Zamknij

Dariusz Martynowicz Nauczyciel Roku 2021: Jeśli MEiN wprowadzi swój pomysł, najpewniej stracę pracę

14.10.2021 07:38
Dariusz Martynowicz
fot. Adam Burakowski/REPORTER

- Wielu nauczycieli, nauczycielek widzi, co się dzieje wokół i ma poczucie, że nie warto zabierać głosu. Chciałbym szkoły, w której nie ma kultury strachu i podległości, tylko jest kultura relacji, rozmowy. Tak powinna wyglądać szkoła XXI wieku - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Dariusz Martynowicz, zwycięzca konkursu Nauczyciel Roku 2021.

Aleksandra Pucułek: - Posypały się gratulacje?

Dariusz Martynowicz, polonista, zwycięzca konkursu Nauczyciel Roku 2021: - Tak, to szczególny czas dla mnie, czas dużej radości. Gala przypominała trochę edukacyjne Oskary, do końca nie wiedziałem, że to ja wygram, więc było wielkie zaskoczenie i poczucie wdzięczności, bo to nagroda nie tylko za moją pracę. To też wyróżnienie dla uczennic, uczniów, nauczycielek, nauczycieli, z którymi współpracowałem. Z tym tytułem wiąże się też duże poczucie odpowiedzialności, bo ważne jest dla mnie nie tylko to, co się dzieje w mojej klasie, ale też to, co dzieje się w polskiej edukacji.

A dzieje się sporo. Po wręczeniu nagrody powiedział pan: „wierzyłem w szkołę pełną autonomii”. Co z tą wiarą, co z tą autonomią?

- Na razie autonomia jeszcze jest, natomiast niepokoją mnie próby jej ograniczania, zwłaszcza nowe propozycje dotyczące tego, że do szkół będą mogły przychodzić organizacje czy ludzie zaakceptowani przez kuratora oświaty. W szkole najważniejsi są uczniowie, rodzice, nauczyciele i wszystkie te strony mają prawo głosu. Jeśli nauczyciel chce kogoś zaprosić do szkoły, to zwraca się o opinię do rady rodziców, więc oni mają wystarczający wpływ na to, co się dzieje w szkole. Obawiam się, że do rodziców właściwie nie będą trafiały te informacje, bo pierwszym recenzentem zaproszeń będzie kurator oświaty. Mam nadzieję, że to będzie martwiło nie tylko mnie i innych nauczycieli, ale też rodziców i tych, którzy cenią polską szkołę i chcą jej dobra. Od wielu lat o problemach polskiej szkoły mówią głównie nauczyciele, czasem rodzice. Mało jest społecznego zaangażowania w sprawy edukacji.

Obojętność, to jest to co najbardziej boli?

- Tak, my się chyba jako Polki i Polacy dopiero uczymy społeczeństwa obywatelskiego i nie chodzi o to, żeby się buntować za wszelką cenę i zawsze przeciwko rządzącym. Trzeba pokazać, że edukacja to nie jest tylko przestrzeń, w którą wchodzą uczniowie, rodzice, nauczyciele, ale kwestie dotyczące edukacji są też ważne z punktu widzenia tego, jakim jesteśmy, albo będziemy państwem, co będą potrafili młodzi ludzie, czy będą ludźmi, którzy myślą, szanują drugiego człowieka. To są sprawy fundamentalne. Zanim ktoś się stanie dziennikarzem, artystą, inżynierem, kończy szkołę. Dlatego jako swoją misję w tym roku widziałbym dotarcie do wielu środowisk z przekazem, że edukacja jest ważna.

Trudną misję sobie pan wybrał.

- Trudną, ale ponadpolityczną. Jestem nauczycielem i nauczycielem chcę pozostać. Natomiast myślę, że jesteśmy na tyle rozwijającym się państwem, jest nam coraz lepiej finansowo, więc powinno nas stać na to, żeby zainteresować się edukacją i rozmawiać o jej problemach. A edukacja zawsze była piątym kołem u wozu, nikt nie traktował jej poważnie. Panowało przekonanie, że nauczyciele i nauczycielki jakoś sobie dadzą radę, wciąż powtarzane były stereotypy o wolnych wakacjach, weekendach. Do momentu strajku z 2019 roku te nasze historie były szczelnie zamknięte w pokojach nauczycielskich, te drzwi uchyliły się, ale nie są otwarte na oścież.

Po strajku widać też wyraźnie, że nauczyciele odchodzą ze szkół, zastąpić ich nie ma kim, a ministerstwo proponuje zwiększenie pensum z 18 do 22 godzin.

- Jestem najmłodszy w zespole w mojej szkole. Jeśli godziny przy tablicy się podniosą, to najpewniej stracę pracę. To najlepszy przykład na to, że ministerstwo manipuluje faktami, bo nie odejdą ze szkoły tylko ci, którzy są najstarsi, ale też ci fajni, młodzi, bardzo dobrzy nauczyciele.

Dlaczego? Wiceminister Tomasz Rzymkowski twierdził, że młodzi nauczyciele chcą więcej zarabiać i więcej pracować.

- Ministerstwo Edukacji i Nauki proponuje zmianę warunków naszej pracy, która będzie nie do udźwignięcia przez wielu nauczycieli. Podniesienie pensum dla klasycznego polonisty mającego pełny etat, oznacza realnie 25 godzin przy tablicy. W liceach w maju odchodzą maturzyści, więc żeby wyrobić ten etat, trzeba pracować więcej od września do kwietnia, czyli realnie ze względu na siatkę godzin, po uśrednieniu nie będzie to 22 godziny, ale 25. Do tego dochodzą propozycje dotyczące dostępności nauczyciela w szkole. Minister proponuje jeszcze osiem godzin tygodniowo na rady pedagogiczne, spotkania z rodzicami, na wycieczki. Czyli w sumie daje to 33 godziny pracy w szkole. Poloniście zostanie więc siedem godzin w tygodniu - bo nauczycielski etat to standardowe 40 godzin - na sprawdzanie prac, przygotowanie się do lekcji. To są warunki nie do przyjęcia, jeszcze nazywane podwyżkami. Zresztą to kolejne kłamstwo, zmiana wynagrodzenia nie wynika z podwyżek tylko ze zmiany pensum.

„Nie będziemy się bać”. Dlaczego akurat to hasło wybrał pan na swoje przesłanie?

- Ostatnio pojawiają się w przestrzeni medialnej próby zastraszania nauczycieli, przywoływania ich do porządku, na co nie ma mojej zgody. Wielu nauczycieli, nauczycielek widzi, co się dzieje wokół i ma poczucie, że nie warto zabierać głosu. Chciałbym szkoły, w której nie ma kultury strachu i podległości, tylko jest kultura relacji, rozmowy, tak powinna wyglądać szkoła XXI wieku, żeby się nie bać.

Pan się nie boi?

- Nie boję się i robię swoje, taki mam pomysł na siebie. Jestem dobrym nauczycielem, zwracam uwagę na polską tożsamość kulturową, to jest dla mnie szczególnie ważne jako polonisty, ale ważny jest też szacunek dla drugiego człowieka, poszanowanie różnorodności. Te rzeczy się nie wykluczają, a nam się próbuje wmówić, że trzeba się opowiedzieć po którejś ze stron. Tak nie jest, można cenić polską kulturę, wyznawać wartości katolickie i być jednocześnie człowiekiem otwartym na różnorodność, szanującym ludzi myślących inaczej. Na tym polega dojrzewanie, że zderzamy różnego rodzaju perspektywy i człowiek sam wybiera, decyduje. Próba nachalnego narzucania jednego poprawnego wzoru wywołuje bunt u młodych ludzi i przynosi odwrotne skutki do zamierzonego. Kto pracuje z młodzieżą wie, że w większości są to buntownicy, im więcej im się narzuca, tym jest większy bunt. To droga donikąd. Ja chciałbym pracować w szkole, gdzie jest przestrzeń na rozmowę i mam wiarę w to, że jesteśmy w stanie w Polsce zbudować szkołę, w której się wzajemnie słuchamy i rozmawiamy.

Przy okazji takiego konkursu jak Nauczyciel Roku od razu nasuwa się pytanie: zawsze chciał pan pracować w szkole?

- Wszystko się zaczęło od moich wspaniałych nauczycieli, zresztą jedna z moich nauczycielek – polonistka - była na gali. To ona rozkochała mnie w polskiej literaturze i pokazała, że zawód nauczyciela jest pięknym zawodem. I taki był początek mojego nauczycielstwa. Naturalnym wyborem były studia na Wydziale Polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Potem dzięki zbiegom okoliczności trafiłem do rankingowo najlepszego liceum w Krakowie i tam uczyłem przez 14 lat, więc ta praca była moim marzeniem.

Był pan już w szkole po odebraniu nagrody?

- Jeszcze nie byłem, ale myślę, że uczniowie powitają mnie normalnie, bo nagroda nagrodą, ale jestem zwykłym nauczycielem.

RadioZET.pl