Zamknij

Uczą się tylko pięć godzin i nie chodzą do szkoły. Coraz więcej uczniów wybiera edukację domową

06.06.2022 17:33

Posłuchaj podcastu

- Uczniowie, na których w czasie lekcji zdalnych zepchnięto konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoją edukację, przekonali się, że mogą to robić. Jeżeli i tak się sami uczą, a ktoś ma im jeszcze wyznaczać, kiedy i jak ma się to odbywać, to stwierdzili, że wolą sami o tym decydować - tłumaczy w kolejnym odcinku podcastu edukacyjnego "Szkoła marzeń" Krzysztof Kacuga, dyrektor Szkół Benedykta z Drohiczyna, które oferują edukację domową. Na czym ona polega?

Dziecko uczy się w domu
fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER

Jest tu biuro, w którym nieustanne dzwonią telefony, czasem przychodzą nauczyciele na konsultacje i spotkania, są sale lekcyjne, tylko nie ma uczniów. Uczą się w domu. - Gdy w 2016 roku zaproponowano mi utworzenie takiej szkoły, sam dokładnie nie wiedziałem, na czym to polega. Wróciłem ze spotkania i zacząłem czytać akty prawne. Stwierdziłem, że to ciekawe wyzwanie i że to może się udać - opowiada w podcaście edukacyjnym „Szkoła marzeń” Krzysztof Kacuga, dyrektor Szkół Benedykta w Drohiczynie, gdzie uczniowie korzystają z edukacji domowej.

Edukacja domowa. Na czym polega?

To nic innego jak obowiązkowa nauka tylko poza szkołą. Lekcje dzieci mają w domu, a nauczycielami są rodzice (nie muszą mieć ukończonych kursów ani szkoleń). Na koniec roku dziecko musi przystąpić do egzaminu pisemnego i ustnego: z polskiego, matematyki, historii, biologii, geografii, fizyki, chemii, języka obcego, WOS-u (młodsi tych przedmiotów mają mniej). W edukacji domowej uczniowie nie otrzymują ocen z plastyki, muzyki, wychowania fizycznego oraz oceny z zachowania.

- Kiedy zaczynaliśmy, edukacja domowa to była swoista tajemnica, tylko kilka szkół w Polsce ją umożliwiało. Wydarzenia potwierdziły jednak, że to był dobry kierunek – opowiada w „Szkole marzeń” Krzysztof Kacuga. Edukację domową często mylono z nauczaniem indywidualnym. Do tej pory wielu dyrektorów nie chce zezwolić uczniom na taką formę nauki. - Nauczyciele muszą zorganizować egzaminy klasyfikacyjne, które są czasochłonne, trzeba je wkomponować w kalendarz roku szkolnego. Poza tym dyrektorzy obawiają się, że jak jednemu uczniowi się powiedzie, to w jego ślady pójdą kolejni i zaczną pustoszeć klasy – takie opowieści od uczniów najczęściej słyszy Kacuga.

Dzieci przechodzących na edukację domową z każdym rokiem przybywa, zwłaszcza od czasu pandemii i lekcji zdalnych. Liczba dzieci w Szkołach Benedykta wzrosła wtedy o 30,40 proc. - Uczniowie, na których zepchnięto konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoją edukację, przekonali się, że mogą i potrafią to robić. Stwierdzili, że jeżeli i tak się sami uczą, a ktoś ma im jeszcze wyznaczać kiedy i jak mają to robić, to wolą sami o tym decydować – wyjaśnia dyrektor szkół z Drohiczyna.

Często odbiera telefony od rodziców, którzy z płaczem opowiadają, jak ich dziecko jest wykończone psychicznie i fizycznie chodzeniem do szkoły. Uczeń spędza tam nieraz osiem, dziewięć godzin, potem jeszcze w domu odrabia lekcje, nie ma czasu na sen, jedzenie, nie mówiąc już o swoich zainteresowaniach. - To są dramatyczne historie, te dzieci potrzebują odbudować wiarę w siebie, w klasie jest za mało czasu, żeby każdemu uczniowi poświęcić uwagę – mówi w podcaście Kacuga.

Dodaje też: - System obowiązujący w szkole, tzn. co godzinę nowy przedmiot, jest sztuczny. Nakładają się na to różne przeżycia: jak mam klasówkę z matematyki, to na geografii cały czas jeszcze ją przeżywam i nie mogę się skupić na nowym przedmiocie.

Nauka pięć godzin i wolne

Dlatego, jak mówi, bardziej naturalnym procesem jest uczenie się modułowe, które najczęściej wybierają uczniowie na edukacji domowej. Tzn. np. przez dwa miesiące uczą się biologii, zdają z niej egzamin i przystępują do historii. I - jak wynika z badań - licealiści korzystający z edukacji domowej na efektywną naukę poświęcają - jedynie - maksymalnie pięć godzin dziennie. - Ten czas aktywności dostosowują też do rytmu biologicznego. Przyzwyczaiłem się, że przed godz. 9 do takich rodzin nie dzwonię, bo zwykle zaczynają naukę, pracę ok. godz. 9 – opowiada Krzysztof Kacuga w „Szkole marzeń”.

W tradycyjnej szkole młodzież ma kontakt z rówieśnikami - to argument "za" tradycyjną edukacją. Jednak podejście i do tego aspektu zmieniło się, nie tylko przez pandemię. - Szkoła bardziej nastawiła się na uczenie, a nie na wychowanie, mniej jest czasu na to, żeby cieszyć się sobą, przeżywać przygody, a przecież młody człowiek musi się nauczyć uczuć, musi przeżyć pierwsze miłości, przyjaźnie, a na to nie ma czasu ani siły – zauważa Kacuga.

Opowiada też, że jego uczniowie często udzielają się w harcerstwie, biorą udział w zawodach sportowych, konkursach, więc z jednej strony mają kontakt z rówieśnikami, a z drugiej strony mają czas na realizowanie swoich pasji. Nawet jeśli ktoś po edukacji domowej chce spróbować zwykłej szkoły, po miesiącu, dwóch wraca. - Tacy uczniowie żalą się, że ogromna ilość czasu jest marnowana w szkole - opowiada Kacuga. Jego zdaniem edukacja domowa nie zastąpi edukacji dziennej, ale liczba chętnych na taką formę nauki będzie się zwiększała.

loader

RadioZET.pl