Zamknij
W świecie roślinomaniaków aż roi się od oszustów i naciągaczy
W świecie roślinomaniaków aż roi się od oszustów i naciągaczy
fot: JulieK2/SHutterstock
SADZONKI JAK KOKAINA

Dilerzy roślin polują na klientów. "Straciłam kilkadziesiąt tysięcy złotych"

Emilia Waszczuk
Emilia Waszczuk Redaktor Radia Zet
25.11.2021 17:02
25.11.2021 17:02

Zdarza się, że za kawałek pędu, który nie wiadomo, czy kiedykolwiek wypuści korzenie lub stożek wzrostu (z niego urośnie kiedyś roślina) trzeba zapłacić kilkaset czy kilka tysięcy złotych. I są ludzie, którzy nie widzą w tym nic dziwnego. Kupują. A skoro tak, są też oszuści i złodzieje, którzy czyhają na nieuważnego klienta. 

Sto, dwieście, tysiąc, kilka tysięcy… Ile złotych byłbyś w stanie zapłacić za roślinę doniczkową? I czy wyobrażasz sobie, by zamiast zdrowego, pełnowartościowego, rosnącego już okazu, nabyć jedynie kawałek łodygi z liściem, albo i bez liścia? Opcja numer jeden, to sadzonka jednowęzłowa jednolistna, numer dwa, to “ogryzek”. Obie nieraz wysoce pożądane w świecie kolekcjonerów.

Moda na rośliny ogarnęła w ostatnim czasie Polskę. Fakt, kolekcjonerów mieliśmy już wcześniej, teraz jednak ich liczba diametralnie wzrosła. Przyczyniła się do tego pandemia, a wraz z nią kolejne lockdowny. Ludzie zamknięci w domach zrozumieli, że w czterech ścianach przyjemniej jest, gdy ma się coś zielonego, żywego. Jednym wystarczy kilka doniczek, innym apetyt rośnie z każdym nowym okazem. Odkrywamy nowe gatunki, zakochujemy się w nich, pragniemy je zdobyć. A skoro jest popyt, jest i podaż.

Sprzedaż roślin stała się wybitnie opłacalna. Fakt, popularyzacja niektórych gatunków doniczkowych sprawiła, że ich ceny mocno spadły, niektóre straciły na wartości zaledwie w kilka tygodni. Za przykład posłuży dziś Alokazia Azlani o ciemnobordowych, jakby obsypanych brokatem liściach, za którą jeszcze w wakacje trzeba było zapłacić około 400-500 złotych. Dziś cena młodej roślinki to 50 złotych, starszej niespełna 200. Dalej jednak nie spada zainteresowanie towarem, a na rynku pojawiają się nowe, coraz to bardziej wyszukane okazy. Hodowcy i importerzy prześcigają się w krzyżówkach, donoszą o odkryciu nowych odmian gdzieś w dżungli… I chcą za nie pieniędzy z kosmosu. 

Philodendron Gloriosum, wartość jednego liścia od 150- 200 złotych w górę
fot. mokjc/Shutterstock

Moja przygoda z roślinami zaczęła się kilka lat temu, pogłębiła w pandemię. Praca zdalna, ograniczenia w wychodzeniu z domu… Można było zacząć nałogowo oglądać Netflixa, piec chleb, układać puzzle, można było więcej czasu poświęcić roślinom. To szybko przerodziło się w pasję. W kilka miesięcy zdobyłam wiedzę na temat ulubionych gatunków i ich uprawy, jakiej nikt nie przekazał mi przez 30 lat życia. Mogłam też obserwować, jak zachowują się inni roślinomaniacy. A wraz z obserwacją przyszło oświecenie: w tym świecie, jak w każdym innym, aż roi się od nieczystych praktyk, przekrętów i oszustw. I oczywiście oszustów.

Monstera, której nie było

Moja najdroższa roślina kosztowała dokładnie 189 złotych, czyli stosunkowo niewiele w "zielonym świecie".. Kupiłam ją w jednym z największych sklepów z okazami kolekcjonerskimi w Polsce, wiedziałam, że nie zostanę oszukana, że w razie problemów mogę złożyć reklamację. Miałam kontakt ze sprzedawcą. Nie wpadłam w wir nałogowego, kompulsywnego kupowania i wydawania pieniędzy, mam swój plan i ograniczenia. Ale wielu go nie ma. To właśnie na nich czyha największe niebezpieczeństwo. Nie mówię przy tym o samym uzależnieniu, a o dilerach.

To było jak hazard. Wiedziałem, że ryzykuję, ale i tak dałem się skusić

Diler ma to do siebie, że czasem nawet nie musisz go szukać. Prowadzę roślinne konto na Instagramie i raz na jakiś czas dostaję tam wiadomości od “sprzedawców” z Indonezji czy Ekwadoru. Nigdy jednak z ich usług nie skorzystałam, w obawie przed oszustwem. A oferty bywają kuszące. W porównaniu z polskimi sklepami (czy nawet ofertami prywatnych kolekcjonerów), rośliny z importu bywają kilka razy tańsze. Oznacza to, że sporej wielkości Monsterę “Marmoratę”, za której węzeł w Polsce zapłacić trzeba co najmniej dwa tysiące złotych, w Indonezji “nabędziemy” za złotych kilkaset. Problem w tym, że wcale nie musimy jej dostać. 

Monstera Thai Constellation, wartość sadzonki z jednym liściem od 500 złotych
fot. @ok_bloomer/Instagram (archiwum prywatne)

To właśnie Monstera “Marmorata” stała się obiektem pożądania Adriana. Początkujący roślinomaniak, który swoją przygodę z okazami kolekcjonerskimi rozpoczął przed rokiem, dał się skusić “sprzedawcy” z Azji. Dostał świetną ofertę i omamiony okazją zdecydował o zakupie. Choć na co dzień pracuje w bankowości, został wykorzystany przez roślinnego oszusta. - Po założeniu “zielonego profilu” na Instagramie zaczęli do mnie wypisywać różni sprzedawcy z Indonezji. U jednego z nich zobaczyłem zdjęcie Monstery “Marmoraty”. Zachwyciłem się i - może zmęczony, niedobudzony - spytałem o cenę. Odpowiedział mi, że 180 dolarów… OK, jak na polskie warunki to bardzo mało - opowiada, sącząc kawę.

Monstera deliciosa “Marmorata” - roślina z rodziny obrazkowatych, charakteryzująca się żółtą wariegacją (na jej liściach pojawiają się trwałe wybarwienia). Wśród Monster wyróżnić możemy kilka typów wariegacji, najpopularniejsza ostatnio Monstera Thai Constellation liście upstrzone ma drobnymi plamkami, co przywodzi na myśl obraz nocnego, gwieździstego nieba. 

Początek jego rozmowy ze sprzedawcą był niewinny, pełen pytań o szczegóły transakcji. Adrian poruszył kwestie transportu, certyfikatu fitosanitarnego, pozwolenia na wysyłkę. Dostał skany odpowiednich dokumentów i uwierzył. Wszystko mówiło mu, że trafił na osobę uczciwą, wszystko zdawało się w jak najlepszym porządku. Niestety prawda okazała się zupełnie inna. - Wysłałem pieniądze, łącznie około 210 dolarów i już następnego dnia zaczęły przychodzić do mnie wiadomości w stylu “gdzie są pieniądze”, później, że muszę dosłać więcej, bo kurier dolicza sobie za kwarantannę - około stu dolarów. Napisałem mu, że to nie w porządku, że wcześniej podał mi “ostateczną” kwotę i jeśli nie dostanę faktury, pieniędzy nie wyślę. Dostałem odpowiedź “no money, no plant” (“nie ma pieniędzy, nie ma rośliny” - red.) - opowiada mój rozmówca.

Adrian zamówienie na Monsterę “Marmoratę” w wybitnie niskiej cenie (w przeliczeniu zapłacił za nią i koszta wysyłki około 800 złotych) złożył w lipcu. Do dnia publikacji tego tekstu nie otrzymał ani rośliny, ani zwrotu pieniędzy. Sprzedawca nie wysłał mu także faktury, a samego klienta zablokował na Instagramie i wszelkich komunikatorach. - Mam nauczkę na przyszłość. Już wiem, że więcej roślin od prywatnych sprzedawców z Indonezji czy Ekwadoru nie kupię - mówi mi oszukany roślinomaniak i przyznaje: to było jak hazard. Wiedziałem, że ryzykuję, ale i tak dałem się skusić

Adrian stracił aż (lub tylko) około ośmiuset złotych. Są jednak tacy, którzy dokonują zakupów za dużo większe pieniądze i zostają z niczym.

Kilkadziesiąt tysięcy w 5 miesięcy

Monika* padła ofiarą typowego dilera (nazwijmy go roboczo Robertem) i, jak sama przyznaje, straciła na tym w kilka miesięcy (od grudnia 2020 do kwietnia 2021 roku) kilkadziesiąt tysięcy złotych. Już wcześniej miała do czynienia z roślinami - posiadała jakieś gatunki doniczkowe, inwestowała w okazy do ogrodu, posiadała szklarnię przydomową nie na pomidory czy paprykę, a właśnie na rośliny ozdobne. W czasie pandemii poznała jednak filodendrony - jeden  z najbogatszych i najbardziej różnorodnych rodzajów wśród roślin kolekcjonerskich (istnieją też odmiany dla “śmiertelników”, dostępne w sprzedaży marketowej czy kwiaciarnianej po kilkadziesiąt złotych za doniczkę). Ona jednak zakochała się w welwetowych liściach Philodendrona Gloriosum.  

Philodendron - rodzaj roślin z rodziny obrazkowatych, którego odkryto dotąd około 700 różnych gatunków. Bogatszą grupę wśród aroidów stanowią jedynie Anthuria, które zaczynają odbierać Philodendronom pierwsze miejsce wśród najbardziej pożądanych roślin do uprawy domowej. 

Rośliny z welwetowymi liśćmi Monika posiadała już wcześniej - dokładnie trzy różne okazy: Philodendrona Verrucosum, Anthurium Clarinervium i Alocasię Black Velvet. Długo nie czuła potrzeby nabywania nowych, zmieniło się to przy okazji urodzin. Chciała zrobić sobie prezent. - Zamówiłam go, przyszła piękna sadzonka z trzema liśćmi, to był szczyt, szybko się ukorzenił. To była moja pierwsza wielka miłość. A później niestety otworzyła się puszka pandory - mówi mi Monika, z którą spotkałam się na kawie w Warszawie. Na co dzień mieszka na drugim końcu Polski, tego dnia zawitała jednak w stolicy by… wymienić się roślinami.

Alocasia Micholitziana Maxkowskii, cena od ok. 200 zł za średnią sadzonkę
fot. Emilia Waszczuk (archiwum prywatne)

Po pierwszych zakupach ruszyła lawina. Monika kupiła jeszcze kilka roślin u tego samego sprzedawcy, później zaczęła zapisywać się do grup tematycznych na Facebooku i odkrywać nowe odmiany. Tam poznała innych kolekcjonerów, trafiła też na osobę, która oferowała sprzedaż wyjątkowych, często niespotykanych w sklepach i ciężko dostępnych okazów. “Tylko jedna sztuka”, “tylko teraz”, “cena promocyjna” - czytała w ogłoszeniach i nabierała coraz większego apetytu. W dodatku okazało się, że paczki z roślinami może odbierać osobiście. Wystarczyło wsiąść w samochód i spotkać się na oddalonej 50 km od domu stacji benzynowej. 

Pierwsze dwie rośliny Monika kupiła od Roberta wysyłkowo, kolejne odbierała już osobiście. A zakupy robiła coraz większe i coraz częściej. - Głód był potworny, zaczęłam na gwałt kupować bardzo dużo roślin. Raz, że nuda, dwa, że co chwila wystawiał na sprzedaż coś nowego. A ja patrzyłam i myślałam: tego nie mam, tego nie mam, tamto chciałabym jeszcze mieć. Człowiek złapał bakcyla i kupował bez umiaru - opowiada.

Z Robertem Monika spotykała się regularnie dwa, trzy razy w miesiącu. Każdy wypad po rośliny na stację benzynową, kosztował ją kilka tysięcy złotych. Pierwszy 4,6 tys., kolejny 4,9, następny 7… W ciągu kilku miesięcy wydała kilkadziesiąt tysięcy złotych. - Już kilka tygodni po pierwszych zakupach u dilera znajome kolekcjonerki zaczęły mówić mi “Monika, Ty się zastanów, tyle pieniędzy wydajesz, nie da się mieć wszystkiego, jest zima, nie wiadomo, czy te rośliny przeżyją”. Wtedy zaczęły się też pierwsze zgrzyty ze sprzedawcą. Mówił mi “weź, mam to tylko dla Ciebie” “weź, ja Ci dobrze radzę, ja się znam”, “Weź, potniesz, sprzedasz i zarobisz”. Często używał argumentu “weź, mam tylko dwie takie, druga jest dla X., (znany w branży kolekcjoner - red.), on sobie potnie i sprzeda”. Problem w tym, że Monika roślin ciąć i sprzedawać nie chciała, chodziło jej o posiadanie, a nie zarabianie na nich. Często próbowała odmawiać, tłumacząc, że nie ma pieniędzy, nie może, planuje inne wydatki. - Weź, oddasz mi kasę później, jak będziesz miała - mówił mi diler. - Umawialiśmy się, że zapłacę za tydzień czy dwa, a ja po trzech dniach miałam telefony z pretensjami, gdzie są pieniądze - wspomina. 

Patrzyłam i myślałam: tego nie mam, tego nie mam, tamto chciałabym jeszcze mieć. Człowiek złapał bakcyla i kupował bez umiaru. Głód był potworny

Poza roślinami, na które Monika umawiała się ze sprzedawcą, za każdym razem do bagażnika trafiały też nadprogramowe. - On wyjmował je z auta i zapewniał, że to jedyny okaz w Europie, nikt takiego nie ma. Często te rośliny mi się nawet nie podobały, nie chciałam ich. Siedziałam później w aucie i płakałam, że znowu dałam się zrobić - opowiada kolekcjonerka.  W pewnym momencie okazało się, że rośliny przyjeżdżają coraz droższe i w coraz gorszym stanie. Co więcej, okazy, które miały być jedyne w swoim rodzaju, tydzień po zakupie znów pojawiały się na aukcjach Roberta i to często dużo taniej. Ale to niejedyny problem. Przez długie miesiące Monika nie mogła doprosić się o wystawienie rachunków za rośliny, na które wydała kilkadziesiąt tysięcy złotych. Podobne przejścia mieli też inni klienci. Brak faktur czy paragonów, brak wymaganych przez prawo paszportów fitosanitarnych, informowanie kupujących o odhodowaniu i aklimatyzacji roślin przy jednoczesnym sprzedawaniu ich zaraz po imporcie.

Philodendron Florida Beauty, koszt sadzonki bez korzeni, z jednym liściem min. 500/600 złotych
fot. @ok_bloomer/Instagram (archiwum prywatne)

Choć problemy się mnożą, choć coraz więcej jest nieuczciwych sprzedawców, rzadko zdarza się, by poszkodowani zgłaszali swoje sprawy policji. Przez kilka miesięcy obserwacji "roślinnego świata" poznałam tylko jeden przypadek, w którym większa grupa poszkodowanych zamierzała oskarżyć szajkę oszustów działających na Facebooku i w serwisie OLX. Cała reszta milczy i jedynie od czasu do czasu przestrzega innych na grupach tematycznych w mediach społecznościowych.

*Imię bohaterki zmienione

Grzeszki i grzechy sprzedawców

Dla osoby, która nie zna przepisów o hodowli i sprzedaży roślin, wszystko to brzmieć może niewinnie i dość absurdalnie. Ale niewinne nie jest. To, kto i jak sprzedawać może rośliny w Polsce, określone jest w prawie, narzucone z jednej strony przez państwo i przepisy wewnętrzne, z drugiej przez Unię Europejską. Wszystkie okazy sprowadzane do Polski powinny posiadać specjalne certyfikaty, spoza Wspólnoty eksportować je mogą jedynie “podmioty profesjonalne”, osoby, które zdały specjalny egzamin i uzyskały uprawnienia. To, co i skąd do Polski przybywa, kontroluje Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN).

- Zadania realizowane przez PIORiN mają na celu zmniejszenie zagrożenia ze strony organizmów szkodliwych, eliminację negatywnych skutków wynikających z wymiany handlowej i stosowania środków ochrony roślin oraz nadzór nad produkcją materiału siewnego w pełni spełniającego wymagania zdrowotnościowe i jakościowe - czytamy na stronie Inspekcji. Jak się to ma do sprzedawania roślin doniczkowych, w tym okazów kolekcjonerskich, za które nabywca zapłacić musi nierzadko nawet od kilku, do kilkudziesięciu tysięcy złotych? Możemy zagłębić się w ustawy i próbować przejść przez prawniczy język, cytować przepisy, jednak w tym miejscu i czasie jest to zupełnie niepotrzebne. Na potrzeby tekstu wystarczy nam mały skrót. Wspomniałam już o uprawnieniach - to podstawa, by móc rośliny spoza Unii Europejskiej kupować, kolejna kwestia to certyfikat fitosanitarny, który posiadać musi każda eksportowana sadzonka. Po wejściu w posiadanie roślina musi przebywać pod naszą opieką co najmniej miesiąc, by móc uznać ją - wedle prawa - za własną i zacząć myśleć o rozmnażaniu czy odsprzedaniu. 

I tu uwaga - jeśli roślinę chcemy spieniężyć, musimy wystawić jej nowy dokument - paszport fitosanitarny. Gdy tniemy ją na sadzonki i sprzedajemy kolejnej osobie - podobnie. Tyle tylko, że aby to zrobić… musimy posiadać specjalne uprawnienia. Wyjątkiem są sklepy, w których kupujemy roślinę i sprzedaż z ręki do ręki w obrębie miejscowości zamieszkania. Jeśli więc uprawiamy rośliny w domach i tniemy je na kawałki, możemy dzielić się nimi bez dodatkowych dokumentów jedynie sprzedając je osobiście, we własnej gminie czy mieście. Za brak odpowiednich dokumentów w razie kontroli PIORiN możemy zapłacić karę od 500 do 5 000 złotych.

O tym, jak dokładnie wygląda kwestia wystawiania paszportów i sprzedawania nadwyżek, mówił w jednym z filmów na YouTube znany kolekcjoner Marek Rejmer. Jego kanał “Marek i rośliny” subskrybuje ponad 12 tysięcy osób. Sam Marek w swoim domu ma ponad 350 roślin, które uprawia od ponad 20 lat. - Jeżeli ktoś nie ma działalności rolniczej, a chce sprzedawać rośliny i nie płacić podatku, musi spełniać pewne wymogi. To nie jest tak, że kupuję roślinę z Ekwadoru, potrzymam ją miesiąc w domu i mogę sprzedać bez nowego paszportu. Ale niektórzy tak działają i kręci się biznes - mówi Marek w swoim filmie. Brak paszportu, brak działalności, brak paragonów, brak okresu aklimatyzacji, który musi trwać cały miesiąc - wylicza grzechy dilerów kolekcjoner.

Oszuści czyhają na klientów na każdym kroku. W serwisie OLX i na grupach sprzedażowych na Facebooku swego czasu zaczęły pojawiać się oferty wyrośniętych, pięknych roślin kolekcjonerskich za niewielkie pieniądze. Prym wiodła tu modna w ostatnich miesiącach Monstera Deliciosa Variegata. Szybko okazało się, że większość ogłoszeń wystawiana była przez złodziei - kradli już same zdjęcia, podbierając je z ogłoszeń czy postów w mediach społecznościowych prawdziwych kolekcjonerów, nie mówiąc o pieniądzach. Ile osób nigdy nie otrzymało przesyłki z rośliną, a zrobiło przelew? Ile nacięło się na popularną dziś metodę “na blika?”. 

Oszukują też sklepy. Jedna z kolekcjonerek opowiedziała mi historię o tym, jak przez kilka miesięcy nie mogła doprosić się o wysyłkę rośliny za zaledwie kilkadziesiąt złotych. O nieczyste praktyki spytałam też innych wielbicieli roślin. Dostałam długą listę żali i przewinień, a na niej wybitnie popularne sprzedawanie sadzonek gnijących i zainfekowanych chorobami, z grzybem, bez korzeni… Powszechne jest - zarówno wśród sprzedawców prywatnych, jak i w sklepach - sprzedawanie roślin niepełnowartościowych, w bardzo słabej kondycji, innych niż na prezentowanych kupującemu zdjęciach. Często zdarzają się okazy ze szkodnikami, aż ruszające się od inwazji przędziorka czy wciornastków. 

Są sprzedający, którzy świadomie naciągają swoich klientów, często korzystając z ich niewiedzy, lub po prostu, ukrywając niedostatki oferowanych roślin. Możesz mieć boskie rośliny, ale ułamywać stożki wzrostu i niszczyć oczka (stożek wzrostu to miejsce, z którego już kiełkuje nowy pęd, oczko to miejsce na łodydze, z którego powinien wytworzyć się stożek). Po co? By nowy właściciel nie dorobił się zbyt szybko (lub nigdy) bujnej rośliny, wszak wtedy mógłby stanowić konkurencję na dość skąpym rynku. Możesz zaraz po zakupie większej rośliny ciąć ją na kawałki i sprzedać za dużo większe pieniądze. Możesz celowo usuwać zgniliznę i naprędce wystawiać sadzonkę na sprzedaż, nie mówiąc klientowi, że jest chora. Pieniądze zgarniasz, kupujący zostanie z niczym. 

Philodendron Joepii, wartość małej sadzonki od 5, do nawet 15 tysięcy złotych
fot. ALMOSTGREEN/Shutterstock

Adrian dalej kupuje rośliny kolekcjonerskie, wyszukuje coraz to nowsze gatunki, sprowadza co ciekawsze okazy zza granicy. Lekcję jednak wyciągnął - koniec interesów ze sprzedawcami prywatnymi, nowych zielonych przyjaciół szuka jedynie w prężnie działających, zarejestrowanych sklepach. Monika również nie przestała kupować. Co raz wyrusza w Polskę na roślinne wymiany, jednak szerokim łukiem omija swojego dawnego dilera, a i zakupy robi rzadziej. Rynek roślin kolekcjonerskich przechodzi tymczasem kolejną zmianę. Najpopularniejsze niedawno Philodendrony zaczynają wypierać Anthuia, w międzyczasie rozwinęła się gorączka Alokazji, serca kolekcjonerów skradły Hoye. Nowe gatunki ciągle czekają gdzieś w lasach na odkrycie, a hodowcy zacierają ręce, gdy tylko na horyzoncie pojawi się coś nowego. Tymczasem domy Polaków zamieniają się w dżungle, których wartość sięga niejednokrotnie dziesiątek czy setek tysięcy złotych.

Emilia Waszczuk
Emilia Waszczuk

Podlasianka, która cichy wschód porzuciła dla głośnej Warszawy. Absolwentka resocjalizacji i kulturoznawstwa, choć i tu nie znalazła swojego miejsca. Od dziecka wiedziała, że będzie pisać i dziś swój czas poświęca głównie tematom politycznym. Kocha opowieści o ludziach, zwłaszcza tych zwykłych-niezwykłych. Gdy wychodzi z pracy, oddaje się swojej drugiej największej pasji: roślinom, których liczba powoli zaczyna przekraczać możliwości małego, warszawskiego mieszkanka.

C