Jurek Owsiak: Wpływowy to jest Stonoga, nie Agata Duda [WYWIAD]

Redakcja
27.03.2017 12:38
Jurek Owsiak
fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

– Zdarza mi się, że ktoś podejdzie i chce delikatnie zapytać o to, czy po mojej śmierci Orkiestra dalej będzie grać. Oczywiście, że tak, ona już gra w 1700 sztabach i nie ma znaczenia, czy ja będę w Warszawie, w Rawie Mazowieckiej, w Tokio czy w ogóle mnie nie będzie - przyznaje w wywiadzie z cyklu „Rozmowy na stronie” dla radiozet.pl Jurek Owsiak. Dalej mówi m.in. o szczegółach najwyższych licytacji, parze prezydenckiej i w bardzo ostrych słowach krytykuje TVP.

Przed trzema tygodniami Jurek Owsiak ogłosił wyniki 25. Finału Wielkiego Orkiestry Świątecznej Pomocy. Na konto Fundacji wypłynęło ponad 100 milionów złotych, co zdarzyło się po raz pierwszy w historii. Także po raz pierwszy WOŚP nie mogła liczyć na wsparcie Telewizji Polskiej czy obozu rządzącego, który nie jest przychylny działaniom Owsiaka i jego współpracowników.

Kto jest bardziej wpływowy od Agaty Dudy? Kto wpadł na pomysł, by dwie osoby wygrały licytację Donalda Tuska? Czym jest patriotyzm i czy rzeczywiście TVP nie miała obowiązku emitować materiału z 25. Finału WOŚP? Między innymi tego dowiecie się z rozmowy.

Podczas ogłaszania wyników 25. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przyznałeś, że wiedziałeś od kilku dni o kwocie, jaką zebraliście, a to nie pozwalało Ci zasnąć. Wszystko wróciło już do normy, emocje opadły?

Zdecydowanie tak. To był moment kulminacyjny. Wiedzieliśmy o tym kilka dni wcześniej. Cała suma musiała być zabukowana w banku.

Większe emocje były wtedy, kiedy daliśmy hasło na billboardy, które się ukazały następnego dnia w całej Polsce. Baliśmy się, że ktoś ten billboard wcześniej rozklei – nie dlatego, że będzie chciał ujawnić, tylko powie: „zrobię tę robotę dzień wcześniej, przecież to tylko billboard”. Obawialiśmy się też, że TVN24 może się pospieszyć. Czasami ludzie mają taki odruch, by jak najszybciej dzielić się dobrą wiadomością z innymi. Tu były większe emocje niż podczas samego rozliczenia, które poszło bardzo gładko, miło, serdecznie.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że zaskoczymy ludzi. Kiedy stanęło na 95 mln, to już wszyscy krzyknęli „hurra!”, a tu się jeszcze tabliczki poruszyły. Ostatecznie zebraliśmy ponad 105,5 mln złotych, czyli ogromną sumę.

Emocje opadły tylko na chwilę, bo już żyjemy tym, co robimy na co dzień, a więc zakupami sprzętu medycznego dla szpitali. Niestety nowe, szalone pomysły Ministerstwa Zdrowia komplikują nam to zadanie. Budowanie sieci szpitali, takich „gniazd szpitalnych”, w zakupach nie pomaga.

Wiem, że nie lubisz słowa „rekord” w odniesieniu do wyników zbiórek, więc posłużę się konkretnymi liczbami: 24 lata, 25 finałów, od 2,5 mln w 1993 do 105,5 mln złotych w 2017 roku. Świetny wynik.

„Rekord” to słowo encyklopedyczne, ono istnieje, ale też od razu prowokuje oczywisty tok myślenia: „no dobrze, a jak za rok zbierzemy 5 mln mniej, albo 50 mln mniej, to przy sumie 60 mln mamy się spakować i powiedzieć, że za rok nie gramy?”. Wolałbym zachować większą ostrożność i przezorność, powiedzieć rodakom, że różne nastroje i różne okoliczności wpływają na tę sumę i my sobie z tego zdajemy sprawę.

Zrobimy wszystko, by – jak zwykle - ten rok minął w dobrym duchu, żeby ludzie widzieli „dotykalność” Orkiestry. Kiedy ktoś mówi: „siedzę na tym łóżku, obok tego inkubatora”, „ja albo ktoś z moich bliskich korzysta z tego sprzętu”, to jest dla nas najlepszy „rozlicznik”. Naszą najlepszą walutą jest zaufanie i zrobimy wszystko, by za rok było tak samo. Na tle innych państw to jest duże osiągnięcie średniozamożnego kraju.

W tym roku po raz pierwszy w dniu finału byłem poza Polską, w Brukseli. Wraz z rodziną myśleliśmy, że będziemy mieli problemy, by spotkać wolontariuszy, ale nie szukaliśmy ich specjalnie. Szliśmy przez miasto i na jednym z placów zauważyliśmy dwóch chłopaków z puszką. Nie było z tym najmniejszego kłopotu.

Trzy razy „hurra!” dla sztabu brukselskiego, przywieźli mi pół kilograma czekolady po finale. W czerwcu chcemy zrobić w Brukseli spotkanie wszystkich sztabów europejskich, oni to organizują, więc będziemy mieli taki swój mały szczyt wszystkich ludzi, którzy grają z nami w Anglii, Szkocji, w Belgii, we Włoszech czy w Niemczech.

Cieszymy się bardzo, że pomimo restrykcyjnych przepisów w USA (nie można wyjść z puszką na ulicę) także tam przeprowadzono zbiórki. Ludzie spotykali się z klubach w Chicago, w Nowym Jorku i w wielu innych miejscach. W Brukseli nie ma z tym najmniejszego problemu. To pokazuje mieszkańcom tego miasta, że coś się obok nich dzieje. Dla ludzi na zachodzie takie akcje nie są niczym szczególnym, oni się temu nie dziwią.

Obcokrajowcy też włączają się w zbiórki?

Włączają i to bardzo chętnie. Bruksela zebrała kilkadziesiąt tysięcy euro, wcześniej musieli otrzymać sporo pozwoleń. Gdyby jeszcze nasi politycy w UE - mówię tu o wszystkich politykach - o tej akcji mówili, mieli przyjemność o niej mówić, to byłaby ona jeszcze bardziej skuteczna. Takiej tuby wymaga ona wszędzie.

Oprócz pojedynczych osób, a nawet chyba pojedynczej osoby, jaką był Donald Tusk, który wystawił na aukcję zwiedzanie Parlamentu Europejskiego, to nie jestem przekonany, czy któryś z europosłów brał w tym jeszcze udział.

Cieszę się, że trafiłeś na tych wolontariuszy, bo to także buduje wiarygodność tego, co robimy. Oni robią to sami, ja tych ludzi poznałem na 5 minut przed finałem, bardzo wielu z nich znam tylko ze zdjęć, a człowieka, który finał robi w Tokio, widziałem tylko na filmie. Może będzie kiedyś okazja, by uścisnąć mu dłoń. Na tym polega Orkiestra. Mnie może nie być, nas może nie być, a ludzie dalej będą to robić.

Na ten „orkiestrowy szczyt” w Brukseli Donald Tusk będzie zaproszony?

Tego nie wiem. Bardziej się obawialiśmy, czy ta wysoka licytacja, za którą dwie osoby zapłaciły łącznie 740 tysięcy złotych (po 370 tys. zł, ze 100 zł różnicą), będzie zrealizowana, jeśli Donald Tusk nie zostanie wybrany na drugą kadencję jako szef Rady Europejskiej. W związku z tym, drodzy Czytelnicy, tu jest cala intryga. Nie doszukujcie się tego, że był jakiś inny polski kandydat – intryga była bardzo prosta, a Donald Tusk musiał zostać, by oprowadzić naszych gości.

Czyj to był pomysł, by zaprosić do Brukseli dwie osoby – Donalda Tuska czy Orkiestry?

Myśmy wyszli z pomysłem, żeby udać się do Parlamentu Europejskiej i spotkać się z Panem Donaldem Tuskiem. Mieliśmy taką wizję, aby sprowadzić na finał dwóch komisarzy – przewodniczącego komisji ds. edukacji Tibora Navracsicsa oraz przewodniczącego komisji zdrowia i bezpieczeństwa żywności Vytenisa Andriukaitisa. Obaj Panowie są z naszych okolic (Litwin i Węgier), jeden z nich mówi nawet po polsku.

Zadzwoniliśmy do biura Pana Tuska, bo wydawało nam się, że tylko tą drogą możemy trafić bezpośrednio do tych ludzi. Pan Donald znalazł dla nas czas – rozmawialiśmy blisko godzinę u niego w gabinecie. Zdradzę Państwu, że wszystkie gabinety w PE są takie same, biuro Pana Tuska jest może o cztery kroki większe od innych. Nie ma w tym żadnego Bizancjum, jest skrojony na miarę całego Parlamentu, a więc każdemu po równo i tak samo. W środku znajduje się oczywiście flaga Unii Europejskiej, jakieś symbole. Nawet chyba globus tam stoi.

Spotkaliśmy się z Panem Donaldem i okazało się, że prawda jest banalna: „Panie Jurku, ja nie mam szansy, by się z tymi Panami spotkać. Styczeń to okres urlopowy. Moja funkcja jest taka, że ja z tymi Panami się w ogóle nie widzę. Ja się zajmuje czym innym”. Wtedy zapytał, czy on mógłby coś wystawić. Pierwszym pomysłem były wina Tuska, ale na aukcjach Allegro nie można licytować alkoholu, więc ten pomysł upadł. Wtedy zaproponowaliśmy, by kogoś oprowadził. Na tym stanęło.

Wylicytowały to dwie osoby. Jedną z nich jest Polak od wielu lat mieszkający w Nowym Jorku. Później się okazało, że to człowiek, którego znam, prowadzi ogromny biznes budowlany. Od lat gra z Orkiestrą. Chwilę później pojawiła się druga oferta, firma, którą znam tylko z nazwy. Biuro Pana Tuska zapytało się nas, czy mogą zaprosić dwie osoby. Zgodziliśmy się, ale mieliśmy też jeden warunek, by obie wizyty nie odbyły się w jednym dniu. Chodziło o to, by zwycięzca czuł się dopieszczony. Jeszcze raz przypomnę: to największe w naszej historii aukcje – 740 tysięcy złotych.

To największa licytacja, ale były jeszcze inne „dochodowe”, m.in. osławione zdjęcie Pierwszej Damy Agaty Dudy z powitania biskupów podczas Światowych Dni Młodzieży czy kolacja z Robertem Lewandowskim.

Był jeszcze słynny motocykl braci Teutulów, American Chopper, który był zrobiony specjalnie dla nas. Przez wiele lat był licytowany na jednoroczne użytkowanie, ale w tym roku postanowiliśmy go „oddać” na własność. Poszedł za 230 100 zł. To jest potężna maszyna, legendarna, żeby skręcić trzeba wjechać na rondo. Piękna rzecz, warta tej kwoty.

Zdjęcie Pierwszej Damy Agaty Dudy obiegło cały internet, spotkało się z ogromną liczbą memów, a nawet chyba u Roberta Górskiego (w „Uchu Prezesa” – przyp. K.S.) ten styl powitania został uchwycony. Ja to nazywam „na ekierkę” – jak się przyjrzycie i przyłożycie ekierkę, to tam się wszystko idealnie zgadza tworząc takie „dygnięcie”.

Napisałem list do Pani Prezydentowej, w którym bardzo jej za to dziękowałem. Prosiłem w nim jeszcze o jedną rzecz – aby cały czas była obok męża. Moja żona jest cały czas ze mną, od początku razem tworzyliśmy Fundację i takie wsparcie, w wielu aspektach, jest bardzo ważne. „Dzidzia” zajmuje się całą medycyną, wielokrotnie to ona mnie do wielu rzeczy przekonywała i stąd mój świat buduje się w taki sposób. Kiedy widzę parę małżeńską to jestem przekonany, że wspiera się, służy radą.

Oczywiście, jednym się to udaje lepiej, innym mniej. Przypominam Państwu, że Albert Einstein nie jest autorem wszystkich swoich teorii, jego żona była lepszym fizykiem niż on, a jednak potraktował ją bardzo źle. Mimo to ona była mu bardzo wierna.

Takie tandemy męsko-damskie są bardzo ważne, także w polityce. W związku z tym, że prezydent w ogóle nie reaguje na pytania społeczeństwa czy ekspertów np. na temat coraz większej liczby odchodzących z armii generałów, poprosiłem jego żonę o reakcję i wsparcie dla męża. Nie można mówić, że to jest normalne, nie można tłumaczyć końcem kadencji.

Jeśli z naszej „orkiestrowej”, 42-osobowej załogi odeszłoby 10 losowych osób: od pani sprzątającej po pracownika działu PR, to miałbym ogromny problem. Jedna osoba, która inaczej układa sobie życie, jest dla nas kłopotem, bo my się zżywamy, tworzymy zespół. Podobnie jest w armii, to też jest zespół.

Miałem okazję porozmawiać osobiście z gen. Różańskim, w Fundacji, gdy przekazywał na licytację mundur. Słuchałem człowieka rozsądnego, mądrze mówiącego, nieowładniętego jakąś ideologią. To nie jest żołnierz paradny tylko od tego, by założyć ładny mundur wojskowy, tak jak to było w PRL. Dziś wojskowi są świetnie przeszkoleni, inwestuje się w nich ogromne pieniądze.

Byłem w bazie w Iraku i w Afganistanie, dziękowałem żołnierzom, że grali z Orkiestrą. Przy okazji ja, jako pacyfista, który uciekł z wojska udając świra, patrzyłem na system organizacyjny. Tam wszystko stykało, nie rozłaziło się, to nie byli żołnierze szweje, tylko dobrze wyszkoleni zawodowcy, którzy taką prace przyjęli. Ich dowódcą była kobieta.

Nie uwierzę, że prezydent, który jest Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, nie chce wyrazić swego zaniepokojenia. Odeszło chyba 54 generałów, a przy 55 napisałem ten list. W takich chwilach wierzę w kobiecą intuicję, Panią Prezydentową, która mówi do prezydenta… Jak ma prezydent na imię, Andrzej?

W „Uchu Prezesa” różnie: Adrian, Artur, ale normalnie…

Chyba Andrzej. Pierwsza Dama mogłaby powiedzieć: „Andrzeju, może byś jakieś stanowisko zajął w tej sprawie, może byś się zainteresował, spytał?”. Ja, jako szef Fundacji, pytam się: macie coś majstrować przy prawie okołoporodowym, chcecie obcinać pieniądze na intensywną terapię noworodka?

Stąd ten list, na który nie mamy odpowiedzi. Okazało się, że trochę wcześniej Pan Prezydent jednak spytał się Pana Macierewicza o rzeczy, o których ja nie miałem pojęcia (listy do MON dotyczyły braku polskich wojskowych attache w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy na Ukrainie oraz stopnia zaawansowania prac nad utworzeniem Dowództwa Wielonarodowej Dywizji w Elblągu – przyp. K.S.). Jeżeli teraz o tym wiem, to w te pędy do żony i już od śniadania powinien zapytać Agatę o radę.

Próbuję na to patrzeć nie takimi emocjami, jakimi patrzą dziennikarze zajmujący się tą sprawą, ale emocjami obywatela, starszego od Pana Prezydenta i Pani Prezydentowej, który przeżył PRL i coś w życiu zdążył zrobić. Uzurpuję sobie prawo, że też mogę podnieść rękę i zadać pytanie, bo mnie ludzie słuchają bardziej niż innych.

Agata Duda zajęła 6. miejsce w gronie najbardziej wpływowych kobiet wg tygodnika „Wprost”, jest bardzo lubiana, a praktycznie nie ma jej w przestrzeni publicznej.

Rankingi „Wprostu” są z powietrza, nieumocowane w niczym. Pytam się szanownych redaktorów pisma „Wprost”, co to znaczy, że ktoś jest wpływowy – że ludzie o nim mówią? Do niedawna wpływową kobietą była ta, która z urzędu była Panią Prezydentową, teraz wygrała Pani Premier.

Mam odczucie, że na okładkach „Wprostu” ukazywały się twarze osób, o których już dawno zapomnieliśmy. To jest tak, jakby ktoś szedł do cukierni i próbował znaleźć najsłodsze ciastko. W cukierni wszystkie są słodkie, naprawdę jest trudno wybrać.

Być może włożę kij w mrowisko, ale dla mnie wpływową osobą jest Pan, o którym tylko słyszę, a w życiu go nie widziałem, Zbigniew Stonoga. Oglądałem ostatnio badania prowadzone wśród młodzieży gimnazjalnej, we wszystkich województwach. Poprosiło o nie Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Młodzież wymieniała dwie osoby, które najczęściej ogląda w internecie – Max Kolonko i Zbigniew Stonoga. Możemy się zaśmiewać, ale tak jest. Jak ktoś chce to oglądać, to znaczy, że ich zdanie się dla kogoś liczy.

Wpływowymi osobami są również te, które potrafią poprowadzić ludzi w takiej czy innej demonstracji.

Nie chcę zrobić przykrości Pani Prezydentowej, ale sam zadałeś pytanie – przecież w żadnej sprawie się nie wypowiedziała, więc jak mam ją ocenić, na jakiej podstawie? Pani Kaczyńska odważnie się wypowiedziała na temat kobiet. Kiedy był finał, dołączyła bardzo piękny liścik, była taką osobą, na którą wszyscy mogli liczyć w różnych kwestiach.

Agata Duda nie dała się poznać w żaden sposób. Wiem tylko, że raz poszła na inny film niż jej mąż. Na tej podstawie mamy budować opowieść o kobiecie inteligentnej, która ma prezencję, była nauczycielką, miała kontakty? To ma stanowić o jej wpływowości?  

Nie wierzę w te rankingi. „Wprost” powinien zrobić wreszcie tabelkę, która zawierałaby m.in. informacje o wypowiedziach w ważnych kwestiach dla Polski. A Pani Agata Duda ani razu nie zabrała głosu, milczy nawet w sprawach kobiet czy reformy edukacji, która przecież jest jej tak bliska. Może 77. miejsce byłoby dla niej odpowiednie.

Ja uciekam od wszelkiego rodzaju rankingów, bo ranking na popularność jest nieprawdziwy. Popularność nie jest wyznacznikiem wpływowości.

Wrócę jeszcze do Roberta Lewandowskiego. Mógłbyś zdradzić trochę więcej szczegółów na temat tej licytacji?

Została wylicytowana za 101 tysięcy złotych i… na razie tyle wiemy. Dopóki nie zostanie zrealizowana, nie będziemy nic na ten temat wiedzieli. Nawet nie wiemy, kto to wygrał, jak to będzie wyglądało.

Niektórzy zwycięzcy aukcji wolą pozostać anonimowi. Np. w tym roku ofiarodawca licytacji wizyty na najsłynniejszym torze wyścigowym Monza oraz jej zwycięzca zgodzili się, byśmy pojechali tam z kamerą, ale w ubiegłym roku już takiej zgody nie otrzymaliśmy. Musimy brać pod uwagę, czy ktoś chce się pokazać, czy nie.

Liczymy na to, że Robert Lewandowski albo ktoś inny opowie, co było jedzone. Wszyscy już wymyślali, że jeżeli kolację przygotuje żona kapitana reprezentanta Polski Ania, to raczej ludzie się tam nie najedzą, bo każda kaloria będzie skrupulatnie wyliczona.

Najpiękniejszy jest sam fakt, że takie osoby chcą w tym uczestniczyć. Myśmy żadnych gołębi pocztowych w stronę Roberta Lewandowskiego nie wypuszczali, to wyszło od nich. Widziałem się z nimi, poznaliśmy się, kiedy odbierałem od niego korki, a od jego żony kostium sportowy. Przemiłe spotkanie. W stosunku do Orkiestry zawsze byli bardzo życzliwi.

W tym roku – w zasadzie już w zeszłym – „wycięliśmy” wszystkich polityków. Tylko do pary prezydenckiej poszedł list. Myśmy do nikogo nie chcieli, ale już się rozpędziliśmy i poszło. Bardzo dziękujemy – 200 tysięcy za zdjęcie Agaty Dudy i blisko 7 tys. za spinki Andrzeja Dudy. Kilku polityków samych się zgłosiło, m.in. z ministerstwa pracy lub finansów, ale cała reszta dała nam spokój. W poprzednich latach mieliśmy mnóstwo krawatów i spinek. Ktoś popularny nam powiedział, że jak jedzie gdzieś, to kupuje więcej, by mieć dla nas.

Ja sam wysyłam paczki na różne aukcje, nie mam na to focha, jeżeli to komuś pomaga to super.

A wracając do Roberta Lewandowskiego. To Wy jesteście dziennikarzami, więc to może Wy nam powiecie, czy zupa nie była za słona.

Rozumiem, że Ania też będzie brała udział w tej kolacji?

Myślę, że tak. Oni – przynajmniej ja ich tak odbieram – celebrują bycie razem. Są bardzo otwarci. Ania jest aktywna na Facebooku, chętnie się pokazuje, on trochę mniej. To jest cała społeczność, która często bywa bardzo zgryźliwa i potrafi przyłożyć, także Ani, i tu trzeba mieć nieraz stalowe nerwy i skórę nosorożca, by się temu hejtowi nie poddać.

Nie wiem, na ile śledziłeś media społecznościowe przed finałem, ale odniosłem wrażenie (nie tylko ja), że krytyka władzy i brak WOŚP-u w TVP tylko pomogły w zebraniu tak gigantycznej kwoty. Ludzie wymieniali się memami, organizowali wydarzenia, by w tym roku – na przekór władzy – dać więcej na Orkiestrę. Nikt ich do tego nie nawiał, nie inspirował politycznie, to był czysto oddolny ruch Polaków.

Nie powiem, że tak nie było. Ludzie wyrażali swoje poglądy przy okazji WOŚP. Często pisali: „będę grał z Orkiestrą, bo…”. My jako Orkiestra nigdy tego nie wysuwamy na pierwszy plan, nie próbujemy tym epatować, coś na tym ugrać, bo gdybyśmy chcieli na tym narzekaniu, słusznym, ale jednak narzekaniu, budować WOŚP, to każdy finał zaczynałby się półgodzinną tyradą na temat Ministerstwa Zdrowia. Zawsze od tego uciekaliśmy.

W dwóch pierwszych finałach nie odczuliśmy żadnych negatywnych opinii, pojawiły się w trzecim przy okazji hasła „Róbta, co chceta”. Prawica określiła je jako „zło absolutne”. Pytaliśmy o fakty: „pokażcie nam to zło, gdzie je tu widzicie”. Pod szyldem klubów sportowych wyrywane są krzesełka i wywracane są stadiony do góry nogami, a Wy doszukujecie się zła w WOŚP.

Potem to się cyklicznie wymieniało. Poszło o Woodstock, że te wszystkie pieniądze idą na imprezę, alkohol i narkotyki, potem oczywiście zaczęło się krążenie wokół naszych dochodów. Wszędzie szukają dziury w całym i chcą Ci udowodnić, że działasz przeciwko komuś. Taka jest natura ludzka, która nie znosi, że komuś się powiodło.

Internet dzisiaj jest kubłem do wszystkiego. Aż się boję, do czego to może doprowadzić. W sekundę mogę się dowiedzieć wszystkiego, np. co robi Pan Misiewicz, bo media nie dają mu spokoju. On jest śledzony każdego dnia. Do mnie docierają tylko zdawkowe informacje: „wsiadł, wysiadł, pracuje, nie pracuje, a jednak pracuje”. Szaleństwo. 40 mln ludzi tu mieszka i jest kilka ciekawszych osób niż Pan Misiewicz.

W związku z tym, że ludzie tak dużo wiedzą na swój temat, to się ich prowokuje do różnych zachowań. Przed tym finałem internet stał się dla nas bardzo pozytywnym medium, w którym ludzie przy okazji dawali upust swoim poglądom. My to oczywicie widzimy, ale nie chcemy na tym niczego budować.

Po 25. Finale byliśmy zaskoczeni kosmiczną sumą, ale to nie wynika tylko z faktu, że mamy teraz „taką zmianę”. Ludzie zawsze dawali dużo pieniędzy i cieszyli się z tego, że to funkcjonuje. My nie jesteśmy i nie chcemy być partią polityczną, nas to w ogóle nie interesuje. Mamy swój dekalog.

Nikt mi nie wmówi, że jak powiedziałem kilka słów o Panu Prezydencie, to uprawiam politykę – to nie jest polityka. To jest życie, które mnie otacza. Mam włączone radio, telewizor, internet rzadziej, ale też się zdarza, więc niech nikt mi kitu nie wciska, że ja mam mieć dziób na kłódkę i nie mogę słowa na ten temat powiedzieć. I tak uważam, że jestem człowiekiem delikatnym w tych kwestiach i się wycofuję, jeżeli tylko mogę, to namawiam, żeby się pogodzić. Nie wiem, może trzeba polać wszystkim i wtedy się zbratamy?

Kiedy wpadają do nas goście ze świata, na pierwszy rzut oka zwracają uwagę na trzy kwestie: że Polacy bardzo szybko jeżdżą, przeraża ich to; że na stacji benzynowej jest więcej gorzały niż części samochodowych i są one czynne całą dobę; że jesteśmy bardzo serdeczni, mówią: „świetnie nas przyjęliście, trochę mało się śmiejecie, ale zyskujecie przy bliższym poznaniu”. Pierwsze wrażenia są super, a potem zaczyna się kotłowanina.

Odnoszę wrażenie, że gdyby Ciebie zabrakło, to ciężko byłoby z WOŚP.

To nie jest tak. Zdarza mi się, że ktoś podejdzie i chce delikatnie zapytać o to, czy po mojej śmierci Orkiestra dalej będzie grać. Oczywiście, że tak, ona już gra w 1700 sztabach i nie ma znaczenia, czy ja będę w Warszawie, Rawie Mazowieckiej, w Tokio czy w ogóle mnie nie będzie. Ludzie już wiedzą, jak to zrobić, to jest fantastyczne. Wiemy, jak nazywa się Nobel i kim był, ale kto jest przewodniczącym Komitetu Noblowskiego? Nie mamy pojęcia.

Wmawiano ludziom, że istnieje pokolenie Jana Pawła II, nie widziano tam miejsca dla nas – dla WOŚP-u. Ja jestem pokoleniem JPII i niech nikt mi nie próbuje wmawiać, że jest ono zarezerwowane dla ludzi, którzy co niedzielę chodzą do kościoła. Wiem, co mówił nasz papież, słuchałem go i uważam, że to, co my robimy, w istocie jest wprowadzaniem jego słów w czyn. My namawiamy ludzi do zgody, a nie żeby być dla siebie wilkiem.

Co się działo po śmierci Jana Pawła II? Kibice Wisły i Cracovii się pogodzili, a chwilę potem znów się wzięli za ryje. Proszę Cię. Czy ktoś gdzieś słyszał przez te 25 lat, by kwestarze umówili się na ustawkę i rzucali się tymi puchami? W tym roku nie mieliśmy nawet ani jednego przypadku kradzieży. Pierwszy raz nam się to zdarzyło. Na 120 tys. wolontariuszy!. To jest patriotyzm! Prawdziwy!

Robiłem kiedyś wywiad z Titusem z Acid Drinkers, jeszcze zanim rozpoczęła się cała ta dyskusja o patriotyzmie w wydaniu dzisiejszym. Pytam się go: „a gdyby się coś działo, to Ty idziesz?”. Wiesz, co powiedział? „Kurwa, Jurek, to ja pierwszy chwytam za... cokolwiek i jestem na barykadzie”. On, wydawać by się mogło, że co najwyżej może przygrać tym, co idą. Wtedy by się okazało, kto tak naprawdę jest patriotą. To, że idziesz i machasz flagą to jedno, a to, że potrafisz ludziom ze sceny na Woodstocku powiedzieć, że ich kochasz, bo są wspaniałymi Polakami – to drugie. Ja się na to zdobywam, wzruszam się, wtedy zawsze słyszę „huragan braw”. Jak ktoś tylko idzie i krzyczy, to jest to jedynie poza. My mówimy od serca.

Ci co najgłośniej krzyczą, pierwsi by uciekli.

Tak to często bywa.

Przygotowania do Woodstocku idą pełną parą, zagrają m.in. kapele ze Szkocji (The Exploited), USA (Trivium) czy Szwecji (Amon Amarth, Mando Diao). Przed rokiem mówiło się, że to może być ostatni Woodstock (impreza masowa o podwyższonym ryzyku). W tym roku takiej obawy nie ma?

Znak zapytania przy Przystanku Woodstock związany jest tylko z machiną urzędową. PW może zabić podpis urzędnika, który uzna, że się nie zgadza. Jest kilku w Polsce urzędników, których podpis stanowi wyrocznię. Jak będzie chciał zamknąć Woodstock, to to zrobi.

Na Woodstock przyjeżdża kilkaset tysięcy osób. Obliczamy, że ok. 400 tysięcy jest tam cały czas, a 100 tysięcy się wymienia i dojeżdża. Musimy o wszystkich zadbać, zaopiekować się nimi, ale także mieć na uwadze, że to, co się dzieje wokół nas, podwyższa czujność i odpowiedzialność. Nie wszystko da się jednak przewidzieć. Ludzie na Love Parade weszli do tunelu i się zgnietli, rzecz przewidywalna, ale nikomu to nie przyszło do łba. Przejdą przez tunel jak przechodzą przez ulice.

Wychodzimy z założenia, że ludzie są rozsądni. W związku z tym, robimy wszystko, by z urzędnikami rozmawiać, chcemy, by uczestniczyli w tym wydarzeniu. Do ubiegłego roku wszystkie opinie były rewelacyjne: wojewody, marszałka, Komendanta Głównego Policji i Komendanta Głównego Straży Pożarnej. Wszyscy mówili, że to jest niesamowite, że tylu tak różnych ludzi tak świetnie się bawi.

W ubiegłym roku oddaliśmy termin Światowym Dniom Młodzieży i zrobiliśmy Woodstock wcześniej. Zalał nas deszcz. Nałożono na PW status imprezy podwyższonego ryzyka, który jest bardzo kosztowne – dodatkowa ochrona, płoty, co daje 1,5 mln złotych, które musimy znaleźć od sponsorów. Ta decyzja nie była niczym umotywowana. W tych czasach wszystko, jak choćby jarmark świąteczny, wiąże się z dużym ryzykiem, wszystko może się wydarzyć.

Jakie są efekty? ŚDM znalazły się pod lupą CBA, 5 osób jest zatrzymanych, bo doszukano się nieprawidłowości.

Na celowniku znalazł się też szczyt NATO. Doszukano się uchybień w pracy funkcjonariuszy BOR.

Właśnie. A my, będąc obrandowani 50 pociągami, wynajmując dodatkową ochronę, mając więcej ludzi niż ŚDM, mając ludzi, którzy nie skupiają się na modlitwie, nie mamy żadnych poszkodowanych, sytuacji, które ciągnęłyby się za nami. Nawet sanepid nie miał zastrzeżeń. Oczywiście dmuchamy na zimne i zachowujemy czujność.

Jeden z urzędników z woj. lubuskiego słusznie powiedział, że o wiele mniejszym problemem jest półmilionowa, świetnie zorganizowana widownia pod sztandarem WOŚP i PW niż np. 50 tys. dzikiego Woodstocku, bo ludzie sobie tego nie odpuszczą. Wtedy kompletnie nie wiesz, co może się stać.

Naszym najpiękniejszym założeniem jest budowa społeczeństwa obywatelskiego. Kukiz tyle na ten temat krzyczał, a po roku dalej nic w tej sprawie nie zrobił. Mieliśmy decydować, na co idą nasze pieniądze, jak głosujemy, kogo wybieramy. U nas wszystko jest transparentne – wejdziecie na stronę i zobaczycie, na co idą Wasze pieniądze. Wrzuciłeś do skarbonki 7 zł i masz dokładnie wyliczone, ile kosztowało nasze utrzymanie, w tym – nie ukrywamy tego – także nasze pensje, prąd, ile wydaliśmy na geriatrię, pediatrię, ile na badanie słuchu, itd.

Na Przystanku Woodstock mówimy - znacie regulamin, przestrzegajcie go, a my zrobimy wszystko, co obiecaliśmy, nie będzie kitu jak w wyborach. Jeżeli spadnie deszcz, to zrobimy wszystko, by Wam pomóc, staniemy przy Was i zapytamy, czy nie marzniecie, czy jest OK. Taki człowiek, bez względu na wyznanie, kolor skóry czy poglądy, mówi: „Kurwa, jestem dla nich ważny”.

Jak latały samoloty Iskra, to te dzieciaki patrzyły w górę i mówiły: one lecą nie dla Jurka, ale dla mnie. Jak Komorowski i Gauck stoją na scenie, to stoją tam dla mnie. Jeżeli masz focha na PW, to jedź do domu, wypłacz się na swoje życie, bo ja Ci tego focha nie reperuję. Tego focha potrafi wyleczyć 499 999 osób, które mijasz na PW. Jak ktoś jest agresywny, to zaraz inni go pacyfikują: „wyluzuj, gdzie Ty jesteś?”.

Tak powinno być. Prosty przykład: „uważam, że tu powinien stanąć ten pomnik, a ja uważam, że nie”, ale zamiast spokojnie rozmawiać, to od razu bierzemy się za łby.

Pamiętam taki koncert z 2009 roku. Niewiarygodnie lało. Na scenie Guano Apes, Sandra w koszulce, suchej, a pod sceną kilkaset tysięcy osób, zmarzniętych, przemokniętych. Bawili się znakomicie.

W dniu rozpoczęcia ostatniego Przystanku Woodstock deszcz padał od rana do samej nocy. Myślałem, że nikt nie przyjedzie. Były tłumy, a potem w mailach napisali, że to był najpiękniejszy festiwal świata.

My nie szpanujemy, nie mówimy, że to najlepszy festiwal, używamy słowa najpiękniejszy. Wiesz dlaczego? Bo to Ty budujesz piękno w sobie. Mogę Ci powiedzieć, że grała taka kapela, że jak Ci się nie podobało, to ja już nie wiem – przecież sami Rolling Stonesi dla Ciebie zagrali – ale nie o to chodzi. To jest na tej zasadzie: kurczę, stałem z innymi w tym deszczu, była fajna muza, Juras coś nawijał, wszyscy się uśmiechali i wytrzymałem do końca. Nie ma nic gorszego – a w Polsce często się to zdarza – jak ktoś próbuje mówić za Ciebie: „Ty jesteś dobry, Ty słaby”, „Ty jesteś patriotą, Ty nie”, „Ty jesteś z pokolenia Jana Pawła II, a Ty nie”.

Jak papież był drugi raz w Polsce, to jeździliśmy: byliśmy w Krakowie, w Częstochowie. Robiłem wtedy witraże, komuna pełnym ryjem. Ktoś wystawił napis Solidarność – tacy podnieceni byliśmy. Młodzi ludzie tego nie znają. Była euforia.

Nawiązałeś do polityki, więc nią skończymy. Doczekałeś się materiału w Wiadomościach nt. 25. Finału WOŚP?

Nie. Napisałem do Pana Jacka Kurskiego: płacę za abonament dokładnie 250,60 zł, więc chciałbym to obejrzeć, ale pozostało to bez odpowiedzi.

Chciałbym wszystkich od razu uświadomić, że powiedzenie tej Pani z „Wiadomości”, że nie musi puszczać materiału z Finału WOŚP, jest nieprawdą. Konsultowałem się w tej sprawie z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, Panem Bodnarem, rozmawialiśmy face to face. Zapytałem go: „Panie Rzeczniku, wydaje mi się, że telewizja publiczna, utrzymywana z naszych podatków, musi o takich rzeczach informować”. Usłyszałem, że jest to nakaz konstytucyjny. Telewizja publiczna została powołana do tego, by społeczeństwo o sprawach publicznych informować. Obiecał mi, że się zwróci z tym pytaniem do Telewizji.

Obecne funkcjonowanie Telewizji Polskiej to skandal. Dla wszystkich uczelni dziennikarskich jest to doskonała okazja do edukacji. Na tacy podany jest system, z którego trzeba się uczyć, czego dziennikarz nie powinien robić, czego mu nie wolno, jak nie powinien się zachowywać, czego powinien się wstydzić.

Największy obciach jest z montażystą. Wydaje się, że ludzie, którzy pracują w tej branży, powinni się wspierać. A tutaj? Kamerzysta nagrywa materiał, który zaraz i tak zostanie zmanipulowany. Powinno być wstyd temu, kto wymazał z kurtki posła Arkadiusza Myrchy serduszko Orkiestry, to jest zawodowy obciach. Ja mogę coś takiego zrobić ze swastyką, żeby pokazać, że to jest złe, ale zamazanie serduszka to już żenada.

To nie jest tak, że w Wiadomościach pracują szczawie z ulicy czy z Torunia, nowicjusze. Tam jest m.in. mój kolega z Trójki Krzysztof Ziemiec, którego w radiu wszyscy lubili, był sympatyczny, spotykaliśmy się często na prywatkach. W życiu mi nie przyszło do głowy, że będzie stał przed takim dylematem, żeby w 14 sekund powiedzieć o tym, co działo się na WOŚP. Stąd był ten pumeks dla Jacka Kurskiego, jak go nazwałem – króla prędkości (25 lat w 14 s). Nie wiem, czy prezent do niego dotarł, czy odebrał. Może jakiś wilczur Pana Jacka to odwinął i wyrzucił albo schował. Wiem natomiast, że poseł Pięta odebrał i odpisał, że trzyma go na półce. Ale to – można powiedzieć – trafił swój na swego.

A mówiąc poważnie. Telewizja Polska przeżywa najbardziej haniebny okres w swojej historii. Za komuny tak nie było, bo komuna stworzyła tę telewizję, więc od razu ją sobie kreowała jak chciała. Obecna władza telewizję przejęła, a wraz z nią cały styl prowadzenia programów, który był ułożony. Jeżeli im się to nie podobało, to mieli prawo to zmieniać, bo wygrali wybory i nie dyskutuję z tym – to był wybór narodu i trzeba się z tym pogodzić. Teraz się uczmy lekcji obywatelskiej. Na czym ona polega? Że trzeba iść w przyszłości na wybory.

Nie boksuję się z wyborem – tak wyszło, nikt niczego nie sfałszował – boksuję się z tym, jak to wygląda. Telewizja jest robiona przez osobę, która nie ma o tym zielonego pojęcia. To jest tak: prowadzę samochód, mam prawo jazdy, ale jak bym wsiadł do TIR-a, to pewnie nie umiałbym ruszyć, a gdyby mi się udało, to najprawdopodobniej zrobiłbym coś bardzo złego. Ten facet wsiadł to telewizji, ruszył tym wielkim pociągiem i moim zdaniem już go dawno wykoleił. Coś mi tu ewidentnie nie gra.

To jest wstyd dla kolegów i koleżanek, którzy pracują w publicznych mediach. Ja z nich zrezygnowałem, choć jasno chcę podkreślić – nikt mi nic w Trójce nie robił, nie ingerował w audycje. Nie mogłem jednak przyjąć do głowy, że przed moją audycją, a więc o 21, jest słowotok, którego ja nie akceptuję. Wcześniej była o tej godzinie audycja literacka, bardzo mądra, która miała swoich odbiorców i nie wyczułem żadnego zapotrzebowania na program patriotyczno-indywidualny.

To nie jest tak, że ja mam jakiegoś świra, ale ileż można słuchać o Żołnierzach Wyklętych. To jest bardzo ważny temat, ale czy aż na 40 audycji? Idąc dalej tą ścieżką dojdą do tego, co poprzednicy – za moment wszystko będziesz odpychał, bo wszystko już będziesz wiedział. Polak ma coś takiego w sobie, że jak ktoś zaczyna coś gloryfikować, to zaraz pojawiają się podejrzenia.

To wszystko jest przesadzone, wynaturzone momentami, nie trzymające się kupy, na końcu nudne, nijakie. Jacek Kurski robi właśnie taką słabą telewizję. Niestety.

Krzysztof Sobczak