroli i zewnętrznej oceny. A to niesie już poważne skutki. - Taki ktoś staje się biernym obywatelem. Nie będzie łamać prawa, ale też nie weźmie udziału w tworzeniu lokalnej społeczności, nie będzie się wychylać - tłumaczy Bińkowski w swoim programie.

Wiadomo, że ocena ocenie nierówna. To jeszcze nic, jeśli ktoś dostaje oceny na wyrost. Najwyżej sparzy się parę razy w życiu, przeceniając swój talent. Gorsza jest odwrotna sytuacja. - Szczególnie w podstawówce to nauczyciel zna prawdę o dziecku. Jeśli powie „jesteś beznadziejny” poprzez stawianie jedynki, to trudno się odkleić od tej etykietki. Trzeba mieć siłę i wsparcie społeczne, żeby to zmienić – mówi dr Magdalena Śniegulska, psycholożka dziecięca z Uniwersytetu SWPS i Szkoły Edukacji PAFW i UW.

Dzieci, które chodzą do szkoły, mają prawo nie wiedzieć. W systemie stopni są karane za to, że nie wiedzą. To po co chodzą do szkoły?

Zwraca uwagę też na to, że czym innym jest jedynka, kiedy dziecko nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, a czym innym, gdy dziecko się stara, wkłada wiele wysiłku i spotyka się z porażką. To dotyczy często uczniów z zaburzeniami, np. dyskalkulią, ADHD. - Diagnoza jest tu ważna, tzn. z czego to wynika. Jeśli z lenistwa, nudy, to wtedy interwencja rodziców jest wskazana. W drugim wypadku trzeba pochwalić dzieci za starania, wysiłek. Niestety, polska szkoła ma kłopot w docenianiu wysiłku. W procesie uczenia błędy są czymś normalnym. Tylko ten kto się nie uczy, nie popełnia żadnych błędów - podkreśla psycholożka.

- Dzieci, które chodzą do szkoły, mają prawo nie wiedzieć. W systemie stopni są karane za to, że nie wiedzą. To po co chodzą do szkoły? Żeby się dowiadywać, że nie umieją? Muszą mieć szansę uczenia się na błędach, na zadawanie pytań. Ale w systemie stopni boją się zadawać pytania, bo wtedy ujawniają, że nie wiedzą. To błędne koło i patologia. Szkoła powinna być dla dziecka, powinna służyć dziecku, a na razie jest przeciwko niemu – dodaje prof. Śliwerski. To kolejny powód, dla którego z jedynek zrezygnowała Kamińska. Przecież nauczyciel ocenia to, czego uczeń się nauczył, więc jedynka jest właściwie za co?

Jedynka i ból brzucha

Według dr Śniegulskiej, system oceniania wpływa również na stan emocjonalny i psychiczny dzieci i młodzieży. Niekoniecznie pozytywnie. - Szkoła jest dużym czynnikiem ryzyka. Dzieci żyją pod presją, same sobie ją nakładają, mają różne nadzieje. Obiecują sobie, że np. w tym roku będę się starał. Nieraz definiują się przez oceny. Dokładają się do tego rodzice ze swoimi oczekiwaniami. Gdy pojawiają się gorsze stopnie, zaczynają się bóle brzucha, trudności związane ze wstaniem z łóżka – opowiada.

- Zaburzenia depresyjne, fobie szkolne, lęki, które często kończą się w szpitalach psychiatrycznych – wylicza dalej Marzena Kamińska. To wszystko obserwowała w ostatnich latach w szkole. - Gdy zaczynałam pracę 20 lat temu, uczniów, którzy mieli potężne problemy z psychiką praktycznie w szkole nie było. Teraz nie mam klasy, w których nie byłoby takich osób – mówi. To był jeden z głównym powodów wprowadzenia zmian w systemie oceniania – ograniczenie stresu.

Jakbyście się czuli, gdyby co 45 minut przychodził do was szef i oceniał waszą pracę? Bo w szkole to tak wygląda

- Na biologii, jak omawialiśmy tematy dotyczące funkcjonowania nerwów, pytałam uczniów, kiedy mają duże negatywne emocje. Zawsze wymieniali jedynki, klasówki, kartkówki. U niektórych samo wejście na konkretny przedmiot, np. na matematykę powodowało palpitacje serca, pocenie się. Niektórzy przyznawali, że tak się boją jedynki, że żeby jej uniknąć, nie przychodzą do szkoły, kiedy jest sprawdzian. Problemy namnażają się więc, bo omijają też inne przedmioty i zaległości są większe – opowiada. Dlatego stwierdziła: nie oceny, a zdrowie.

Aneta Tołoczko-Hordyj nieraz słyszy od rodziców podczas wywiadówek, że gdy siadają w szkolnych ławkach, czują się mali, wręcz stresują się. - To znaczy, że szkoła im się źle kojarzy. Dlatego oferuję im inną szkołę. Chodzi o komfort psychiczny. Tłumaczyłam im, jakbyście się czuli, gdyby co 45 minut przychodził do was szef i oceniał waszą pracę? Bo to tak wygląda. Po co ten ból brzucha i stres? Nie lepiej nauczyć dzieci, że wartością jest samo uczenie się? - mówi dyrektorka SP nr 28.

Kacper, licealista w trzeciej klasie z Lublina, przez rok chorował na bezsenność. Dziś już wie, że przyczyniła się do tego szkoła. - Stresowałem się, że się nie wyśpię i przez to nie będę mógł się skoncentrować na lekcjach. Dostanę jedynkę, więc jeszcze bardziej się stresowałem i nie mogłem zasnąć. Wpadłem w spiralę - opowiada. Odsypiał w weekendy, ale to nie wystarczało. - Krótko spałem, szybko jadłem, byłem zmęczony. Trudno mi było się rozwijać tak, jakbym chciał. Przeszkadzała mi w tym szkoła – mówi wprost. Dopiero w wakacje odżywał, czytał książki, uczył się. W końcu powiedział dość – przeszedł na nauczanie domowe, w którym nie ma stopni. Gdy opanuje materiał, umawia się nauczycielem na egzamin i rozmawia o tym, czego się nauczył.

Szkoły, w których nauczyciele wykorzystywali gotowe modele kształcenia bez stopni, działały już w latach 20. XX wieku.

Widać wyraźnie, że coś tu nie gra. System od 1 do 6 już dawno przestał spełniać swoją funkcję, bo szkoła nie jest jedynym środowiskiem do nauki, do rozwoju zainteresowań. Według prof. Śliwerskiego, żeby jednak coś zmienić w systemie oceniania, trzeba zacząć od zmiany postrzegania ucznia w szkole. - Jeśli chcemy, żeby dzieci uczyły się dla siebie, a nie dla stopni, żeby nie traktowały ocen jako środka kolekcjonerskiego, to trzeba odejść od behawioryzmu, od instrumentalnego warunkowania zachowań – wyjaśnia krótko ekspert.

I przypomina, że placówki bez ocen to nic nowego ani zaskakującego. Szkoły, w których nauczyciele wykorzystywali gotowe modele kształcenia bez stopni, działały już w latach 20. XX wieku. - To np. szkoły wykorzystujące plan daltoński, metodę Montessori, Petera Petersena czy Rudolfa Steinera. Mamy więc mamy ponad 100 lat tradycji szkół nowego wychowania – mówi.

Kto chce oceny

Obecnie coraz więcej szkół decyduje się na rozwiązania bezocenowe. Na razie głównie te niepubliczne. W publicznych wydaje się, że są dwa hamulce (głosy są podzielone, który jest mocniejszy), czyli nauczyciele i rodzice. Według prof. Śliwerskiego proces zmian zaczyna się od tej pierwszej grupy. - Gdy są oceny, uczeń musi się uczyć, nie ma wyboru. Inaczej nie zda. Stopnie przenoszą więc odpowiedzialność procesu uczenia się z nauczyciela na ucznia. Odejście od ocen wymaga radykalnej zmiany sposobu motywowania uczniów do uczenia się – wyjaśnia pedagog. A do tego z kolei potrzeba poświęcenia i ogromnego nakładu pracy. - Łatwiej jest wejść do klasy i powiedzieć: otwieramy zeszyty, piszemy dyktando. Łatwiej jest wezwać do tablicy i postawić ocenę – mówi.

Szkoła bez ocen jest możliwa
fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER/East News

Doskonale wie o tym Marzena Kamińska, która na co dzień widzi ogrom pracy swojej kadry, gdy po raz kolejny poprawia ucznia. Ale to jej zdaniem jedyny minus, nie żałuje zmiany. Anecie od razu przypomina się sąsiednie liceum, w którym chciano wprowadzić system bez ocen. Dyrekcja zachęcała, podjęła się tylko wuefistka. - Trzymamy się tego bata w postaci ocen. Dużo wody musi upłynąć, żeby to się zmieniło – mówi.

Uczniowie niechętnie chodzą do szkoły, gdy są stopnie, bo kojarzą uczenie się z karą, możliwą stratą

Nie uda się to bez zgody rodziców. Muszą być oni o tym poinformowani i do tego przygotowani. To również leży po stronie nauczycieli. - Jeśli nie zwiększymy poziomu samoświadomości rodziców co do wartości uczenia się i nie pokażemy im, w jaki sposób będą weryfikowane kompetencje, wiedza ich dzieci, to mają prawo się buntować – stwierdza prof. Śliwerski.

Sam jestem zwolennikiem edukacji bez ocen. 30 lat temu w ramach eksperymentu w szkole podstawowej współtworzył z żoną autorską klasę bez ocen. - Na kilka miesięcy przed rozmawialiśmy z rodzicami. Często odwiedzaliśmy ich w domu i tłumaczyliśmy, na czym będzie polegała praca w takiej klasie. Po pierwsze chodziło o to, żeby nie było presji i zadawania pytania, jak dziecko wróci ze szkoły: co dostałeś? - wyjaśnia prof. Śliwerski.

Zamiast tego rodzice musieli się nauczyć pytać: „czego doświadczyłeś, czego się dowiedziałeś”. - Poza tym musieli mieć przekonanie, że pozbawienie ich i ich dzieci kryterium pomiaru w postaci cyferek wcale nie oznacza tego, że syn czy córka nie będą się uczyły – tłumaczy prof. Śliwerski. Wręcz przeciwnie. Pedagodzy proponowali takie formy pracy i metody kształcenia, które powodowały, że dzieci chciały iść do szkoły i ubolewały, gdy nie mogły, bo np. były chore. - Uczniowie niechętnie chodzą do szkoły, gdy są stopnie, bo kojarzą uczenie się z karą, możliwą stratą, a każdy chciałby mieć minimalny sukces – mówi prof. Śliwerski. Tam każdy uczeń miał portfolio z pracami, które wykonywał w ramach projektów i zajęć. Pokazywały one rozwój i efekty nauki. Co najmniej dwa razy w semestrze organizowano też indywidualne rozmowy z rodzicami i dzieckiem.

Równolegle były trzy inne standardowe klasy z ocenami. Rodzice mieli więc prawo wyboru, ale chętnych do eksperymentu nie brakowało. Zresztą w kolejnych rocznikach również otworzono klasy bez ocen. W całym kraju było ich w latach 90. kilka tysięcy. Prof. Śliwerski badał potem efektywność uczenia się tych dzieci. Była wyższa od innych. - Tacy uczniowie uzyskują silne poczucie własnej wartości. Rozumieją, czym jest uczenie się, jaka jest jego wartość i jaka jest ich wartość w tym procesie – wyjaśnia ekspert.

Dr Śniegulska z kolei wspomina o szkołach, które świadectwa na koniec roku dawały w zamkniętych kopertach. Dzieci otrzymywały w ten sposób jasny komunikat: chcesz, to zajrzyj do środka, ale dla nas ta ocena nie ma znaczenia. W trakcie roku uczniowie dostawali informację zwrotną, jak im idzie nauka, więc wiedziały, co osiągnęły. To je wzmacniało, ale jednocześnie dla rodziców, którzy funkcjonowali w starym systemie ze stopniami, było często niewyobrażalne.

A co twój syn dostał z klasówki?

Przed wprowadzeniem systemu bez jedynek dyrektorka VI LO robiła ankietę wśród rodziców. Najczęściej pisali, że nie wyobrażają sobie, że nie będzie jedynek, bo nie będzie straszaka i dziecko nie będzie się uczyło. - Znów cały czas przewijał się strach, to jest okropne. I strach nie dotyczy tylko uczniów słabszych. Tych dobrych też, bo boją się, że zamiast piątki dostaną czwórkę, trójkę – opowiada Kamińska.

- Jedna nasza uczennica w czerwcu chodziła za nauczycielami, jak dostała piątkę plus, żeby poprawić na szóstkę – dodaje dyrektorka SP nr 28. Teraz poprosiła nauczycieli, żeby przez wrzesień nie stawiali ocen, by dać dzieciom na wdrożenie się. - W połowie miesiąca na radzie pedagogicznej jeden nauczyciel spytał mnie, czy może chociaż wstawiać czwórki i piątki, bo uczniom zależy, żeby pokazać rodzicom – opowiada. Mimo wszystko jej zdaniem uczniowie nie są hamulcem zmian. - Nie ma złych dzieci, to my je projektujemy. One nas obserwują, chłoną nasze zachowania jak gąbka – stwierdza Tołoczko-Hordyj.

Uczniowie w czasie lekcji
Oceny nie mobilizują do zdobywania wiedzy, ale do zdobywania najlepszych stopni
fot. Ground Picture/Shutterstock

- Rodzice lubią oceny, bo one coś obrazują, a przede wszystkim można się dzięki nim porównać – dodaje Aneta. Znów wraca do lekcji zdalnych, kiedy rodzice schowani za kamerką podpowiadali dzieciom w trakcie sprawdzianów lub rozwiązywali za nich zadania. Byle tylko ich córka czy syn był najlepszy i miał szóstkę. Nie liczyło się to, że niczego się wtedy nie uczy. - Zresztą na porównaniach opiera się nasz cały system – dodaje Aneta. - Przecież nie mówimy, że w tej szkole był realizowany taki projekt, w tej taki, a w tej w ogóle. Bo nie ma jak tego porównać. Patrzymy na rankingi: gdzie jest najwyższa zdawalność egzaminu, najwyższa średnia, najlepsze oceny – mówi. Dla niej jako rodzica oceny pokazują przede wszystkim, jakie przedmioty lubią jej córki, z czym sobie lepiej radzą.

W całym kraju w latach 90. było kilka tysięcy klas bez ocen.

- Wkręciłam się w to – nie ukrywa Agnieszka, mama licealisty i uczennicy czwartej klasy. W pracy na laptopie wśród wielu zakładek stale otwarty ma dziennik elektroniczny i co jakiś czas zerka na niego. - Ale to przez innych rodziców – tłumaczy. Jeszcze kilka lat temu miała luźne podejście do tego. Zwłaszcza, że jej syn zawsze bardzo dobrze się uczył i nauka przychodziła mu łatwo. - Na wywiadówkach, spotkaniach z rodzicami słyszałam ciągle pytania: a twój Jasiek co dostał z matematyki z ostatniej klasówki? A czy chodzi już na korepetycje z fizyki? Czy przygotowuje tę prezentację na szóstkę? – opowiada.

Z niechęcią patrzyła na kolegę, który pisał do wychowawczyni, dlaczego jego córka ma czwórkę zamiast piątki z polskiego i czy może się poprawić. - Na koniec roku sama wrzuciłam na Facebooka zdjęcie świadectwa z czerwonym paskiem syna. Chciałam się pochwalić. Miał tylko jedną czwórkę, reszta to były piątki i szóstki. Inni rodzice też wrzucali, chociaż oceny ich dzieci miały słabsze. Teraz myślę, że źle zrobiłam - stwierdza.

Rodzice widzą, że np. syn dostał jedynkę, więc dają mu szlaban. Dzieci są karane podwójnie za to samo

- Wie pani, gdzie jest sedno problemu? Szkoła bez ocen wymagałaby od rodziców więcej pracy i czasu. Trzeba wziąć zeszyt dziecka i wczytać się w tabelkę: jakie kryteria były brane pod uwagę w tym zadaniu, co zostało zrobione dobrze, co źle, czy można zrobić coś więcej, żeby dziecko mogło się rozwinąć. A niektórzy wolą szybko wejść na e-dziennik, sprawdzić cyferkę, a potem skrolować Facebooka i mieć święty spokój – nie ukrywa dyrektorka SP nr 28. To samo zauważa prof. Śliwerski. Rodzicom oceny odpowiadają, bo mają szybką informację zwrotną. - Czyli w dzienniku elektronicznym widzą, że np. syn dostał jedynkę, więc dają mu szlaban. Przez to wzmacniają to, co jest niekorzystne w procesie wychowania. Dzieci są karane podwójnie za to samo - mówi. W efekcie dzieci tracą radość uczenia się.

To zresztą jeden z postulatów polityki edukacyjnej Warszawy – przywrócić radość uczenia się. W projekcie bierze udział dr Śniegulska. Gdy pytała o to uczniów, słyszała najczęściej: każecie nam się jeszcze cieszyć z tego, że tu chodzimy? Nawet trudno było im sobie wyobrazić sytuację, gdy idą z radością do szkoły.

Tylko wyspy

Mimo wszystko według prof. Śliwerskiego upowszechnienie systemu bez ocen nie byłoby dobrym rozwiązaniem. - Są dzieci, które w domu były ustawicznie nadzorowane, kontrolowane. Jakby weszły do systemu bez stopni, to cały czas poszukiwałyby jak radar sygnału, że postępują właściwie lub nie. Potrzebują zatem zewnątrz sterowności, ustawicznego stymulowania, bo nie potrafią inaczej - wyjaśnia. Dla przykładu przypomina system oceniania w klasach 1-3, który zakłada oceny opisowe. - Część nauczycieli zamiast stosować ocenę opisową, przeszła na pieczątki, słoneczka, czyli i tak wprowadziła oceny tylko w innej formie. Nie można nikogo do niczego zmuszać – dodaje. Zaznacza jednocześnie, że byłaby to ogromna zmiana kulturowa i mentalna. A te przychodzą najtrudniej.

Z drugiej strony jest grupa uczniów, która ma dużą samokontrolę i samoocenę. Rodzice koncentruję uwagę na dziecku, jego osobowości, rozwoju, pasji. - Edukacja wymaga różnicowania. My mamy skłonność do ujednolicenia, bo to jest wygodne. Trzeba zmieniać szkołę oddolnie, budować wyspy pozytywnego oporu przeciwko instrumentalnej edukacji – stwierdza prof. Śliwerski.

Ewidentnie do tej drugiej grupy należy Kacper. O przejściu na edukację zdalną mówi: - To była najlepsza decyzja edukacyjna i nie zamierzam tego zmieniać. Dlatego dyrektorka warszawskiej podstawówki mimo niechętnych głosów nie rezygnuje z pomysłu. - Nie chcę walczyć z rodzicami, chcę z nimi współpracować. Będę proponowała to następnym klasom i liczę za rok pomysł uda się wprowadzić w życie – zapewnia.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl