Zamknij

Zwłoki górnika godzinami leżały przy wejściu do kopalni. Lekarka odmówiła pomocy

29.10.2020 15:34
Zwłoki górnika
fot. Damian Klamka/East News

Zwłoki górnika, który zasłabł po zakończeniu pracy, leżały przez całą noc przy wejściu do kopalni. Lekarka odmówiła bowiem wydania aktu zgonu z powodu błędnego wpisania w karcie informacyjnej adresu kopalni. Ciało zabrano stamtąd dopiero następnego ranka. Szpital, w którym pracuje lekarka, wyjaśnia już sprawę. 

Do tego bulwersującego zdarzenia doszło w środę późnym wieczorem. Przed godziną 23 katowicka policja otrzymała zgłoszenie, że w pobliżu wejścia do kopalni Mysłowice-Wesoła zasłabł człowiek. Na miejsce wezwano również służby medyczne. Okazało się, że jest to górnik pracujący w zakładzie.

Zwłoki górnika przed kopalnią

Niestety, pomimo przeprowadzonej akcji reanimacyjnej, mężczyzny nie udało się uratować. To nie był jednak koniec gehenny, jaką przeżyli jego bliscy. Przez całą noc nie wystawiono bowiem w jego przypadku aktu zgonu, a to wszystko przez zwykły błąd proceduralny. 

Zobacz także

- Ratownicy medyczny omyłkowo wpisali w karcie informacyjnej, że do czynności doszło w Mysłowicach. Zmyliła ich nazwa kopalni, która formalnie znajduje się na terenie Katowic, ul. Beskidzka - wyjaśniała w rozmowie z "SE" młodsza aspirant Agnieszka Żyłka z Komendy Miejskiej Policji w Katowicach. 

Jak się okazało, pomyłka ta okazała się kluczowa oraz tragiczna w skutkach. W jej następstwie bowiem lekarka, do której zgłosili się ratownicy, odmówiła interwencji medycznej. 

Lekarka odmówiła pomocy. Szpital wyjaśnia sprawę

- W związku z tym lekarka odmówiła przyjazdu na miejsce. Ratownicy wielokrotnie do niej dzwonili, prosili, informowali o pomyłce. Byli tam nawet osobiście, ale lekarka nie dała się przekonać i stwierdziła, że dla niej wiążące jest to, co jest w karcie informacyjnej, więc nie przyjedzie - dodała funkcjonariuszka. 

Zobacz także

W tej sytuacji policjanci musieli przez 10 godzin, aż do godz. 8:30 następnego dnia pilnować zwłok. Wtedy dopiero udało się uzyskać akt zgonu, ale nie od wspomnianej wyżej lekarki, ale od medyka z kopalni (wedle przepisów nie mogli tego zrobić ratownicy).

Dopiero potem ciało zmarłego mogli zabrać pracownicy zakładu pogrzebowego. Jak z kolei dowiedział się "SE", lekarka zatrudniona jest w szpitalu w katowickiej dzielnicy Murcki. Placówka odmówiła jednak szczegółowego komentarza w tej sprawie do czasu jej wyjaśnienia. 

RadioZET.pl/se.pl