Zamknij
zamieszki na granicy
5 Zobacz galerię
fot. BelTA/Associated Press/East News

Sytuacja na polsko-białoruskiej granicy zaostrzyła się we wtorek rano. - Ponad dwie godziny trwały działania polskich służb wobec agresywnych osób na przejściu granicznym z Białorusią - poinformował rzecznik podlaskiej policji Tomasz Krupa. Do uspokojenia napastników użyto m.in. armatek wodnych. W zamieszkach rannych zostało 9 policjantów, dwie osoby ze Straży Granicznej oraz polski żołnierz.

Zamieszki na granicy polsko-białoruskiej wybuchły we wtorek rano. - Atak zaczął się po prawej stronie przejścia granicznego (patrząc z polskiej strony granicy). - Tam policjanci zostali zaatakowani kamieniami i granatami hukowymi - poinformował rzecznik podlaskiej policji Tomasz Krupa. Policja używała wobec agresywnych osób armatek wodnych. Rzecznik KGP Mariusz Ciarka poinformował, że atakujący byli wyposażeni przez służby białoruskie w granaty hukowe, granaty z gazem oraz kamienie, które rzucali w kierunku polskiej policji, a cała akcja była sterowana przez służby białoruskie z użyciem drona.

Zamieszki na granicy polsko-białoruskiej. Ranni: żołnierz, policjanci i strażniczka

Policja informowała wcześniej na Twitterze, że w starciach na polsko-białoruskiej granicy "dość poważnie ranny" został jeden z funkcjonariuszy. "Udzielana jest mu pomoc, karetka przewozi go do szpitala" - przekazano. Mariusz Ciarka zaznaczył, że ranny policjant - z oddziału prewencji w Warszawie - ma pęknięcie kości czaszki. Trafił do szpitala w Sokółce. Kilka godzin później Polska Policja przekazała, że rannych zostało 9 funkcjonariuszy.

Podczas zamieszek ucierpiała także jedna z funkcjonariuszek Straży Granicznej z placówki w Kuźnicy. Jak podała SG, uderzył ją jeden z kamieni. Strażniczka została przewieziona na szpitalny oddział ratunkowy. Ostatecznie poinformowano, że ranne zostały dwie osoby ze Straży Granicznej.

W starciach na granicy poszkodowany został także żołnierz. Ministerstwo Obrony Narodowej podało na Twitterze, że "został uderzony kamieniem w twarz podczas dzisiejszego ataku migrantów". "Została mu udzielona pomoc medyczna. Jego życiu i zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo" – czytamy.

"Uchodźcy raczej granatów ze sobą nie przywieźli"

Rzecznik podlaskiej policji Tomasz Krupa, powołując się na przekazy live w mediach, pochodzące z białoruskiej strony granicy, zwracał uwagę, że niektórzy migranci do miotania granatów czy kamieni używały pewnego rodzaju proc, by zwiększyć zasięg. Ręcznie nie były bowiem w stanie dorzucić niebezpiecznych przedmiotów na stronę polską.

- Uchodźcy raczej granatów ze sobą nie przywieźli. Poza tym ci najbardziej agresywni byli zamaskowani, byli w kominiarkach, kapturach, w miarę jednolicie byli ubrani, oczywiście w stroje cywilne - mówił rzecznik. Dodał, że potem agresywne zachowania przeniosły się na platformę drogowego przejścia granicznego. Krupa przypomniał, że gdy w miniony poniedziałek przeszło tam z pobliskiego koczowiska co najmniej kilkaset osób, w pierwszej linii przed zasiekami, znalazły się kobiety z dziećmi. - One bardzo szybko zostały wycofane stamtąd i tam dziś pojawił się ten agresywny tłum. Z nieba leciał naprawdę grad kamieni - relacjonował.

Dodał, że obecnie jest w tym miejscu już spokojnie. - Jest cisza, z nieba nie lecą kamienie, my użyliśmy armatek wodnych. W pewnym momencie napastnicy zaprzestali ataków [...], leciały, leciały kamienie, a potem był stop - mówił. Ocenił, że atak trwał w sumie ponad dwie godziny. - Widzieliśmy, że tym agresorom cały czas donoszono w workach kamienie, więc to ktoś zorganizował, worki z kamieniami były przygotowane - dodał. Przyznał, że część osób nie miała zasłoniętych twarzy i było widać, kim są, ale najbardziej aktywne i agresywne były osoby zamaskowane. - To było od początku do końca przygotowane - podkreślił.

RadioZET.pl/PAP/Twitter

C