Kiedyś przyjaciele, dziś wrogowie? Weta Dudy ciosem wobec Ziobry

Mikołaj Pietraszewski
24.07.2017 15:09
Duda Ziobro
fot. East News

- Zawetuję ustawę o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa - ogłosił dziś Andrzej Duda. I wywołał szok po obu stronach politycznej barykady. Eksperci są zaskoczeni, społeczeństwo obywatelskie tryumfuje, a w Prawie i Sprawiedliwości atmosfera napięta. Co teraz myślą sobie Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro, a zwłaszcza ten drugi, dawny polityczny przyjaciel Dudy, w którego dzisiejsza decyzja prezydenta uderza chyba najbardziej?

Andrzej Duda zaskoczył. Pomimo wielu apeli ze strony opozycji, środowisk prawniczych i - przede wszystkim - zwykłych obywateli, mało kto wierzył, że prezydent zawetuje choćby jedną z trzech przepchniętych przez parlament ustaw o polskim sądownictwie. Dotychczas bowiem raczej nie sprzeciwiał się działaniom macierzystego ugrupowania - od kiedy w październiku 2015 roku PiS wygrał wybory parlamentarne, Duda tylko raz skorzystał z tej możliwości (ustawa o Regionalnych Izbach Obrachunkach).

Co zrozumiałe, oświadczenie prezydenta wywołało ogromny entuzjazm wśród przeciwników rządowych projektów (stonowany jednak faktem, iż nie zostanie zawetowana ustawa o sądach powszechnych), ale i popłoch oraz wściekłość w szeregach PiS. Kierownictwo partii zebrało się w siedzibie na Nowogrodzkiej, a kolejni politycy, pytani przez dziennikarzy o swój stosunek do słów Andrzeja Dudy, nie kryli zaskoczenia i rozżalenia. Jarosław Kaczyński wycedził tylko "bez komentarza", a minister finansów Mateusz Morawiecki przyznał wprost, że jest rozczarowany.

Najboleśniej odczuł to jednak ten, który miał być największym beneficjentem reformy sądownictwa - Zbigniew Ziobro. Człowiek, któremu Andrzej Duda w dużej mierze zawdzięcza swoją polityczną karierę. Przypominamy więc ich losy, które od kilkunastu lat się ze sobą splatają.

Dwaj panowie z Krakowa

Prezydenta i ministra sprawiedliwości sporo łączy. Są niemal rówieśnikami - Duda urodził się w 1972 roku, Ziobro jest o dwa lata starszy. Obaj wywodzą się z krakowskiej inteligencji (rodzice Dudy są pracownikami naukowymi AGH, natomiast Ziobry byli lekarzami) i skończyli prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Pomimo krótkotrwałego członkostwa w Unii Wolności, na początku XXI wieku Duda rozpoczął kooperację z Klubem Parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości. Był wówczas świeżo upieczonym doktorem prawa na UJ. W 2005 roku - już po uzyskaniu stopnia doktora - Arkadiusz Mularczyk, poseł PiS i prawa ręka ówczesnego ministra sprawiedliwości, zaproponował Dudzie współpracę z partią - najpierw w komisjach parlamentarnych, a następnie przy pisaniu ustawy lustracyjnej.

Wspomnianym wyżej ministrem był wtedy nie kto inny, jak Zbigniew Ziobro. Na tyle docenił swojego nowego podwładnego, że ten na jego wniosek został wiceszefem resortu sprawiedliwości. I to pomimo faktu, iż te wszystkie kroki nie spotkały się z akceptacją w krakowskim środowisku akademickim, które w większości sprzeciwiało się dzikiej lustracji w wykonaniu partii rządzącej.

Przyjaźń także prywatna

Od tego momentu współpraca obydwu panów kwitła. Ziobro aktywnie zaangażował się w kampanię wyborczą swojego krakowskiego kolegi, gdy ten po raz pierwszy (w 2007 roku, bez powodzenia) kandydował do Sejmu. Następnie, dzięki jego wstawiennictwu, Duda został podsekretarzem stanu w kancelarii ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Jesienią 2010 roku, już po elekcji Bronisława Komorowskiego, Duda został wystawiony przez partię w wyborach na prezydenta Krakowa. I znów wsparcia politycznego udzielił mu Ziobro. Ostatecznie kandydat PiS przegrał z Jackiem Majchrowskim, ale otrzymał mandat radnego.

Warto również nadmienić, że panowie, oprócz zażyłości zawodowej, całkiem dobrze dogadywali się na płaszczyźnie prywatnej i często odwiedzali się w domach.

Pierwsze oznaki wrogości

Rysy na ich wzajemnej relacji pojawiły się jesienią 2011 roku. Ziobro wszedł wówczas w konflikt z Jarosławem Kaczyńskim, domagając się większej demokratyzacji w partii. I choć trudno nie zauważyć, że był to bardziej spór ambicjonalny niż pryncypialny, prezes nie zamierzał tolerować takiej niesubordynacji - po zakończonym postępowaniu dyscyplinarnym wyrzucił ze swojego ugrupowania byłego ministra, jak i wspierających go wtedy Jacka Kurskiego i Tadeusza Cymańskiego.

Większość polityków PiS opowiedziała się jednak za Kaczyńskim. W tej grupie był także Duda - nie ujął się za Ziobrą i nie wychylał z krytyką działań prezesa wobec człowieka, któremu politycznie tak dużo zawdzięczał. Tłumaczył to później szacunkiem dla pamięci o zmarłym tragicznie w katastrofie smoleńskiej Lechu Kaczyńskim, którego uważał za swój największy autorytet.

Europarlament

Kolejny etap konfliktu przypadł na okres wyborów do Parlamentu Europejskiego wiosną 2014 r. Ziobro był już wówczas deputowanym od 5 lat, Duda ubiegał się o brukselsko-strasburski mandat po raz pierwszy. Ostatecznie uzyskał go jedynie ten drugi, ale Ziobro otrzymał dużą liczbę głosów i nie kontynuował kariery w Europarlamencie tylko z uwagi na fakt, iż jego nowa partia (Solidarna Polska, którą założył w 2012 r.) nie przekroczyła progu wyborczego.

Zaraz po wyborach jako pierwszy zaatakował Duda, który wyraził pogląd, że b. Prokurator Generalny otrzymał tak wiele głosów tylko dlatego, że wyborcy tkwili w błędnym przekonaniu, iż jest on nadal członkiem PiS. Ziobro nie pozostawał dłużny. Na antenie Polsat News przypomniał, że to jemu oraz Arkadiuszowi Mularczykowi Duda zawdzięcza swoje istnienie w polskiej polityce i że tak naprawdę "zachował się jak Judasz, który za srebrniki poszedł do Jarosława Kaczyńskiego" (to nawiązanie do tego, że Duda nie wstawił się za "ziobrystami", gdy ci 2,5 roku wcześniej zostali relegowani z partii).

- Szanujmy się! Apeluję do niego za pośrednictwem Polsatu, aby powściągnął słowa, bo w przeciwnym razie spotka go bardzo przykra i twarda riposta - grzmiał lwówczan w studiu telewizyjnym, ale nie sprecyzował, czego miałyby dotyczyć "niemiłe słowa" które zamierzał świeżo upieczonemu europosłowi przypomnieć. Jak wynikało z wypowiedzi Ziobry, miałyby one jednak tłumaczyć dotychczasową uległość Dudy wobec Kaczyńskiego.

Wybory

Ocieplenie stosunków nastąpiło już kilka miesięcy później. Ziobro przez ten czas zdążył nie tylko założyć własną partię, ale też ukorzyć się przed swoim dawnym pryncypałem i wrócić na łono - czyli na listy PiS, z którym Solidarna Polska nawiązała polityczną współpracę - jako nawrócony grzesznik (choć do dziś oficjalnie jest przewodniczącym SP).

Zbiegło się to w czasie z ogłoszeniem decyzji o wystawieniu Dudy jako kandydata PiS w nadchodzących wyborach prezydenckich. Ziobro, choć początkowo był temu niechętny, to jednak w końcu aprobująco wyraził się na temat tej kandydatury, twierdząc, że jeden kandydat zjednoczonej prawicy to dużo lepsze rozwiązanie niż kilku, wzajemnie się wykluczających i podkradających sobie potencjalny elektorat.

I rzeczywiście, zaraz po niespodziewanym zwycięstwie Dudy, były (i jak się potem miało okazać, także przyszły) minister sprawiedliwości zaskakująco ciepło wypowiadał się o prezydencie-elekcie. W studiu TVP Info mówił, że będzie on "aktywnym prezydentem, to znaczy, że będzie podejmował inicjatywę ustawodawczą, i będzie ją traktował bardzo serio."

Sądy

Obecny spór o reformę sądownictwa wydaje się jednak tym aktem w spektaklu "Historia Ziobry i Dudy", który przywraca w nim wątek tzw. szorstkiej przyjaźni między dwoma krakowskimi prawnikami. Ale to, że prezydent zawetował dwie z trzech ustaw, które dawały ministrowi szerokie prerogatywy w zakresie decydowania o składzie personalnym Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa, nie jest jedynym uderzeniem w jego stronę.

Duda bowiem w trakcie swojego przemówienia, choć nie wprost, wspomniał o swoim dawnym mentorze w nieprzychylnym mu kontekście i - jego zdaniem - zbyt dużej władzy, jakie dawałoby mu nowe prawo. - Nie ma u nas tradycji, aby prokurator generalny ingerował w pracę Sądu Najwyższego, sprawował nad tym organem nadzór oraz w tak przemożny sposób decydował o tym, kto może być sędzią SN - oznajmił. Wypowiedź ta - wiadomo, do kogo się odnosząca - niczym wbita szpila, faktycznie mogła zaboleć.

Powołał się przy tym na słowa swojej doradczyni Zofii Romaszewskiej, która miała powiedzieć: - Żyłam już w kraju, w którym Prokurator Generalny miał niemal nieograniczoną władzę. Nie chcę do tego wracać. Pomimo odbycia wielu konsultacji, to ponoć opinia dawnej opozycjonistki i wdowy po byłym senatorze PiS Zbigniewie Romaszewskim miała kluczowe znaczenie w procesie decyzyjnym głowy państwa.

Co teraz?

Organizatorzy protestów zapewniają, że będą demonstrować dalej. Po części w podziękowaniu za dzisiejszą decyzję, ale również dlatego, by przekonać Dudę, aby nie podpisywał ostatniej z trzech PiS-owskich ustaw - tej o ustroju sądów powszechnych. Aczkolwiek prezydent, ustami swojego rzecznika, zakomunikował, że akurat na tym dokumencie złoży podpis.

Zbigniew Ziobro nie skomentował na razie decyzji swojego dawnego protegowanego. Musi jednak czuć pewien rodzaj upokorzenia, ponieważ po pierwsze, obydwa weta rzeczywiście hamują jego marsz po pełnię władzy w polskim sądownictwie, a po drugie dlatego, że staje się tak za sprawą człowieka, którego on de facto wypromował i od którego, zdaje się, oczekiwał wdzięczności.

RadioZET.pl/Wikipedia/Fakt.pl/TVP Info/wpolityce.pl/Mikołaj Pietraszewski