Zamknij

Była dyrektorka gimnazjum w Dzień Nauczyciela: Wolę iść na kasę do sklepu niż wrócić uczyć

14.10.2021 08:54
Strajk w szkołach 2019
fot. Daniel Sloboda/KFP/REPORTER

- Ubieram się teraz kolorowo, kiedyś chodziłam cała na czarno, taki był mój nastrój. Odnowiłam wiele znajomości, bo wcześniej nigdy nie miałam na to czasu. Uczyć w klasie nie będę już do końca swoich dni, wolę iść na kasę do sklepu. I do państwowej szkoły też nigdy nie wrócę - mówi Jolanta Chojnacka, była dyrektorka gimnazjum nr 33 w Łodzi. W rozmowie z RadioZET.pl opowiada, dlaczego została nauczycielką i dlaczego przestała nią być.

Aleksandra Pucułek: - Widziałyśmy się dwa lata temu, jeszcze w gimnazjum. Zdecydowała pani, że „zgasi światło” w swojej szkole i będzie to koniec pracy w edukacji. Jak mi pani o tym powiedziała, pytałam, czy nie będzie pani żal. Po dwóch latach wracam z pytaniem: nie żałuje pani swojej decyzji?

Jolanta Chojnacka, była dyrektorka gimnazjum nr 33 w Łodzi, nauczycielka informatyki: - Nie miałam wyjścia. Musiałam zamknąć szkołę, bo weszła w życie reforma, która zlikwidowała gimnazja. W fajny sposób powiedziano mi: spadaj, wychowałaś patologię, jesteś niewykształcona, bo przecież minister Anna Zalewska mówiła, że jesteśmy najgorzej wykształconymi nauczycielami. Byłam wściekła, było mi przykro, ale z drugiej strony myślałam, że może najwyższy czas trochę odpocząć. Zwłaszcza, że ten ostatni rok był dramatycznie trudny. Pamiętam ostatni dzień w pracy. Wywoziłam część dokumentacji do kuratorium, a część, tej pracowniczej, do Centrum Usług Wspólnych Oświaty - CUWO. Był straszny upał, nie było czym oddychać i w zasadzie wszystko musiał zrobić dyrektor: spakować stosy papierów, załatwić transport. W naszym gimnazjum otwierano też podstawówkę, więc żywo brałam w tym udział. Byłam jeszcze na rozpoczęciu roku szkolnego, wyszłam stamtąd i nie chciałam słyszeć gwaru dzieci, hałasu szkoły. Po prostu musiałam odpocząć. Byłam tak zmęczona, że nie mogłam spać. I zupełnie się odcięłam. Któregoś razu z telewizji zadzwoniono do mnie, żebym opowiedziała coś o komisji dyscyplinarnej, bo przez wiele lat byłam jej przewodniczącą, ale nawet nie wiedziałam, co się zmieniło w tej kwestii. Nie chciałam nic słyszeć o modyfikacjach w prawie oświatowym.

Odchorowała pani to odejście.

- Raczej byłam wściekła, bo doskonale wiedzieliśmy, jak to się wszystko skończy, jak poleci na łeb na szyję edukacja w Polsce. I to już widać w każdym calu.

Dwa lata siedziałam w domu, zbierałam siły. Była pandemia, więc nie było też za bardzo co robić. Ale już odzyskałam swoją energię życiową, ubieram się teraz kolorowo, kiedyś chodziłam jak goth - cała na czarno, to chyba odwzorowywało mój nastrój. Odnowiłam znajomości z ludźmi, bo wcześniej nie miałam czasu iść do kawiarni, do teatru. Z pracownikami gimnazjum mam stały kontakt. Najbardziej martwiłam się o kadrę niepedagogiczną, ale wszyscy znaleźli pracę.

Przeszłam COVID, miałam problemy z oddychaniem, więc zaczęłam ćwiczyć, chodzić na basen, jeździć na rowerze, dwa razy w tygodniu spaceruję po 15 km. Jak byliśmy teraz w Wiśle z młodzieżą i wchodziliśmy na Baranią Górę, to uczniowie pytali mnie, jak to robię. Śmialiśmy się, że oni mają zadyszkę, a jestem trzy razy od nich starsza i spokojnie się wspinałam.

Czyli ze szkołą do końca nie pożegnała się pani.

- Zacznie się nowy rok szkolny, skończy się sezon urlopowy i wtedy kupię jakąś wycieczkę - myślałam o Turcji - wyjadę, wygrzeję się, popracuję jeszcze nad kondycją. Taki miałam plan na jesień. Zwłaszcza, że niedługo po odejściu z gimnazjum mogłam już przejść na emeryturę i tak zrobiłam. Nie szukałam pracy, na pewno nie w edukacji, ale praca sama mnie znalazła. Nauczyciele gimnazjów są rozchwytywani, wbrew pozorom cieszą się dobrą opinią. Dostałam telefon, czy nie zostałabym wicedyrektorem od nadzoru pedagogicznego w prywatnym liceum, zgodziłam się. Zaczęłam 1 października, na pół etatu, ale uczyć w klasie nie będę już do końca swoich dni, wolę iść na kasę do sklepu.

Dlaczego?

- Chyba się wypaliłam. Zawsze wszystko szybko, w biegu, wszędzie mnie było pełno, kiedy nam tak zapłacono za naszą pracę, ta iskra zgasła. Jeśli przychodzą do mnie dzieciaki znajomych, to siadam i pomagam w lekcjach, ale tylko tak. I do państwowej szkoły też nigdy w życiu nie wrócę. Zbyt ogromna biurokracja: RODO, BHP, księgowość prowadzona przez CUWO.

Minister edukacji Przemysław Czarnek twierdzi, że odbiurokratyzował szkołę.

- Niby ewaluacji już nie ma, ale jest kontrola kuratorium podobna do ewaluacji. Poza tym dyrektor musi stworzyć plan finansowy szkoły, pilnować go, realizować. Teraz w podstawówce, gdzie było nasze gimnazjum, będzie wymieniany dach. Za przetargi, ekipę remontową też odpowiada dyrektor, to ogromna odpowiedzialność.

Nauczyłam się szanować swój czas, swoją pracę, siebie. W prywatnej szkole jest zatrudniona księgowa, za budynek odpowiada właściciel, więc remonty, przeglądy BHP to też jego zadanie. Zostaje tylko dydaktyka, czyli plany lekcji, realizacja podstawy programowej - jedna trzecia obowiązków mniej.

Nad publicznymi szkołami wisi groźba realizacji planów ministra Czarnka. W prywatnych szkołach też to czuć?

- Na razie nie zauważyłam, żeby ktoś obawiał się ministra i jego pomysłów.

Kierowała pani gimnazjum przez ponad 10 lat.

- Od 2006 roku, wcześniej uczyłam w innym gimnazjum informatyki, a jeszcze wcześniej pracowałam w podstawówce w klasach 1-3. Mój syn dorastał, zaczęłam z nim rozmawiać na inne tematy i zauważyłam, że lepiej rozmawia mi się ze starszą młodzieżą, więc się przekwalifikowałam na nauczyciela informatyki.

Zawsze chciała pani być nauczycielką?

- To było wielkie marzenie. Mój tata prowadził warsztat samochodowy i miał tam takie metalowe drzwi. Jak chodziłam do podstawówki, to bawiłam się, że prowadzę tam lekcje, a drzwi to była tablica. Przychodziły do mnie koleżanki i uczyłam je pisać wypracowania na tych drzwiach, pomagałam odrabiać pracę domową. Od dziecka chodziłam z dziennikiem, kredą, wskaźnikiem. Gdy zdawałam na studia na Uniwersytet Łódzki, na nauczanie wczesnoszkolne było bardzo trudno się dostać, sześć osób walczyło o jedno miejsce, ale udało się. Nauczyciel to wspaniały zawód. Marzenie się spełniło, tylko się głupio skończyło.

Kiedy obserwuje pani to, co dzieje się teraz w szkołach i co planuje nowy minister...

- Myślałam, że pani Zalewska jest już strasznym ministrem, ale minister Czarnek i jego trzymanie na sznurku nauczycieli, dyrektorów to jest dramat.

Czyli jakiś rodzaj ulgi jest?

- Jestem wciąż mocno wkurzona, bo zmarnowali wszystko to, co osiągnęliśmy. Tej kobiecie, minister Zalewskiej, panu prezydentowi nie wybaczę tych złych słów o naszych szkołach, nauczycielach. Kiedy zapowiedzieli reformę edukacji, jako dyrektorzy łódzkich gimnazjów zaprosiliśmy minister, żeby zobaczyła, jak naprawdę wygląda tu praca. Nie przyjechała, ale może kiedyś jeszcze uda mi się jej powiedzieć, co o niej myślę.

Byłam przeciwna reformie Handkego i wprowadzaniu gimnazjów, ale nauczyciele wzięli wtedy wszystko w swoje ręce, poza tym tamta reforma była rozciągnięta w czasie. Zaczęła się w 2000 roku, a zakończyła w w 2006 roku. Dzieci zaczynały szkołę z nową podstawą programową, a tu jest wszystko na wariackich papierach, trzy lata gimnazjum skumulowane w dwóch. Kiedyś też zajęć w planie lekcji nie brakowało, ale atmosfera była luźniejsza, nie było takiego tłoku, presji. Jak patrzę na te małe świetlice i dzieci siedzące tam od 7 do 17, to mi się płakać chce, a teraz jeszcze te dzieci siedzą w bańkach, w zamkniętych klasach.

I jeszcze teraz wychodzi człowiek, który chce zakręcać historię i szerzyć cnoty niewieście. To jest coś bez nazwy. Gdyby zostawiono wolną rękę nauczycielom i dyrektorom, to ponieślibyśmy edukację na swoich plecach, i to wysoko, ale ministerstwo przeszkadza. Z udziałem kuratorium oświaty, które zrobi wszystko to, co powie szef. Nie jest ważny człowiek, nauczyciel, dyrektor. Na lekcje nieraz przychodził wizytator, który nie pracował w szkole 30 lat, ale przed sobą miał przepisy, liczyła się biurokracja.

Ominęła panią zmiana trybu nauki i przejście na lekcje online.

- Dwa razy trudniej przeprowadzić zdalną lekcję, bo trudniej skoncentrować uwagę dziecka, zmobilizować do pracy, a potem zweryfikować wiedzę. Gdy wprowadzili naukę online to moja mama do mnie zadzwoniła i powiedziała: dziecko, jak dobrze, że ty jesteś już na emeryturze. Rzeczywiście, nie ukrywam, trochę się cieszyłam, że to mnie ominęło, bo to była trudna organizacyjnie praca znów zrzucona na nauczycieli i dyrektorów szkół.

Mimo to wciąż świętuje pani Dzień Nauczyciela?

- Przez lata naczytałam się wpisów rodziców, jakie to prezenty dostajemy na 14 października. Jako dyrektorka zarządziłam więc, że świętujemy Dzień Edukacji Narodowej. Nie uznaję tego dnia jako święta nauczyciela. To święto dzieci i wszystkich pracujących w szkole. Nie życzyliśmy sobie żadnych prezentów, kwiatków, akademii i tego dnia w szkole zawsze organizowaliśmy bieg na orientację. Tak świętowaliśmy dzień edukacji, biegaliśmy po zdrowie, wokół terenu szkoły.

RadioZET.pl