Czterej Pancerni i Nikołaj Dworcow. Absurdy dekomunizacji po polsku

Redakcja
31.03.2017 19:03
Dekomunizacja
fot. East News

Już nie tylko Lenin, Stalin czy Bierut będą na cenzurowanym. Polskie rozliczenie z komunizmem na gruncie administracyjnym zatacza coraz szersze kręgi, a niektóre pomysły urzędników i polityków to prawdziwe perełki absurdu i groteski rodem z - nomen omen - PRL-u.

Kruklanki pod Giżyckiem. Niewielka mazurska miejscowość, o której istnieniu większość Polaków dowiedziała się przed miesiącem. A to za sprawą anegdoty o głównej arterii miasta, nosiła nazwę 22 lipca. Data ta odsyłała do najważniejszego święta państwowego w PRL, upamiętniającego rocznice proklamowania Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego - marionetkowego organu, złożonego z polityków całkowicie zależnych od ZSRR. Komitet ten legitymizował wprowadzenie w Polsce stalinizmu.

Zmuszone przez ustawę dekomunizacyjną lokalne władze pokornie zmieniły nazwę, która z oczywistych względów budziła skojarzenia z poprzednim systemem. Wykazały się jednak przy tym daleko idącym sprytem i przedsiębiorczością, gdyż nową nazwą jest....22 lipca. Tym razem jednak zmianie ulega uzasadnienie formalne - nie będzie to dzień upamiętniający manifest PKWN, a celebracja zwykłej daty z kalendarza.

Władze gminy, choć spotkały się z oporem wojewody warmińsko-mazurskiego, celnie spuentowały całą dekomunizacyjną gorączkę, jaka w ostatnich miesiącach po nowelizacji przepisów przetoczyła się przez Polskę.

Co mówi ustawa?

2 września ubiegłego roku weszła w życie ustawa o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej. W związku z tym, ulice, place i parki, które noszą nazwy kojarzone z komunistycznymi postaciami bądź świętami, muszą zmienić swoje nazwy. Miejsca użyteczności publicznej, z uwagi na zakaz propagowania ideologii i systemów totalitarnych, nie będą już miały za patronów m.in. Marcelego Nowotki czy Karola Świerczewskiego, jak i nie będą odnosić się do takich symboli jak Ludowe Wojsko Polskie czy Polska Partia Robotnicza.

Dokument ten nie jest jednak zbyt precyzyjny w treści. Wedle jego założeń, zakazane są "nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, w tym dróg, ulic, mostów i placów, nadawane przez jednostki samorządu terytorialnego nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny, ani w inny sposób takiego ustroju propagować." Jako, że podstawę stanowią ramy czasowe Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a więc lata 1944-1989, może się wydawać, że wszystko, co choćby w delikatny sposób nawiązuje do tamtego okresu, może być zdefiniowane jako propagowanie systemu totalitarnego (a więc, na gruncie polskiego prawa, przestępstwo).

Wypełnij PIT-a za darmo i pomóż Fundacji Radia ZET

Dlatego poszczególne jednostki samorządu terytorialnego, jeżeli nie są pewne, czy dana nazwa rzeczywiście gloryfikuje komunizm, w celu wyjaśnienia wszelkich wątpliwości mogą zgłosić się do Instytutu Pamięci Narodowej i uzyskać tam konkretną odpowiedź. Zmiana nazw powinna nastąpić w ciągu roku od momentu wejścia ustawy w życie, a więc najpóźniej do początku września 2017r.

W tym artykule nie chciałbym jednak zagłębiać się w historyczne czy etyczne spory dotyczące faktycznych zasług czy przewin konkretnych postaci z dziejów Polski (Ludowej). To zbyt szeroki temat, a przy okazji każdego procesu rozliczającego dawny zbrodniczy system - czy to będzie nazizm czy komunizm - takie zażarte dyskusję są przez historyków i polityków prowadzone. Warto jednak zwrócić uwagę, że obok poważnych i rzetelnych debat, dekomunizacji towarzyszy szereg absurdów - nomen omen - jak z PRL-u.

To się wcale z dworcem nie kojarzy

"Dworcowa" to jedna z najpopularniejszych w naszym języku nazw dla ulic. Praktycznie w każdym większym polskim mieście takowe się znajdują. I wydawałoby się, że nie ma w tym nic zaskakującego ani zdrożnego - zazwyczaj znajdują się blisko dworców kolejowych bądź autobusowych, których w Polsce nie brakuje, co tylko ułatwia ich namierzenie. Prawie nikt nie zwraca na to uwagi.

Prawie. Jak się bowiem okazuje, dekomunizacyjna histeria może poważnie zaszkodzić. Niektórzy doszukują się podejrzanych konotacji nawet w taki niewinnie brzmiącej nazwie. Przenikliwym tropicielem okazał się tym razem krakowski radny PiS Adam Kalita, który w wywiadzie dla jednej z tamtejszych rozgłośni wyskoczył z takim oto stwierdzeniem:

- Jest kontrowersyjna ulica Dworcowa. Część mieszkańców myśli, że ta ulica jest związana z dworcem PKP, a to nie jest nazwa ulicy związana z Dworcem, tylko z Dworcowem. Ja nie znam jego życiorysu, ale warto by go poznać - mówił.

Jemu bowiem określenie "Dworcowa" nie kojarzyło się z obiektem budowlanym przeznaczonym do obsługi pasażerów, ale z...Nikołajem Dworcowem, radzieckim pisarzem, członkiem KPZR. Co zabawne, nazwisko było jedynym punktem zaczepienia, gdyż polityk przyznał się, że właściwie nie zna biografii artysty, lecz jedynie sugeruje jej kontrowersyjność poprzez sam fakt jego pochodzenia oraz przynależności do partii komunistycznej. Poza paroma prześmiewczymi artykułami w mediach, wątek ten nie doczekał się kontynuacji.

Kłopotliwy Szwed

Wiosną 2016 roku dyrekcja jednej z podstawówek w podwarszawskim Józefowie podejmowała wysiłki w celu zmiany patrona. Był nim Olof Palme, wieloletni socjalistyczny premier Szwecji, zamordowany 30 lat wcześniej przez nacjonalistycznego fanatyka. Szkoła nosi jego imię od końca lat 80, co miało przez lata stanowić ułatwienie w kontaktach międzynarodowych, m.in. w przy organizacji wymian uczniowskich ze Szwecją.

Trudno powiedzieć, co w pierwszej kolejności zainspirowało inicjatorów akcji - lewicowe i postępowe (a więc sprzeczne z narracją obecnej władzy) poglądy polityka czy fakt, iż upamiętniono go w ten sposób jeszcze w okresie PRL-u.

Pomimo alternatywnych propozycji (wśród których nie zabrakło "dyżurnych patronów", takich jak Jan Paweł II czy Józef Piłsudski), rodzice uznali jednak, że robienie z Palmego kozła ofiarnego poprzedniego systemu to zbyt duży absurd i zadecydowali, że nadal będzie on patronem.

Mieszkańcy chcą decydować

Zdarzają się również przypadki oporu lokalnych władz czy społeczności wobec decyzji centrali państwowej. Czasami decyduje o tym nostalgia i sentyment, innym razem przyzwyczajenie i strach przed administracyjnym zamieszaniem. Przykładowo, mieszkańcy dolnośląskiej Bielawy zorganizowali akcję w obronie Karola Marksa jako patrona jednej z ulic (co ciekawe, położonej w sąsiedztwie ulic Bolesława Chrobrego i marszałka Piłsudskiego).

Z kolei Białej Nyskiej na Opolszczyźnie sołtys i mieszkańcy zawiązali komitet, mający na celu obronę ulicy Czterech Pancernych. Bohaterowie kultowego serialu Polski Ludowej byli bowiem, zdaniem lokalnych działaczy PiS, propagatorami systemu komunistycznego i nie zasługują na tego rodzaju upamiętnienia. Zwolennicy argumentowali jednak, że serial, na którym wychowały się pokolenia Polaków i który nadal cieszy się ogromną popularnością, w żaden sposób nie legitymizuje totalitaryzmu. Na te słowa nie pozostali głusi radni, którzy wycofali się ze swoich pomysłów.

Dopiszmy Armię Krajową

Przykłady dekomunizacyjnej groteski można mnożyć. W Tarnowie urzędnicy przygotowali listę ulic, których patronat wymaga natychmiastowej zmiany. Zdekomunizowane miały zostać m.in. ul. Batalionów Chłopskich oraz ul. Władysław Broniewskiego. BC była drugą największą - po Armii Krajowej - polską formacją zbrojną w czasach okupacji, wielce zasłużoną w walce z hitlerowcami.

Broniewski to z kolei jeden z najwybitniejszych polskich poetów. I choć po wojnie zaangażował się w budowę nowego porządku, to wcześniej służył w Legionach Polskich, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, a Bierutowi odmówił, gdy ten złożył mu propozycję napisania nowych słów polskiego hymnu. Ostatecznie, koncepcja tarnowskich urzędników upadła, gdyż zawetował ją prezydent miasta. Roman Ciepiela oświadczył, że nie zamierza podejmować żadnych działań związanych z dekomunizacją ulic, a inicjatywę swoich podwładnych uznał za samowolkę.

- Idąc tym tropem, do listy dekomunizacyjnej należałoby dopisać Armię Krajową, tylko pytanie, kto by na tej liście pozostał - komentuje w rozmowie z "Wyborczą" prof. Andrzej Chwalba, historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Niestety, jak widać, ustawa dekomunizacyjna - choć z definicji słuszna i potrzebna - coraz częściej sprowadzana jest do abusrdu, jak w przypadku Dworcowej czy Czterech Pancernych. I to, choć w pierwszym odruchu bawi, w dalszej perspektywie raczej zasmuca. Bo pokazuje, jak niepoważni ludzie często zabierają się symboliczne porządkowania świata oraz jak bardzo potrafią ośmieszyć i odrzeć z powagi najchwalebniejsze nawet idee.
RadioZET.pl/MP