Zamknij

Lex Czarnek w praktyce. "Szkoła będzie nudna jak flaki z olejem"

09.08.2021 11:55
Przemysław Czarnek, minister edukacji i nauki
fot. Jakub Kaminski/East News

- Szkoły mają być takie same. Czym mogą się różnić? Tylko kolorami ścian. Nauczyciele staną przed ogromnym problemem, bo młodzież będzie uciekać, a my będziemy ją gonić. Uczniowie co innego będą mówili, co innego czuli, organizm nie będzie tego wytrzymywał i w ciągu najbliższych 10 lat szkole najbardziej będą potrzebni terapeuci i psycholodzy - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Bogusław Olejniczak, dyrektor XI LO w Łodzi.

Aleksandra Pucułek: - Obawia się pan września i powrotu do szkoły?

Bogusław Olejniczak: - Nie, przez okres rządów tej grupy przyzwyczaiłem się do takich nowości co wrzesień. Przykro mi tylko, bo edukacja się cofa. Skoro przy okazji tematu szkoły rozmawiamy głównie o sprawach ideologicznych, to znaczy, że nie ma pomysłu na edukację. Nie ma nowych rozwiązań organizacyjnych.

Ministerstwo Edukacji i Nauki zaproponowało m.in. inny sposób wyboru dyrektorów szkół. W komisji konkursowej oprócz przedstawicieli samorządu, związków zawodowych i rodziców będą przedstawiciele kuratorium, ale zamiast trzech głosów, ci ostatni będą mieli pięć. To jedna z głównych propozycji zmian, które zyskały już nazwę Lex Czarnek. Co taka zmiana oznacza?

- Będziemy wchodzili w iluzję, bo formalnie organem prowadzącym szkołę będą samorządy, ale we wszelkich sprawach organizacyjnych decydować będą kuratoria. Do tej pory przy wyborze dyrektora była równowaga podmiotów wybierających.

Minister Przemysław Czarnek pytany o nowe zasady przekonuje, że dyrektora wybiera komisja konkursowa i kurator wciąż ma mniejszość głosów.

- Jeśli ma więcej głosów niż właściciel szkoły, czyli samorząd, to ma głos decydujący.

Odczuł pan na własnej skórze, co znaczy skład komisji konkursowej. Kiedy po likwidacji gimnazjów, powstawało XI LO, trzykrotnie stawał pan w konkursie na dyrektora liceum. I chociaż nie było innego kandydata, trzykrotnie komisja nie rozstrzygnęła konkursu. Głosowanie było tajne, ale wiadomo było, że miasto głosowało na tak, a kuratorium było przeciw, bo mówił pan głośno reformie edukacji: “nie”.

- Do tego jeden ze związków zawodowych był przywiązany do jednego organu, a drugi do drugiego i wyszły paty.

Według nowych zasad zostałby pan dyrektorem?

- Na pewno nie.

Dlaczego to, kto jest dyrektorem, jest takie ważne? Niektórzy rodzice mówią: jest przecież jedna podstawa programowa dla wszystkich, taki sam system oceniania.

- Dyrektor nadaje ton, ma wizje i koncepcje szkoły. Musi być mediatorem między uczniami, rodzicami, nauczycielami. Kiedy zostałem dyrektorem, w sytuacjach trudnych, kryzysowych, uciekałem. W pewnym momencie przekonałem się, że tylko jedna droga jest dobra: trzeba było wyjść naprzeciw i rozmawiać. Te rozmowy są trudne, bo mogą być związane z dyscypliną pracownika, z brakiem kompetencji, ale źle wróżę szkole, gdzie takich rozmów nie ma. Od dyrektora potrzebne są też pomysły na szkołę. Kiedy kierowałem gimnazjum, długo zastanawiałem się, czy wprowadzić dwujęzyczność, potem okazało się to strzałem w dziesiątkę. To dyrektor przyjmuje też nauczycieli do pracy.

Według mnie przy wyborze dyrektora głos samorządu powinien być decydujący. Czy minister powinien wiedzieć, jak wygląda szkoła w danej miejscowości? Władza jak najniżej wie, co jest potrzebne społeczeństwu. Szkoła powinna być jak najbardziej uspołeczniona.

Bogusław Olejniczak

Bogusław Olejniczak

‧ fot. Krzysztof Szymczak/Polska Press/East News

Załóżmy, że propozycje MEiN wchodzą w życie, nowa komisja powołuje dyrektora i co dalej? Jaki to będzie miało wpływ na szkołę?

- Kryzysowy. Będziemy mieli takich samych dyrektorów, z tymi samymi poglądami.

Czyli o strajku kobiet już nie porozmawiamy, tęczowego piątku nie zorganizujemy?

- Możemy myśleć, że czegoś nie będzie, ale i tak będzie. W latach 70. i 80. Katyń został wykreślony z treści programowych, a kiedy chodziłem do szkoły średniej, to na historii o tym rozmawialiśmy, a uczyła nas nauczycielka, która była sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej. Wiedziała, że nie można pomijać pewnych rzeczy. Tak samo będzie tutaj. Możemy udawać, że coś nie istnieje, ale to jest tylko udawanie. Szkoła, w której udaje się, że czegoś nie ma, jest skazana na porażkę.

Czyli dyskusje o strajkach kobiet, tęczowe piątki, będą, ale...

- W podziemiu.

Wracamy do tajnych kompletów?

- Być może. Pewnie będą się pojawiały też pewne akty wandalizmu, sabotażu, rysowanie na ścianach. Kiedy zaczynałem pracę w szkole, drażniły mnie pomazane szkolne łazienki, a dyrektorka powtarzała: niech pan idzie i poczyta od czasu do czasu, co tam jest napisane, pozna pan młodzież. To mi dużo dało.

Teraz jest podobnie, tylko w trakcie lekcji zdalnych młodzież ustawiała różne znaki w awatarach. I niektórzy dyrektorzy zakazywali im tego.

- To jeden z największych błędów w pedagogice. Okres buntu i przekory istnieje w każdym człowieku, to podstawa psychologii rozwojowej. Uczniom przypominam często słowa Leopolda Staffa: “kto się w młodości nie burzył, ten nigdy nie będzie morzem, chyba miską wody”. Jeśli ktoś myśli, że bunt i przekora nastolatka wynikają z tego, że są niewychowani, to nie zachowuje się jak prawdziwy pedagog. Lubię uczniów przekornych, którzy idą pod prąd, tylko martwe ryby płyną z prądem. Trzeba młodzież zrozumieć i przyjąć z całym jej dobytkiem.

“Wprowadzenie możliwości złożenia przez organ sprawujący nadzór pedagogiczny wniosku (…) o odwołanie dyrektora szkoły w czasie roku szkolnego bez wypowiedzenia. (...) Organ prowadzący szkołę lub placówkę będzie miał 14 dni na odwołanie dyrektora szkoły lub placówki z tego stanowiska.” To kolejna zaproponowana zmiana. Co to oznacza w praktyce?

- Bat na szkołę i dyrektora. W dodatku sytuacje, w której kuratorium, czyli organ nadzoru pedagogicznego, może wnioskować o odwołanie dyrektora, są niedookreślone, to jest niezwykle niebezpieczne.

MEiN pisze m.in. o odwołaniu dyrektora, jeśli nie wykona danych zaleceń. Jakie zalecenia kurator może dawać dyrektorowi?

- Np. żeby zatrudnił nauczyciela z określonymi kompetencjami. Z takimi zaleceniami można jeszcze dyskutować, ale mogą być takie, o których nie porozmawiamy, np. związane z tęczowym piątkiem.

I kolejna propozycja. Dyrektor “będzie miał obowiązek – przed rozpoczęciem zajęć prowadzonych w ramach działalności stowarzyszenia lub organizacji w szkole -  uzyskać pozytywną opinię kuratora oświaty”. Co najmniej dwa miesiące przed zajęciami trzeba będzie też przekazać kuratorowi program zajęć czy materiały, jakie będą wykorzystane na takich lekcjach.

- W gimnazjum zapraszałem rodziców, żeby opowiedzieli o swoich zawodach. Odwiedzali nas lekarze, adwokaci. Na geografię przychodzili tacy, którzy zwiedzali różne kraje, na historię zapraszaliśmy naukowców z Uniwersytetu Łódzkiego. Takie lekcje cieszyły się dużym zainteresowaniem młodzieży i nikt nie pytał, dlaczego to robimy. Zastanawiam się, jak będzie teraz. Czy kurator będzie wiedział, czy dany adwokat to dobry przykład dla moich uczniów i czy mogę go zaprosić? Niedawno opiniowałem krótkie filmy edukacyjne przygotowane przez lekarzy dotyczące bezpiecznych zachowań seksualnych. Czy będę musiał prosić o pozwolenie na wyświetlenie tych materiałów, czy będę musiał przekazać filmik kuratorowi, czy może powstanie specjalna komórka do recenzji i będzie powtórka z kontroli widowisk jak w PRL? Jakie będą kryteria zatwierdzania tych materiałów? Jeśli chciałbym zaprosić znaną profesor medycyny, czy mam kuratorowi przesyłać jej CV, konspekt, o czym będzie mówić? Do czego to doprowadzi? Do tego, że nie będziemy tego robili.

Chociaż oficjalnie zakazu nie ma.

- Tak, a to spowoduje obniżenie jakości edukacji. Szkoła będzie nudna jak flaki z olejem, bo będzie tylko przeładowana podstawa programowa i trzy razy “z”: zakuć, zdać, zapomnieć. A przecież nie zapraszaliśmy kogoś, kto nie miał kompetencji. Młodzież by nas wygwizdała. Nie rozmawialiśmy o tym, o czym nie powinniśmy rozmawiać. To co mnie najbardziej uderzyło w tych projektach, to brak zaufania do ludzi, którzy pracują w szkołach. Tworzona jest aura lęku, zastraszania.

Do tej pory szkoły niepubliczne wydawały się ostoją przed zmianami, jakie wprowadzało ministerstwo. Według nowych propozycji kurator i nad nimi będzie miał większą kontrolę.

- Szkoły publiczne mogły więcej, bo miały większy budżet. Mieliśmy większe możliwości korzystania z materiałów edukacyjnych, wycieczek, zapraszania gości. Teraz, gdy szkoły publiczne będą coraz bardziej jałowe pod tym względem, to rodzice, którzy uważają edukację za kapitał, będą zabierać dzieci do placówek niepublicznych. Stąd ministerstwo spojrzało i na te szkoły.

Ilu uczniów chodziło u pana w liceum na religię?

- Trzy lata temu chodziło 80. proc., teraz kiedy kończyli szkołę, trudno było uzbierać jedną grupę. Władze kościelne same to widzą, ale nie mają wpływu na to, żeby wycofać się z religii w szkołach, albo zmniejszyć liczbę godzin. Dochodzi do takiej sytuacji, że od dwóch lat to ja jestem nakłaniany, żebym występował do nich - bo jest taka możliwość - o obniżenie godzin katechezy. Liczą, że jak będzie godzina religii, a nie dwie, to więcej uczniów się zapisze. Nie zapisze się. Jako taka frekwencja jest tylko w pierwszych klasach.

Bo wtedy jest bierzmowanie.

- I uczniowie są niepełnoletni, w drugiej klasie 18-latkowie nie muszą już pytać o zgodę rodziców na wypisanie się z katechezy i sami o tym decydują.

Według planów MEiN niedługo ma być do wyboru: albo religia, albo etyka, albo to i to. Opcji “nic” ma nie być.

- I będzie hipokryzja. Będziemy udawać, że uczymy religii albo etyki, uczniowie będą udawać, że się uczą. Szkoła nie może być szkołą przymusu, kłamstwo zabija szkołę.

A wychowanie do życia w rodzinie, o które też od lat jest toczony spór, było w liceum?

- Tak, ale frekwencja również była bardzo niska. Jeśli nauczyciel boi się czegoś powiedzieć i przez to unika niektórych tematów, to lekcje są nudne i młodzież nie będzie na nie chodzić.

Za to według zapowiedzi ministra Czarnka za jakiś czas będzie osobny przedmiot historia Polski XX wieku.

- I czego się będziemy uczyć, o powstaniach, o waleczności? Dydaktyka w swojej pojemności ma walory ideologiczne, ale dopóki ideologia będzie przeważała i ciągle będzie mowa o wstawaniu z kolan i o tym, jakim wielkim narodem jesteśmy, to szkoła nie ma szans. Ideologia zgubi dydaktykę, zgubi szkołę. Młodzież nie da się w to wkręcić, nie łyknie tego, bo to będą zwyczajnie nudne lekcje.

Przepracowałem w szkole 40 lat i widzę, że wraca stare, choćby w zakresie ramowego programu nauczania. Ramówka dla trzyletniego liceum dawała dużo możliwości realizacji pomysłów nauczycieli, w programie czteroletniego liceum wszystko jest na sztywno. Wracamy do lat 80. Szkoły mają być takie same. Czym mogą się różnić? Kolorami ścian. A przecież mamy różną młodzież. Nauczyciele, którzy zostają w zawodzie, staną przed ogromnym problemem, bo młodzież nie znosi fasady, oszustwa i będzie uciekać, a my będziemy ją gonić. Uczniowie co innego będą mówili, co innego czuli, organizm nie będzie tego wytrzymywał i to co najbardziej potrzebne będzie szkole przez najbliższe 10 lat, to terapeuci i psycholodzy.

Młodzież rzeczywiście nie da się w to wkręcić, jeśli z każdej strony będzie dostawała takie same komunikaty?

- Dlatego młodym ludziom jest potrzebna umiejętność krytycznego myślenia i oceniania.

Tylko szkoła nie będzie tego uczyć, bo wygodniej jest sterować ludźmi, którzy nie potrafią weryfikować źródeł informacji i przyjmują, co im ktoś da.

- Szkoła w ogóle nie będzie miała czasu tego uczyć, bo ciągle będziemy rozmawiać o pantofelkach i gonić z przeładowanym programem nauczania.

To wizja dosyć przerażająca.

- Po likwidacji gimnazjów już nic mnie nie zdziwi i nic mnie nie przerazi. Zlikwidowano szkoły, które miały szansę na to, żeby stały się jednym z najlepszych typów szkół w systemie i społeczeństwo na to pozwoliło. Zamiast szkoły nowoczesnej, odpowiadającej na warunki życia społecznego, będziemy tworzyć zakłady lęku.

Sądzi pan, że zapowiadane zmiany wejdą w życie?

- Myślę, że tak, ta władza skutecznie radzi sobie z nami, jest skuteczna w swoich działaniach. Ale mnie zostały dwa lata do emerytury.

RadioZET.pl