Zamknij
Kobieta przy pracy w Stoczni Gdańskiej
Kobieta przy pracy w Stoczni Gdańskiej
fot: Państwowe Archiwum w Gdańsku
KOBIETY W STOCZNI GDAŃSKIEJ

To one trzymały władzę w świecie zdominowanym przez mężczyzn

Sylwia Wamej
Sylwia Wamej Redaktor Radia Zet
20.10.2021 11:53
20.10.2021 11:53

Gdy myślimy o Stoczni Gdańskiej, kojarzą nam się przede wszystkim dwa nazwiska: Lecha Wałęsy i Anny Walentynowicz, zwolnionych za działalność w niezależnych od władzy wolnych związkach zawodowych. Tymczasem w stoczni, o której się mówi „miasto w mieście”, samych kobiet było znacznie więcej. Stanowiły one jedną czwartą załogi. Pracowały na rozmaitych, czasem ciężkich stanowiskach. Jak odnajdywały się w świecie zdominowanych przez mężczyzn i jaką rolę odegrały w sierpniowym strajku 1980 roku?

W czerwcu tego roku wybrałam się na spacer „Stocznia Gdańska szlakami kobiet”, zorganizowany przez gdański Instytut Kultury Miejskiej – Metropolitanka. Uczestnicy tego wydarzenia mogli razem z przewodniczką odwiedzić poszczególne miejsca znajdujące się na stoczni, m.in. zajrzeć do Sali BHP oraz niektórych legendarnych hal. Osoby biorące w tym spacerze mogły się dowiedzieć coś więcej o kobietach, które przed laty pracowały w tym legendarnym miejscu, nazywanym „miasto w mieście”. O Stoczni Gdańskiej mówiło się tak ze względu na obszerny teren, na którym zlokalizowany był nie tylko zakład pracy. Mieścił się tam m.in. szpital, przychodnia, stołówka, żłobek, a nawet dom kultury.

Na początku spaceru zaintrygowało mnie zdanie wypowiedziane przez przewodniczkę Metropolitanki – Agnieszkę Chylińską, która podkreśliła, iż w stoczni pracowała pewna grupa pań, o której mówi się, że trzymały władzę. O rozwinięcie tego wątku poprosiłam Annę Miler, która również pracuje w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej – Metropolitanka.

„Przychodzili potulnie jak baranki”

- W kontekście pań trzymających władzę od razu przychodzą mi na myśl kobiety, które pracowały w administracji stoczniowej. O nich zawsze mówiono, że miały taką nieformalną władzę. Nie pracowały co prawda na stanowiskach dyrektorskich, jednak to właśnie one decydowały o przydziale miejsc na kolonie czy deputatach węgla zimę. Te kobiety rzeczywiście miały wpływ na wiele ważnych spraw. Panowie przychodzili do ich biur potulnie jak baranki, mimo że na statkach byli zupełnie inni, posługiwali się bardzo surowym językiem i sporo przeklinali. Jednak dla pań pracujących w administracji zawsze byli uprzejmi. Wiedzieli, że bardzo dużo zależy od tego, co te kobiety im zaoferują - opowiada mi Anna Miler.

W kontekście pań trzymających władzę od razu przychodzą mi na myśl kobiety, które pracowały w administracji stoczniowej

Jak się okazuje, również sekretarki miały nieformalną władzę. Były tzw. „buforami” między dyrektorem, a osobami pracującymi w stoczni. - Dzięki temu, że ktoś znał dobrze sekretarkę, był jej koleżanką czy kolegą, udało się tej osobie załatwić coś więcej, na przykład u dyrektora. Sekretarki miały poczucie większej wartości i ważności, mimo że zarabiały relatywnie niedużo - opowiada Miler.

Warto podkreślić, że stawki dla sekretarek zostały z czasem podniesione. Miały wysokie kompetencje i znały języki obce. W biurach kobiety zarabiały na dzisiejsze pieniądze 1800 złotych, natomiast izolatorki za swoją pracę otrzymywały nawet pięć tysięcy złotych, przeliczając na dzisiejsze stawki. Choć płaca była wyższa, wiązała się niestety z narażaniem swojego zdrowia. Izolatorki obsługiwały ciężkie maszyny, pracowały też z azbestem. Jedną z izolatorek w Stoczni Gdańskiej była pani Urszula Ściubeł, która przepracowała na tym stanowisku 18 lat. -Ta praca była bardzo szkodliwa, bo azbest, ale wtedy się o tym nie mówiło, nikt na to nie wpadł. W pewnym momencie o tym azbeście dosyć głośno się zrobiło. Zrobiono nam badanie zdjęcia płuc. Prawie wszystkie panie miały w płucach próbkę azbestu - opowiada pani Urszula Ściubeł w filmie dokumentalnym „Urszula Ściubeł. Stocznia Gdańska” Kamili Chomicz.

Urszula Sciubel (w środku) podczas otwarcia wystawy poświęconej Annie Walentynowicz w 2019 r.
fot. KAROLINA MISZTAL/REPORTER/East News

Wróćmy jednak do zarobków. Kobiety pracujące w tzw. pomocniczych zawodach, takich jak kucharki, pomocnice ogrodnika czy nitera, zarabiały niewiele. Mogły jednak podnosić swoje kwalifikacje i brać udział w dodatkowych kursach. Wtedy ich zarobki rosły. A czy była różnica w zarobkach między kobietami a mężczyznami z tymi samymi kwalifikacjami? - Raczej nie, oni byli szeregowani według takich grup, jak staż pracy, odpowiednie kwalifikacje. Na pewno praca w stoczni dawała więcej możliwości, bo były przydziały na przykład rajstop, czy ubranek dla dzieci - wyjaśnia Miler.

Wiele kobiet wybierało cięższe zajęcia

Wiele z pań wybierało cięższe zajęcie w stoczni właśnie po to, aby móc więcej zarabiać. Na przykład zamiast pracy w magazynie wolały być izolatorkami. Z kolei kobiety, które sprzątały stocznię oraz statki, miały możliwość wzięcia udziału w dodatkowych kursach, przyuczających do zawodu – m.in. elektryczki. - Mogły poprawić swoje kwalifikacje oraz miejsce w hierarchii. Wiele z nich z tego skorzystało i pracowały jako elektryczki: podłączały instalacje elektryczne na statkach. Miały większe zarobki i większe kwalifikacje - wyjaśnia Anna Miler.

Pisząc o kobiecych stanowiskach pracy w stoczni nie można pominąć suwnicowych. Panie zajmowały się obsługą suwnicy, czyli specjalnym dźwigu umieszczonym w hali. Suwnica przeznaczona jest do przemieszczania materiałów w pionie i poziomie w przestrzeni ograniczonej długością toru jazdy, wysokością podnoszenia i opuszczania oraz szerokością mostu. Warto podkreślić, że suwnicową była legendarna Anna Walentynowicz, która na początku pracy zajmowała się spawaniem, natomiast z czasem przekwalifikowała się na suwnicową. Praca na tej maszynie wymagała ogromnej uwagi, skupienia a także braku lęku wysokości.

Kobiety z innymi pracownikami Stoczni Gdańskiej
fot. Państwowe Archiwum w Gdańsku

Zresztą pracownice fizyczne często wykonywały przeróżne zawody: były m.in. niterkami. To praca polegająca na łączeniu ze sobą elementów konstrukcji, osprzętu, części maszyn i innych elementów za pomocą nitów. Panie pracowały też jako rdzeniarki oraz uszczelniaczki: uszczelniały pokład statku. Warto dodać, że dużo kobiet kończyło kursy ślusarskie lub szkołę zawodową na kierunku ślusarskim.

Za duże ubrania wypychały słomą

Robotnice często nosiły za duże kombinezony, spodnie, koszule oraz buty. Aby chociaż trochę poprawić komfort pracy, wypychały je słomą oraz gazetami, a na nogi zakładały onuce, czyli kawałek tkaniny lnianej lub bawełnianej flaneli używany zamiast skarpet. Niestety, jakość środków ochronnych, w postaci masek czy rękawic również nie była zadowalająca. Jak wspominała pani Urszula Ściubeł – izolatorka, maski założone na twarz nie przepuszczały powietrza i oddychanie było mocno utrudnione. Z kolei ich ściągnięcie powodowało ryzyko przedostania się do organizmu niebezpiecznych substancji.

Aby chociaż trochę poprawić komfort pracy, wypychały je słomą oraz gazetami, a na nogi zakładały onuce, czyli kawałek tkaniny lnianej lub bawełnianej flaneli używany zamiast skarpet

W Stoczni Gdańskiej zatrudnienie znalazły również absolwentki technikum. Pracowały jako traserki, czyli wykreślały w skali 1:1 szablon statku. Jedną z traserek była pani Halina Lewna. - Kreśli się statki w skali 1:1. Trzeba zaznaczyć, że jest to praca na kolanach, na takim grubym filcu. Najpierw kreśliło się w ołówku, według rzędnych, które przyszły z biura projektowego, później w nitrze- wspomina swoją pracę pani Halina w filmie dokumentalnym Kamili Chomicz. Zdaniem Lewnej do tej pracy przede wszystkim potrzebna była cierpliwość, dobry wzrok, wytrzymałe kolana oraz silne ręce.

Po technikum pracowały też kobiety, które zajmowały się kontrolą technologiczną. Swoje miejsce w Stoczni Gdańskiej znalazły również panie po studiach wyższych, najczęściej absolwentki politechniki. Były odpowiedzialne za projektowanie statków, układów chłodniczych oraz montaż silników. Zatrudnienie w legendarnym zakładzie pracy znalazły też informatyczki z wykształceniem matematycznym. - Gdy stocznia zaczęła wprowadzać komputery, to właśnie kobiety były pierwszymi osobami, które zaczęły je obsługiwać, m.in. przy analizie danych czy księgowości. Zresztą księgowość była również zdominowana przez kobiety - zdradza Anna Miler. Pisząc o kobietach pracujących w Stoczni Gdańskiej nie mogę pominąć nazwiska Zofii Mausolf. To właśnie ona piastowała najwyższe stanowisko wśród pań. Była kierowniczką działu zbytu i odpowiadała za sprzedaż statków, negocjowanie kontraktów w wielu krajach na świecie i ich późniejszą realizację.

„Kobiety były traktowane z powagą”

Gdy pytam Anny Miler, jakie zawody wykonywane wśród kobiet w stoczni zdobywały uznanie mężczyzn odpowiada: - W stoczni był bardzo wysoki etos inżynierski, więc kobiety inżynierki były traktowane z powagą. Zresztą ten respekt trzeba było sobie zdobyć fachowością. Warto przytoczyć w tym kontekście nazwisko Jadwigi Kuczyńskiej, która zajmowała się malowaniem statków. Po latach wiele osób mówiło o niej z szacunkiem, gdyż była ekspertką w swoim fachu- podkreśla Miler.

W związku z tym kobiety wśród facetów zdobywały szacunek przede wszystkim fachową wiedzą. Niektórzy z nich byli zaskoczeni, że panie pracujące w stoczni mają tak dużą wiedzę i tyle rzeczy potrafią zrealizować. - Myślę, że wiele z nich nie miało możliwości, żeby zbudować karierę w stoczni. Gdy rodziły dzieci, to na jakiś czas ją opuszczały. Jeśli wracały po urlopie macierzyńskim, trafiały zazwyczaj na inne stanowisko, trochę z mniejszą odpowiedzialnością. Zresztą one wolały wtedy bardziej skupić się na rodzinie - wyjaśnia Anna Miler.

Kobiety przy pracy w stoczni
fot. Państwowe Archiwum w Gdańsku

Uznanie mężczyzn zdobywały również matki chrzestne statków. Warto jednak podkreślić, że nie były to pracownice stoczni, lecz żony traserów, kapitanów, armatorów, dyrektorów oraz małżonki ministrów. Matkami chrzestnymi statków były też aktorki, poetki czy Miss Polonie. - Były to kobiety, które chrzciły statki, czyli nadawały im imiona oraz zapewniały statkom pomyślność. Jeśli jakiś statek miał być wodowany, czyli miał spłynąć na wodę, trzeba mu było nadać imię - mówi Miler.

Rola matki chrzestnej statku polega na rozbiciu butelki szampana o burtę statku i wypowiedzeniu słów: „Płyń po morzach i oceanach głoś chwałę polskiej bandery, sław imię polskiego marynarza. Nadaję ci imię...". Przesąd głosi, że jeśli matka chrzestna pomyli się przy wygłaszaniu tej formuły albo nie rozbije butelki za pierwszym zamachem, to statek będzie miał pecha. Nic więc dziwnego, iż matki chrzestne były bardzo mocno zestresowane swoją funkcją.

- Marynarze powinni wiedzieć, że oprócz ich bliskich, ktoś o nich myśli i pamięta. Że docenia ich trud. Że widzi niebezpieczeństwa, jakie bezustannie na nich czekają, morze jest przecież nieprzewidywalne.(...) Matka chrzestna jest statkowi potrzebna w taki sposób, jak każdemu z nasz nasza mama- mówiła dr Elżbieta Marszałek, przewodnicząca Klubu Matek Chrzestnych Statków Polskiej Żeglugi Morskiej, w rozmowie z serwisem Trójmiasto.pl.

Gwałt w kadłubie statku

Pracując w stoczni, która była zdominowana przez mężczyzn, kobiety musiały umieć się im postawić. Panowie często robili im kawały, sprawdzali je lub czasem celowo podważali ich pozycję. Niestety, panie nie zawsze potrafiły był twarde, zwłaszcza, jeśli w grę wchodziły męskie zaczepki, molestowanie seksualne, a nawet gwałt. W rozmowach czy artykułach sprzed lat krąży historia o gwałcie w Stoczni Gdańskiej. Przypomina ją ponownie Anna Miler.

- Jedna z pracownic miała zostać zgwałcona w kadłubie statku. Później zaszła w ciążę, a stocznia płaciła alimenty na dziecko. Tę historię kilka osób powtarzało w takim tonie, że to na pewno nie jest prawda. Z kolei niektórzy przywoływali ją jako ostrzeżenie dla kobiet, które powinny uważać, wybierając się gdzieś same, czy chodząc w niebezpieczne miejsca. Więc gdzieś tam ta historia żyła w stoczni, była znana w tamtym środowisku. Kobiety podobno proszono, aby chodziły po zakładzie pracy parami i w ten sposób dbały o swoje bezpieczeństwo. Na panie zrzucono odpowiedzialność – tłumaczy Miler.

Jedna z pracownic miała zostać zgwałcona w kadłubie statku. Później zaszła w ciążę, a stocznia płaciła alimenty na dziecko

Pracownica Instytutu Metropolitanka dodaje również, że w rozmaitych utworach literackich dotyczących stoczni, damsko-męskie sytuacje przedstawione są nieco inaczej, bardziej niewinnie, jako delikatny flirt. - Jestem przekonana, że było mnóstwo takich sytuacji, że panowie zostawiali paniom romantyczne karteczki na suwnicy. Sądzę też, że były sytuacje bardziej niebezpieczne. Panowie podobno podglądali panie w szatni, gdy te przebierały się. Było również zdarzenie, gdzie jeden z mężczyzn zakradł się do damskiej toalety i tam przed kobietami obnażył się. Warto też dodać, że w czasie trwania budowy kadłuba, który by ciasnym i gorącym pomieszczeniem, mogło dochodzić do nadużyć. A przecież w tamtych czasach kobiety nie znały takich terminów jak molestowanie czy napastowanie seksualne - zwraca uwagę Anna Miler.

Mimo wszystko stoczniowe kobiety wspierały się jak tylko mogły, choć oczywiście między nimi często była zarówno rywalizacja, jak i przyjaźń. Wymieniały się ubrankami dla dzieci czy przepisami. Jednak w ich relacjach często była również zazdrość o to, która jest szczuplejsza czy ładniejsza. Niektórym z pań lepiej pracowało się z mężczyznami, bo jak mówiły, kobiety plotkują i są zawistne, a mężczyźni są konkretni. - W środowiskach morskich do dzisiaj tak jest, że jeśli kobieta nie dostosuje się i nie chce działać wobec tych reguł które są ustanowione; język czy sposób zachowania, to jest trochę odrzucana. Inne panie nie chcą z nią pracować. Wolą trzymać sztamę z facetami, którzy mają pozycję i władzę - mówi Miler.

Często, chociażby w wywiadach byli pracownicy stoczni podkreślają, że to środowisko było dla nich jak rodzina. Nawiązywano głębokie relacje, zawierały się małżeństwa. Zresztą zarówno kobiety jak i mężczyzn łączyła wspólna praca. W końcu musieli coś razem zrobić, żeby się udało i to w dosłownym sensie, bo przecież współpracowali ze sobą w taki sposób, aby powstał statek.

Aktywnie uczestniczyły w strajku

Skoro mowa o współpracy, nie można pominąć również sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej, który miał miejsce 14 sierpnia 1980 roku. Wybuchł on w obronie Anny Walentynowicz, suwnicowej zwolnionej z pracy za działalność opozycyjną. Zaplanował go i przygotował Bogdan Borusewicz, a rozpoczęli związani z WZZ robotnicy: Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński. Wkrótce, w stoczni pojawił się też Lech Wałęsa, zwolniony z pracy w 1976 r. Stanął na czele strajku.

Wiele kobiet strajk zastał w pracy, a część z nich poszła do domów, bądź też została odesłana. Jednak sporo pań zostało w stoczni, by uczestniczyć w tym jakże ważnym wydarzeniu. Oczywiście główną kobiecą postacią była Anna Walentynowicz. 14 sierpnia 1980 roku, gdy wybuchł strajk, Walentynowicz przyjechała do stoczni i uczestniczyła w nim jako jedna z liderek. Pierwsze postulaty strajkujących dotyczyły przywrócenia jej do pracy oraz podwyżek pensji.

Gdy 16 sierpnia dyrekcja zgodziła się spełnić żądania, strajkujący zaczęli opuszczać stocznię. Walentynowicz wzywała do pozostania na terenie, zatrzymywała też pracowników i pracownice. Wśród kobiet aktywnie działających na rzecz strajku nie można pominąć Aliny Pieńkowskiej, która pracowała przy stoczniowej przychodni. W sierpniu 1980 roku przewodziła komitetowi strajkowemu w przychodni, natomiast później została członkinią Międzynarodowego Komitetu Strajkowego. 14 sierpnia tego samego roku to właśnie Pieńkowska przekazała informację o strajku i żądania strajkujących do Jacka Kuronia, a ten dalej do Radia Wolna Europa. Z kolei dwa dni później, 16 sierpnia zatrzymywała wychodzących ze Stoczni. To właśnie dzięki niej oraz zamknięciu bram część pracowników pozostała w zakładzie i strajk był kontynuowany.

W sierpniowe wydarzenia zaangażowała była również Maryla Płońska, działaczka Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Wówczas kończyła technikum i szykowała się do studiów na Politechnice. Razem z Bogdanem Borusewiczem, Joanną i Andrzejem Gwiazdami, Janem Karandziejem, Aliną Pienkowską oraz Lechem Wałęsą, była współautorką odezwy, która wzywała stoczniowców do stanięcia w obronie Anny Walentynowicz. Uczestniczyła też m.in. jako sekretarz w sformułowaniu 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego.

fot. ROBERT KWIATEK / POLSKA PRESS/Polska Press/East News

Warto też wspomnieć o Ewie Ossowskiej, która pracowała w kiosku na Stogach. Kobieta rozpoczęła nieformalną współpracę z mieszkającym po sąsiedzku Lechem Wałęsą – rozwoziła w dziecięcym wózku wydawnictwa z drugiego obiegu, natomiast kiosk był punktem kontaktowym. Gdy dowiedziała się od Danuty Wałęsy o strajku, przyjechała do Stoczni, włączając się w prace organizacyjne. Organizowała m.in. jedzenie dla uczestników strajku oraz pilnowała wejść do zakładu.

Przełomowa rola kobiet zaangażowanych w strajk to 16 sierpnia, gdy rebelia zakończyła się, a dyrekcja stoczni zgodziła się zrealizować wszystkie postulaty stoczniowców. - To była sobota i każdy chciał iść do domu, ale wtedy dotarły do stoczni delegacje innych zakładów ze swoimi żądaniami i poczuły się zdradzone. Ich przedstawiciele krzyczeli, iż jako małe zakłady nie mają takiej siły przebicia. Więc jeśli nie zrobią czegoś wspólnie, nie da się ich uratować - mówi Anna Miler.

Zapadła więc decyzja, aby kontynuować ten strajk jako solidarnościowy, jednak pojawił się pewien problem. Stoczniowy radiowęzeł podał informację o tym, że strajk już się skończył i w żaden sposób nie można było zmienić komunikatu. Bramy stoczni były otwarte, a ci, którzy uczestniczyli w strajku, myśleli, ze to jego koniec, więc poszli do domu.

To była sobota i każdy chciał iść do domu, ale wtedy dotarły do stoczni delegacje innych zakładów ze swoimi żądaniami i poczuły się zdradzone

Wtedy to właśnie kobiety pobiegły na trzy stoczniowe bramy, aby zatrzymywać ludzi. Alina Pieńkowska zajęła bramę numer 3, Anna Walentynowicz i Henryka Krzywonos bramę numer 2, z kolei Ewa Ossowska, okupowała bramę numer 1. Maryla Płońska jeździła razem z Andrzejem i Joanną Gwiazdami i odwiedzała inne zakłady informując, że strajk jest kontynuowany.

Nawoływały do pozostania w stoczni

- Być może ktoś inny zatrzymałby tych strajkujących, ale zrobiły to właśnie kobiety. Alina Pieńkowska opowiadała, że najbardziej stresującym momentem podczas strajku było stanie na bramach i nawoływanie ludzi do pozostania w stoczni i kontynuowania strajku. Ona nie była wtedy znaną działaczką. Była też drobną kobietą, więc, jeśli chciała, aby inni ją usłyszeli, musiała wejść na beczkę, aby być nad głowami ludzi - opowiada Anna Miler.

Nie tylko Walentynowicz, Ossowska, Płońska czy Janowska kojarzą się ze Strajkiem. Były również inne kobiety, w różnym stopniu zaangażowane w strajkowe działania. Dziennikarka Ewa Milewicz przyjechała do stoczniowców, aby brać udział w redagowaniu biuletynu strajkowego, a jedną z jego redaktorek była Bernadetta Stankiewicz. Z kolei Bożena Rybicka i Magdalena Modzelewska organizowały modlitwy pod bramą numer 2. Wtedy religijność i wsparcie duchowe były bardzo silnie obecne na strajku. Natomiast Jadwiga Staniszkis negocjowała ze stroną rządową. Po zawarciu porozumień sierpniowych i utworzeniu NSZZ „Solidarność” doradzała związkowcom.

Kobiety biorące udział w strajku wychodziły na noc ze stoczni ze względu na ich bezpieczeństwo. Zresztą panowało takie przekonanie, że to właśnie panie powinny doglądać rodzin, podczas gdy panowie aktywnie uczestniczą w strajku. Dlatego poza maszynistkami, wszystkie kobiety wychodziły późnym wieczorem ze stoczni. Z kolei rano wracały tam, niosąc zakupy dla swoich mężów czy ojców. - W tamtych czasach kobiety najczęściej chodziły do swoich domów pieszo, lub ktoś je podwoził samochodem. Gdy trwał strajk, to była kolejna rola kobiet, takich „zaopatrywaczek”, dbających o to, aby mógł on być dalej kontynuowany, nawet jeśli kobiety nie były cały czas obecne w stoczni. To jest bardzo niedoceniana rola. Zresztą w czasie strajku kobiety często sprowadzane były do często pomocniczych ról. Jedna z nich, która była informatyczką, mówiła, że bardzo chciała być aktywnie zaangażowania w działania strajku, na przykład związane z negocjacjami czy polityką, lecz przypadła jej rola parzenia herbaty. Tymczasem jej koledzy siedzieli pod bramą i debatowali. To przekonanie, kto i co ma robić w czasie strajku, było bardzo silne. Oczywiście było kilka działaczek z dużym doświadczeniem. Ossowska, Pieńkowska czy Walentynowicz były naturalnymi liderkami, jednak to były nieliczne przypadki. Ale pamiętajmy, ze organizacyjnie, w sensie takich codziennych aktywności, to kobiety dźwigały na swoich barkach strajk- podsumowuje Miler.

Najbardziej stresującym momentem podczas strajku było stanie na bramach i nawoływanie ludzi do pozostania w stoczni i kontynuowania strajku

Sierpniowy strajk zakończył się czterema porozumieniami a zawarte przez rząd PRL z komitetami strajkowymi powstałymi w 1980. Narodził się wówczas trwający 15 miesięcy okres względnej wolności w komunistycznym państwie. Powstał wtedy ruch robotniczy i społeczny, który wkrótce przeistoczył się w 10-milionowy NSZZ Solidarność. Okres wolności został jednak stłumiony przez stan wojenny w latach 1981-1983. Jednak to właśnie sierpień 1980 był impulsem do przemian systemowych, które ostatecznie doprowadziły do upadku PRL i innych krajów demokracji ludowej z bloku wschodniego, odzyskania suwerenności przez Polskę oraz powstania III Rzeczpospolitej.

Lech Wałęsa z sympatykami podczas strajku w 1980 r.
fot. Nationaal Archief/Wikimedia Commons/PD

Pisząc o kobietach w Stoczni Gdańskiej nie mogę pominąć również ich działalności w instytucjach kulturalnych, działających przy stoczni. Zakładowy dom kultury funkcjonował przy bramie numer 1, a kobiety w nim pracujące często były instruktorkami czy organizatorkami wielu wydarzeń kulturalnych. W domu kultury działało m.in. koło amatorów malarzy i malarek oraz zespoły pieśni i tańca, w których występowały pracownice i pracownicy stoczni.

Dom kultury funkcjonował do 1973 roku i toczyło się tam życie zespołowe i animacyjne. Było też kino oraz sala teatralna. Najbardziej znaną stoczniową animatorką była Wiesława Kwiatkowska, która pracowała w domu kultury, a potem w dziale analiz stoczniowych. Uczestniczyła też w ogólnomiejskich dyskusjach o kulturze i organizowała wystawy. Trzeba jednak podkreślić, że w tamtym czasie kobiety rzadziej korzystały z kultury, niż mężczyźni. Często po pracy odbierały dzieci z przedszkoli, czy żłobka i zajmowały się domowymi obowiązkami.

Po latach wciąż wiele byłych pracowników czy pracownic wspomina pracę w stoczni z olbrzymią nostalgią. Nic dziwnego, w końcu to właśnie tam nawiązywały się przyjaźnie, małżeństwa, których dzieci niemal wychowały się w Stoczni Gdańskiej. - Fajnie było. Ja w ogóle lata Stoczni wspominam i żałuję, że to się w ogóle rozleciało, bo jednak przepracowałam tam swoje 26 lat, to jest wszystko, cała praca moja w Stoczni. I jak zaczęli rozbierać mi te Stocznię, to żal i nieraz aż się płakać chciało. Jak przyszłam do pracy, pracowało siedemnaście tysięcy. Za każdym razem, po każdym jakimś tam wybiegu, jak nas zwalniali i skracali, no to człowiek jednak się czuł, jakby kawałek nas ucinało. Ucinali paluszek po paluszku - przytacza  Instytut kultury Metropolitanka słowa pracownicy stoczni Zofii Ferenc.

Co dziś robią stoczniowe kobiety?

Przepracowały wiele lat w stoczni, która była ich drugim domem. A co dziś robią? Urszula Ściubeł, która przed laty pracowała na suwnicy, w filmie dokumentalnym Kamili Chomicz „Urszula Ściubeł. Stocznia Gdańska” nie ukrywa, że jest społecznicą. - Przecież muszę interesować się tym, co się wokół mnie dzieje- mówi. Pani Urszula nie ukrywa, że walczy o prawa kobiet, m.in. chodząc na strajki kobiet. Z kolei Ewa Ossowska, która 16 sierpnia zamykała strajkową bramę, wyemigrowała w latach 90. do Włoch. W 2014 roku miała wrócić do Trójmiasta. Ewa Ossowska jest również współbohaterką filmu „Solidarność według kobiet” Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego oraz „Kobiety Solidarości” Marty Dzido”. Warto podkreślić, że Ossowska wskazywana jest jako przykład przez wiele lat marginalizowanej i umniejszanej roli kobiet, zarówno w wydarzeniach sierpniowych oraz całego ruchu Solidarności.

Joanna Duda-Gwiazda
fot. WOJCIECH STROZYK/REPORTER/East News

Joanna Duda-Gwiazda, współautorka 21 postulatów, po powstaniu "Solidarności" zasiadała w Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej i była jego rzecznikiem prasowym. W latach 1980–1981 była członkinią gdańskiego Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność”. Z kolei w lutym 2007 roku razem z mężem zaangażowała się w obronę Doliny Rospudy przed jej zniszczeniem w wyniku budowy obwodnicy Augustowa. Razem z mężem Andrzejem Gwiazdą jest bohaterką wywiadu-rzeki „Gwiazdozbiór w Solidarności”. Oczywiście nie można pominąć takich nazwisk jak Walentynowicz, Płońskiej czy Pieńkowskiej, które aktywnie działały podczas strajku 1980 i pośmiertnie zostały odznaczone za swoje zasługi.

Sylwia Wamej
Sylwia Wamej

Studiowała w Lublinie, m.in. na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej. Po godzinach chodzi na koncerty i czyta, zwłaszcza reportaże. Gdy nie pracuje, włóczy się po mieście i próbuje swoich sił w fotografii ulicznej. Od prawie dwóch lat wkręcona w naukę improwizacji teatralnej. Kontakt: sylwia.wamej@radiozet.pl.