Zamknij
Marianna Schreiber o występie w Top Model: Mąż nadal się z tym nie pogodził
Marianna Schreiber wzięła udział w Top Model wbrew woli męża
fot: marysieschreiber/Instagram
ŻONA MINISTRA Z PiS

Marianna Schreiber o występie w Top Model: Mąż nadal się z tym nie pogodził

Emilia Waszczuk
Emilia Waszczuk Redaktor Radia Zet
29.09.2021 19:17

Niepokorna żona PiS - Marianna Schreiber - zagrała na nosie męża-ministra i wzięła udział w show TVN "Top Model". Choć w programie nie zabawiła długo, przyciągnęła wzrok i kontynuuje przygodę z modelingiem. Dziś otwarcie mówi o takich kwestiach jak prawo do aborcji, niedofinansowanie nauczycieli, edukacja seksualna czy wsparcie dla społeczności LGBT+. Jednocześnie szczerze przyznaje: kryzys w małżeństwie nie został zażegnany.

Pięć minut, a dokładniej dwa odcinki dziesiątej edycji "Top Model" TVN wystarczyły, by Polacy dowiedzieli się o Mariannie Schreiber i zapamiętali jej nazwisko. Wszystko przez męża - polityka, ministra w rządzie PiS, który nic nie wiedział o jej udziale w programie. Dziś Marianna Schreiber wyznaje szczerze: to, że próbuję spełniać marzenia, mężowi się nie podoba i wywołało w naszej relacji ogromny kryzys. Jednocześnie kobieta ani myśli wracać do roli grzecznej, milczącej żony i coraz odważniej mówi publicznie o swoich poglądach i pragnieniach, i wierzy, że może zainspirować inne kobiety do działania.

Emilia Waszczuk: Czy pani mąż wie, że rozmawiamy? 

Marianna Schreiber: Tak, wie. Nawet zażartował: “o proszę, ja właśnie idę do Radia ZET”. Później byłam w szoku, że mówił o mnie. 

Pogodził się już z Pani udziałem w “Top Model”, z pragnieniem zostania modelką? Wiem, że był z tym na początku “malutki” problem.

To nie był “malutki” problem. To był naprawdę poważny problem, taki na skalę życiową. Wiadomo, że w życiu zdarzają się różne gorsze rzeczy, ale jednak on to odbierał jako problem ważący na nas, na naszej przyszłości. I nie, nadal się nie pogodził. 

Łukasz Schreiber to polityk PiS, poseł, a od 2018 roku sekretarz stanu do spraw parlamentarnych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Uznawany jest za prawą rękę Mateusza Morawieckiego.

Ale już podchodzi do tego spokojniej?  

Myślę, że człowiek się przyzwyczaja... Przychodzi jakaś zmiana, nie akceptujemy jej ale jeżeli ona trwa długo, to się to akceptuje mimo woli, przyzwyczaja się do tego. Co nie znaczy, że jest tak samo, jak pierwotnie. Jestem dobrej myśli, ale bywa różnie.

Dlaczego decyzja o zostaniu modelką zapadła właśnie teraz? To było chyba marzenie pielęgnowane już od bardzo dawna? Co się wydarzyło?

Moje uwarunkowania środowiskowe, kiedy byłam nastolatką, nie pozwoliły mi tego realizować. Trzeba było przewartościować pragnienia, marzenia, potrzeby. Kiedy dziecko czy nastolatek dorasta w domu, w którym jest walka o życie czy pieniądz, to nie myśli się o takich rzeczach. Mimo że wiele rzeczy chce się robić, to się gdzieś oddala i trzeba to zaakceptować. A później była wielka burza, poznaliśmy się z mężem - a było to już bardzo dawno - później zaszłam w ciążę, więc to znowu nie był ten czas. Fakt, robiłam sobie zdjęcia, miałam profile na różnych stronach, ale to nie to. 

Dlaczego “Top Model”? 

Bo jak coś robić, to z przytupem. Po co się rozmieniać na drobne? Trzeba wejść w to tak na maksa, na sto procent. Półśrodkami nic nie osiągnę. Gdybym chciała, prowadziłabym w nieskończoność profil na MaxModels (serwis społecznościowy dla modeli i modelek - red.) i robiła komercyjne sesje - które oczywiście mi bardzo dużo dały, mogłam zobaczyć w końcu, jak w ogóle wyglądam na zdjęciach i często dziwiłam się “Boże, to nie jestem ja”. Ale wracając do meritum - udział w programie… nie żałuję tego. Dopiero teraz wszystko się rozwija. I choć nie zabawiłam tam długo, myślę że kiedy w przyszłości powiemy ludziom o “Top Model 10”, to raczej nie będą pamiętać wszystkich uczestników, ale tę kontrowersyjną Mariannę Schreiber, biedną żonę ministra PiS, która - jak każdy inny uczestnik - postanowiła pójść się sprawdzić… ją zapamiętają.

Czyli teraz kariera się rozwija? Ma Pani przed sobą jakieś ważne projekty?

Nie nazwałabym tego karierą, ja tego nie uważam za karierę. To raczej osiągnięcie jakichś celów, które sobie założyłam będąc nastolatką. I fajnie że się udało, nawet teraz, gdy mam tych 28 lat. Myślę, że na pewne rzeczy jest określony czas i sądzę, że po czterdziestce ciężko byłoby mi już te marzenia spełniać. Cieszę się, że to teraz, nawet jeśli miałaby z tego pozostać tylko pamiątka. Fajnie będzie kiedyś do tego zajrzeć, wiedzieć, że byłam odważna, że mój charakter jest jednak mocny, potrafię robić takie rzeczy. Udało się. To jest ten moment, gdy mogę powiedzieć, że swoje największe marzenie spełniłam. Mimo tej całej otoczki, nieprzyjemności, hejtu, mimo medialnego szumu… Ja naprawdę nie straciłam, nie utraciłam siebie. Mimo że to bardzo zaważyło to na naszym małżeństwie, cieszę się. Osiągnęłam coś, co myślałam, że już nigdy się nie wydarzy. 

Jaka jest naprawdę Marianna Schreiber? 

Jestem zwykłą dziewczyną, która z dobrodziejstwem inwentarza dostała to, co ma. Jestem po prostu pedagogiem, terapeutą dziecięcym, pracuję z dziećmi ze spektrum autyzmu. To jest moja pasja. Kocham konie, jestem matką - może nie najlepszą na świecie, ale widzę w oczach córki, że jestem dla niej kimś wyjątkowym, autorytetem. Do tego jestem żoną, może nie do końca idealną, ale mąż zawsze mi mówił, że lubi we mnie to szaleństwo, którego w nim nie ma, że się uzupełniamy. 

Marianna Schreiber przeczy wizerunkowi "grzecznej żony PiS"
fot. marysiaschreiber/Instagram

W jednym z postów na Instagramie pisała pani o odwadze, sprzeciwianiu się utartym schematom czy woli męża. Czuje się pani inicjatorką? Myśli pani, że inne “żony PiS-u” odważą się wyjść z cienia, spełniać marzenia? Może je Pani zainspirować? 

Myślę, że ja bardziej inspiruję kobiety, które są po prostu żonami, albo żonami osób publicznych, niekoniecznie polityków. Dostaję dużo wiadomości, piszą, że dzięki temu, że się pojawiłam, obserwują mnie i moje poczynania, że to im pomogło przełamać pewne bariery, poczuć się lepiej. Są też kobiety, które piszą, że jeszcze brak im odwagi, ale jestem dla nich swego rodzaju natchnieniem. Że też czują nacisk społeczny. Piszą kobiety, które też są nauczycielkami, a jednocześnie matkami i żonami. To jest bardzo fajne, bo widać, że to coś daje. 

A jeżeli chodzi o żony polityków - a znam ich wiele - wątpię, żeby miały czynić podobnie do mnie. Nie mają aż tyle odwagi. Na pewno są to kobiety z pragnieniami, ale też z poczuciem tego nacisku. To, że są żonami polityków, odbija się na nich w pracy, cały czas są docinki, rzucanie kłód pod nogi. Podobnie jest ze znajomymi, z nowo poznawanymi ludźmi. Przez to, że są żonami polityków, od razu tworzy się dystans. Jednocześnie kobiety te kochają swoje dzieci i mężów, i wszystko to akceptują. Może ja mam po prostu jeszcze ten młodzieńczy bunt w sobie?

Często jest pani postrzegana przez pryzmat męża?

Gdy zaczynaliśmy się spotykać, miałam zwykłego chłopaka. On jest z Bydgoszczy, ja jestem z Warszawy, więc długo docieraliśmy się, jak mamy to zrobić, by być razem, by w końcu  ze sobą zamieszkać. Dopiero gdy mąż został posłem - a pamiętam ten dzień dobrze, bo wtedy rodziła się nasza córka i Łukasz krążył między szpitalem na Karowej a Sejmem - wtedy się zaczęło. Sąsiedzi czy znajomi zaczęli mówić rzeczy w stylu “teraz masz pieniądze”, “teraz możesz to, możesz tamto”, “wyszłaś z takiego domu, z biedy, specjalnie szukałaś bogatego mężczyzny”. Ludzie zaczęli się ode mnie odsuwać tylko dlatego, że mieli inne poglądy, niż te prezentowane przez partię męża. Myśleli, że skoro jestem z osobą, która jest w Prawie i Sprawiedliwości, to że ja też PiS popieram. Ludzie myślą bardzo schematycznie: jeśli jesteś żoną polityka PiS, to na pewno masz poglądy takie, jak on. Ale tak przecież nie jest. Tyle tylko, że nie chodzi się i nie opowiada każdemu: uwierzcie mi, to jestem ja, to ta sama osoba, co przed ślubem. Wszyscy widzą we mnie tylko żonę tej i tej osoby. A ja przecież poza byciem żoną, jestem Marianną Schreiber, nie zmieniłam poglądów, zmieniłam nazwisko. 

Później, kiedy mąż awansował, wtedy wszystko tąpnęło. Zaczęły się fałszywe relacje, ktoś nawiązywał ze mną znajomość tylko po to, by coś osiągnąć, by dostać się do mojego męża. Zaczęły się sztuczne przyjaźnie, straciłam też wiele znajomości. Zawsze miałam wokół siebie wielu ludzi, dziś na palcach jednej ręki mogę policzyć swoich dobrych znajomych, przyjaciółkę mam tylko jedną.  Niestety ludzie oceniają mnie błędnie i nie chcą mnie poznać, tworzą bariery. A trzeba pamiętać, że za partią stoi jeszcze człowiek i ten człowiek niekoniecznie jest zły…

Ludzie myślą bardzo schematycznie: jeśli jesteś żoną polityka PiS, to na pewno masz poglądy takie, jak on. Ale tak przecież nie jest

Gdyby dziś były wybory parlamentarne, zagłosowałaby Pani na PiS?

To jest bardzo trudne pytanie. Gdy ma się takie rozdarte serce, ciężko jest wybrać, czasem wybiera się mniejsze zło. Uważam, że obowiązkiem każdego obywatela jest oddanie głosu w wyborach, bo później te osoby, partie tworzą coś dla nas. Powinniśmy głosować, idąc za głosem serca. Naprawdę ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Czasem jest tak, że każdy wybór jest w pewien sposób wątpliwy. Znam osoby, które przez to, że są rozdarte, nie chcą wcale oddawać głosu. Mnie raz się zdarzyło, - mieliśmy taką sytuację rodzinną, że nie byłam w stanie na wybory dojechać - że nie oddałam głosu. A w głębi duszy cieszyłam się, że nie musiałam wybierać. 

Gdybym miała oddać głos na swojego męża, to bym go oddała, bo wiem, że on w tym wszystkim jest bardzo dobrym człowiekiem i na ostatnim miejscu stawia siebie - na pierwszym miejscu zawsze są ludzie. Widzę, że on robi wszystko, aby ludziom pomóc, by być jednocześnie tu w Warszawie i w Bydgoszczy, z każdym się spotkać, wszystko zorganizować. Myślę że pod tym względem mój mąż wypełnia swoje obowiązki na milion procent. 

Czyli na partię niekoniecznie, ale na męża już tak? 

Na męża bym zagłosowała. 

Co PiS dobrego zrobiło lub robi dla Polski i ludzi? Czy są jakieś ich postulaty i działania, które pani popiera? 

Wymienię jedną rzecz, którą popieram w stu procentach. To jest świadczenie 500 Plus dla rodzin z dziećmi. Uważam, że jest to coś naprawdę świetnego. Niektórzy powiedzą, że pięćset złotych to mało, jednak pięćset złotych mieć, a nie mieć, to jest ogromna różnica. Ja wiem, jakie są koszty utrzymania dziecka, wiem, czego kiedyś mi brakowało i wiem, że gdyby kiedyś moja mama miała te pieniądze, to miałabym na przykład na buty, na wycieczkę szkolną, na to, by pójść z dziećmi do kina. Może wtedy nikt by się ze mnie nie śmiał. Uważam że te 500 Plus, dobrze wykorzystane - zaznaczam, dobrze wykorzystane przez rodziców - jest świetnym rozwiązaniem. Mam dwie siostry, które też mają dzieci i widzę, jak to im też pomaga. My 500 Plus przeznaczamy na opłacenie lekcji jazdy konnej, córka może oddawać się pasji. Inna rodzina wyda te pieniądze na ubrania dla dziecka - i uważam, że to jest świetne. 

Marianna Schreiber
fot. archiwum prywatne

Kilka lat temu zrobiło się o Pani głośno w dość nieprzyjemnych okolicznościach. W mediach społecznościowych opublikowała pani zdjęcie osoby z tęczową torbą, podpisane słowami “won z tego miasta”. Ostatnio na Instagramie sugerowała Pani, że chętnie odniesie się do tych wydarzeń. Czy to już jest ten czas?

Aby jakiś temat rzetelnie wyjaśnić, trzeba wrócić do czasów, gdy coś się zaczęło. Mam przyjaciół, którzy są homoseksualni i nie jest tak, że mogłabym wyrzucać z miasta właśnie ich, czy osoby do nich podobne. Czasem jest tak, że pisze się coś, co jest sprzeczne z naszym myśleniem, żeby zwrócić na siebie czyjąś uwagę...  

Ja wtedy miałam bardzo trudny czas w swoim życiu. Ciężko było mi zaakceptować wszystko. Chciałam robić inne rzeczy, ale nie mogłam. Byłam młodą dziewczyną, która nagle musiała wpasować się w pewne ramy, dostosować się. Robiłam to, ale to nie do końca było zgodne z moimi potrzebami. Wszyscy oczekiwali ode mnie, bym była dostojną żoną posła. A ja byłam całymi dniami sama - z dzieckiem, z domem, z nauką, z wszystkim, co chciałam osiągnąć. Czułam natłok myśli, nie mogłam tego uzewnętrznić, nie mogłam tego nikomu pokazać. Wielokrotnie chciałam o tym z mężem porozmawiać, ale to było dla niego trudne - zresztą jest do dzisiaj. Wtedy też mieliśmy bardzo ciężki czas w małżeństwie, pewnie najtrudniejszy dla nas. Czasem jest tak, że po prostu wybuchamy, nie dajemy rady. 

Widzi pani, to jest tak, że - tak jak w każdej grupie społecznej - tam są różni ludzie. Jedni po prostu mówią: jestem homoseksualistą, zaakceptujcie to, a są też tacy, którzy są bardzo niemili. Są empatyczni i są tacy, którzy wbiliby nóż w plecy za darmo. Tak jest wszędzie. Przechodziłam więc wtedy obok parady równości z córką, w pewnym momencie “spojrzałam się”, a ktoś bardzo niemiło to skomentował. Zdenerwowałam się strasznie, a to było jeszcze kilka dni po tym, gdy pojechałam do Bydgoszczy, wysiadłam tam z taksówki, a ktoś rzucił “przyjechała, ma pieniądze, wozi się, wynocha stąd” i tak dalej. Wybucham, założyłam Twittera i postanowiłam dopiec wszystkim. Chciałam, żeby mój mąż zwrócił na mnie uwagę. 

Fakt, wtedy zeszły ze mnie emocje, ale jak się okazało - tylko na chwilę. Teraz już wiem, że to nic nie daje. Wiem, że hejt w internecie wynika z chwilowych negatywnych pobudek, a w konsekwencji nie przynosi nam długodystansowej ulgi. Fajnie, gdyby każda osoba, która to robi, zrozumiała to tak, jak ja to zrozumiałam. Mi to przyszło już po chwili. Chciałam się wytłumaczyć, ale zostałam poproszona, by tego nie robić.  Dowiedziałam się za to z telewizji, że mój mąż za mnie przeprosił. Miałam do niego żal, że zrobił to za mnie. To wszystko się też bardzo negatywnie na mnie odbiło. Dostałam wtedy dużo hejtu, ale nie zwykłych komentarzy, tylko na przykład grożenia śmiercią. Odbierałam wiadomości w stylu “znajdziemy Cię”, ludzie pisali, że zrobią krzywdę mnie, mojemu dziecku. Nie miałam znikąd żadnego wsparcia i pomocy. W konsekwencji dodatkowo pokłóciłam się z mężem, było jeszcze gorzej. To był tak zły czas, że ciężko dziś nawet wracać do tego myślami. Najważniejsze jest jednak to, że osoby homoseksualne, które mnie znają, nie odsunęły się ode mnie, one po prostu wiedziały, co się stało. Rozumiały. Nie musiałam się im tłumaczyć. Mówi się, że aby wybaczyć komuś w życiu, też trzeba zaznać tego wybaczenia. Ja to wybaczenie dostałam.

Mamy w Polsce społeczność LGBT+ czy “ideologię”?

Mamy społeczeństwo, w którym są ludzie z różnymi poglądami i potrzebami. Ale całe to społeczeństwo powinno być jednością, niezależnie od tego, jakie ktoś ma preferencje seksualne. To, czy ktoś kocha mężczyznę, czy kobietę, czy chce mieć dzieci, czy nie chce mieć dzieci… każdy jeden człowiek ma takie samo prawo do życia i do spełniania się, niezależnie od tego, kim jest. Mamy społeczeństwo i to społeczeństwo tworzą ludzie. Wszyscy jesteśmy tacy sami i tyle. 

Czyli popiera Pani takie postulaty jak związki partnerskie, małżeństwa osób tej samej płci czy adopcja dzieci przez homoseksualistów?

Ja popieram posiadanie dzieci wtedy, gdy się te dzieci kocha i się o nie dba. To jest dla mnie wykładnik tego, by dzieci były szczęśliwe. Dla mnie jako dla pedagoga, matki, osoby dorosłej, która kiedyś była dzieckiem i zna potrzeby dziecka. Miłość i bezpieczeństwo są najważniejsze. Jeśli mogą to zapewnić dwie kobiety, to dlaczego nie? Lepiej, żeby to dziecko było w domu dziecka? Lepiej by było odtrącane czy bite? Nie. 

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek powiedział swego czasu, że “ideologia LGBT zagraża rodzinie i Polsce”, więc zakazuje “interesowania się orientacją seksualną dzieciom i młodzieży w szkole”. Co Pani na to? 

Ja bym nie chciała atakować ministra Czarnka… Każdy ma swoje poglądy takie czy inne, tylko nie zawsze powinien je wyrażać tak wprost. Mówię to na swoim przykładzie: nie wszystko jest tak odbierane, jak ja sądzę. Ale… Tak, jak zauważyłam, także z doświadczenia pracy w szkole, dzieci i tak się interesują seksualnością. My nie mamy na to wpływu, nie możemy dziecku zakazać, żeby się nie interesowało seksualnością. Wręcz właśnie powinniśmy je wspierać, gdy zacznie to robić. Po to, by działo się to w sposób właściwy, by nie zrobiło sobie krzywdy. Nie możemy zmuszać dziecka, aby czuło coś, co my czujemy. Jeżeli ono czuje inaczej, powinniśmy je wspierać. A jako nauczyciele powinniśmy dbać o bezpieczeństwo dzieci, być przy nich. Nie chcemy potem ich cierpień, a wiemy jak jest. Rodzice często naciskają, by dzieci uczęszczały na zajęcia, których nie lubią, albo uczyły się czegoś, czego uczyć się nie chcą - mówię tu o zajęciach dodatkowych. Później te dzieci się samookaleczają, popełniają próby samobójcze, znajdują w internecie sposób na pisanie o swoim bólu i często jest tak, że znajdujemy to i reagujemy za późno. Czasem powinniśmy spojrzeć inaczej na dziecko, nie przez pryzmat tego, jak my chcemy je ukształtować. Mamy je kształtować tak, by było szczęśliwe i spełnione.

Popieram posiadanie dzieci wtedy, gdy się te dzieci kocha i się o nie dba. To jest dla mnie wykładnik tego, by dzieci były szczęśliwe. Miłość i bezpieczeństwo są najważniejsze. Jeśli mogą to zapewnić dwie kobiety, to dlaczego nie?

Na pewno nauczyciele powinni trochę więcej zarabiać, w końcu biorą czynny udział w wychowywaniu dzieci. Plus uważam, że jest to bardzo nadwyrężająca nieraz psychikę praca, to nie tylko przekazywanie wiedzy, ale też wspieranie dziecka w każdym jego problemie życiowym. Taka praca powinna być po prostu dobrze wynagradzana. I tu nie chodzi o mnie, dobrze znam głosy nauczycieli. Widzę, że często ludzie chcą to robić, chcą pracować z dziećmi, ale zmieniają pracę, bo nie są w stanie wyżyć z tych pieniędzy. Nauczyciel stażysta zarabia na całym etacie dwa tysiące sto złotych. Taka osoba musi wynająć mieszkanie, zrobić zakupy spożywcze, ubrać się, już nie mówiąc o jakichś dodatkowych rzeczach. Jeśli chcemy mieć świetnych nauczycieli specjalistów, musimy w nich zainwestować tak jak w lekarzy czy inne zawody. Nie jest to praca biurowa, tutaj są dzieci, ludzie.

Marianna Schreiber na gali otwarcia 12. edycji LGBT Film Festival
fot. Paweł Wodzyński/East News

Czy powinniśmy mieć w szkołach edukację seksualną? Zajęcia z osobami, które wiedzą, jak do tematu podejść?

Jak najbardziej. Pamiętam, że miałam takie zajęcia z WDŻ (wychowania do życia w rodzinie), na których pan bardzo dokładnie nam opowiadał, jak się tworzy rodzinę. Nie rozumiem, dlaczego kwestie ciała czy w ogóle seksualności, tego jak się tworzy rodzinę, to są tematy tabu. Wiadomo, że nie będziemy dziecku trzyletniemu tłumaczyć zasad współżycia, ale dziecku, które już się tym interesuje, w szkole średniej czy pod koniec podstawówki - tak. Często jest tak, że dzieci siebie nie akceptują, od tego trzeba zacząć. Dzieci wchodzą na Instagrama, żyją internetem, patrzą co jest fajne, trendy. Różnie wyglądamy, nie jesteśmy wszyscy tacy sami, a “kanon piękna” potrafi doszczętnie zabić psychikę. 

Pomyślmy o sytuacji, gdy dziewczynki widzą inną dziewczynkę np. na Tik Toku. Ta dziewczynka jest ładna, mądra, ale dostaje dużo hejtu, bo wiele osób na przykład nie lubi tego, co ona robi, albo nie podoba im się, że rośnie jej popularność. No i te dziewczynki patrzą i myślą: ja nie jestem tak ładna jak ona, to skoro ona dostaje hejt za wygląd, to co ja mam myśleć o sobie? Zaczynają się zastanawiać: jaką ja mam twarz, co mogę zrobić, zaczynają malować się tak, by zmienić rysy twarzy. Przecież nie o to chodzi. Każda dziewczynka powinna czuć się ładna, bo każdy człowiek jest inny. To jest właśnie piękne w ludziach, że my nie jesteśmy do siebie podobni. 

Lekcje religii katolickiej powinny odbywać się w szkołach?

Tak, religia jest bardzo ważna. Jeśli dziecko albo rodzic nie chcą takich zajęć, to można na nie nie uczęszczać. To, że się czegoś uczymy, to tylko poszerza naszą wiedzę. To nie znaczy, że mamy zmieniać nasze podejście do wiary. To nie jest tak, że pani od religii mówi codziennie uczniom: macie wierzyć. Ona pokazuje, jak powstał świat, przekazuje pewne wartości, a tylko od dziecka zależy, czy zechce je wykorzystać, czy nie. Ja na religię chodziłam i nie żałuję. Jeżeli mamy nauczyciela matematyki, który ma bardzo dużą wiedzę, jest świetny, nawet wybitny, ale nie będzie miał w sobie tego zalążka umiejętności przekazywania wiedzy, to co z tego? Żeby uczyć matematyki, języka polskiego czy jakiegokolwiek innego przedmiotu, trzeba mieć przygotowanie pedagogiczne. Bez tego nie powinno się w ogóle pracować z dziećmi. A przede wszystkim, pracując z dziećmi, powinno się te dzieci lubić i lubić to robić. Jeśli ktoś nie lubi uczyć, nie powinien pracować w tym zawodzie.  

Nie rozumiem, dlaczego kwestie ciała czy w ogóle seksualności, tego jak się tworzy rodzinę, to są tematy tabu

Wróćmy jednak do ministra Czarnka, który swego czasu powiedział: “Idź i pracuj, ucz się, rób karierę. Kariera w pierwszej kolejności, a później może dziecko. Prowadzi to do konsekwencji tragicznych. Jak się rodzi pierwsze dziecko w wieku trzydziestu lat, to ile tych dzieci można urodzić? To są konsekwencje mówienia kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez Boga powołana”. Kobieta musi rodzić dzieci? Czy może postawić na karierę?

Każdy człowiek ma prawo do swobodnej wypowiedzi i jeśli minister Czarnek ma takie spojrzenie na obraz rodziny, no to w porządku. Każdy ma prawo do własnych poglądów. Natomiast ja w ten sposób nie myślę i mam pełne prawo się z tym nie zgodzić. Jeżeli kobieta nie chce rodzić dzieci, dlaczego miałaby to robić, czemu ma się zmuszać? Często jest też tak, że kobiety nie mogą zajść w ciążę i urodzić przed trzydziestym rokiem życia, bo na przykład in vitro nie jest finansowane tak jak trzeba. Znam takie kobiety. One oddałyby wszystko za to, by mieć dzieci, ale ich na to nie stać. To nie jest wykładnik, że się jest lepszą matką, gdy się rodzi w wieku osiemnastu, dwudziestu pięciu czy trzydziestu pięciu lat. Jeśli taka kobieta chce mieć dziecko, ma do tego prawo. Jeżeli nie chce, nie odczuwa tego, czemu ma się zmuszać, a później tego dziecka nie kochać lub je oddać? Później mamy tylko ludzkie cierpienia. 

Czyli in vitro powinno być finansowane w Polsce? 

Byłoby dobrze.

A co z aborcją? Prawo do aborcji powinno zostać zliberalizowane czy zaostrzone? A może teraz jest dobrze?

Myślę że przed ostatnimi zmianami było dobrze, że niepotrzebna była ta ingerencja. Było dobrze tak, jak było i nie rozumiem potrzeby ruszania tego. Aborcja ze względu na wady płodu czy w przypadku ciąży z gwałtu powinna być dozwolona. Ale na pewno nie wtedy, gdy kobiety się nie zabezpieczają i chcą dokonywać aborcji raz w miesiącu. 

Ja też rozumiem, że póki się nie odczuwa ruchów dziecka wewnątrz siebie, to ciężko jest uświadomić sobie, że w łonie jest po prostu człowiek. Ale jakoś ten człowiek powstaje. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego, że kobiety dokonują aborcji na życzenie. A znam też takie kobiety, które dokonywały często aborcji, a później przez to nie mogły utrzymać ciąży. 

Gdy zapadł wyrok Trybunału Konstytucyjnego, że aborcja ze względu na wady płodu jest nielegalna, co Pani poczuła? Miała pani ochotę iść z kobietami i protestować?

Wielu rzeczy, na które miałam ochotę, nie mogłam robić. Myślę, że dzisiaj bym poszła, wtedy nie mogłam. Przecież też jestem kobietą i znam swoje potrzeby. Wiem, co sprawiłoby mi ból.

Protesty były dość brutalnie tłumione. Tak to powinno wyglądać?

Ja jestem zwolenniczką protestu kobiet, jeśli on jest w granicach rozsądku. Czyli na przykład nie wychodzimy z obrazem Matki Boskiej i nie plujemy na ten obraz, tylko gdy wychodzimy z czymś, o co nam chodzi po prostu. Chodzi nam o to, byśmy jako kobiety nie były zmuszane do rodzenia dzieci, które nie mają szansy przeżyć. Nie o to, by przy okazji opluwać najświętsze obrazy. Tego akurat nie popieram. Kłótnie z policją też są zupełnie niepotrzebne, pewne działania policji też są i były niepotrzebne, aczkolwiek protesty, które przebiegają w sposób pokojowy, które pokazują, że się z czymś nie zgadzamy - ok, akceptuję je. Takie, przez które boję się wyjść na ulicę, bo nie wiem, czy nie dostanę gazem po głowie… to nie jest zdroworozsądkowe. 

Marianna Schreiber otwarcie wspiera spoleczność LGBT+ w Polsce

Niedawno na Pani Instagramie pojawiło się zdjęcie, które wywołało wiele kontrowersji. Pozowała na nim pani w czarnej sukni, z gadżetem BDSM w ustach. Część odbiorców była oburzona, serwis usunął grafikę, doszło do cenzury. Cały czas mówimy o tym, by kobiety miały wolność wypowiedzi, by nie zamykać im ust, a stało się dokładnie coś takiego…

Wiele osób odbiera to zdjęcie jako kontrowersyjne, ale uważam, że siła przekazu, jaka za nim szła, była niesamowita. To zdjęcie zostało specjalnie tak stworzone, wiedzieliśmy, co robimy. Ten przekaz jest bardzo ważny. Ja mogłam sobie zasłonić usta ręką, chustką, szalikiem, ale to by nie miało takiego wydźwięku. Ten knebel jest bardzo wymowny. Tu nie chodzi o zasłanianie ręką, rękę zawsze możemy zabrać, a taki knebel zaciskający się z tyłu głowy - on nie ma szansy wyjść nam z ust. Tu nie chodzi tylko o kobiety. Tu chodzi o to, że często nie mamy swobody wypowiedzi. Nawet jeżeli to robimy, to często są ludzie, którzy nas tak oceniają i demotywują, że się zniechęcamy. Przestajemy mówić, co myślimy, co czujemy, czego potrzebujemy. Stajemy się ludźmi, którzy przestają dbać o swój spokój psychiczny. Często widzimy kobietę piękną, zadbaną, a w środku jest tak, że chciałaby coś powiedzieć czy zrobić, ale nie może. I właśnie chodzi o naciski społeczne, o to zasłonięcie ust. Gdy pojawiłam się w “Top Model”, wiele osób pisało mi, że nie powinnam robić tego, nie powinnam tamtego. Ale kim jesteśmy, by mówić drugiemu człowiekowi, co ma robić? Czy ja biję dzieci? Czy je krzywdzę? Nie. Ja się po prostu realizuję. Moje zdjęcia będą podobne, może nie wszystkie, ale będą. Za tymi zdjęciami idzie siła przekazu i one wszystkie bez cenzury pojawią się na moim blogu (mariannaschreiber.pl), stamtąd żaden algorytm mi ich nie usunie. 

To zdjęcie  nie tylko niosło głęboki przekaz, ale też było bardzo seksualne. Dzisiaj jest Pani świadomą swego ciała i seksualności kobietą? 

Tak.

Co powiedziałaby Pani innym kobietom, które jeszcze odkrywają siebie?

Żeby akceptowały swoje ciała i nie zwracały uwagi na to, że jakiś mężczyzna powie im, że mają  za małe piersi, albo za duże, albo za grube nogi, albo za chude, albo długie, albo krótkie, takie zęby czy inne. Oczywiście, można pójść i powiększyć biust, odchudzić się. Pytanie tylko, czy ta osoba będzie czuć się z tym dobrze? Bo co? Bo ktoś coś powiedział? Bo ktoś chce nas widzieć inaczej? Ja staram się dbać o swoje ciało i o swój umysł, ale przede wszystkim dla siebie, dla swojego zdrowia, ale też dlatego, że chciałam spróbować sił w modelingu, a ciało jest tam ważne. Ale to nie jest tak, że będę się przejmowała, bo ktoś mi w komentarzu napisał, że wszystko fajnie, ale mam małe piersi. No mam. Ja siebie akceptuję i każda kobieta powinna. Każdy człowiek jest inny i super. O to właśnie chodzi. 

***

Marianna Schreiber - pedagog, terapeuta dzieci ze spektrum autyzmu. Rozpoczęła studia doktoranckie na jednej z uczelni pedagogicznych. W ostatnim czasie wzięła udział w dziesiątej edycji show "Top Model" TVN. Prywatnie jest żoną ważnego polityka PiS, ministra w rządzie Mateusza Morawieckiego - Łukasza Schreibera - i mamą małej Pati.

Emilia Waszczuk
Emilia Waszczuk

Podlasianka, która cichy wschód porzuciła dla głośnej Warszawy. Absolwentka resocjalizacji i kulturoznawstwa, choć i tu nie znalazła swojego miejsca. Od dziecka wiedziała, że będzie pisać i dziś swój czas poświęca głównie tematom politycznym. Kocha opowieści o ludziach, zwłaszcza tych zwykłych-niezwykłych. Gdy wychodzi z pracy, oddaje się swojej drugiej największej pasji: roślinom, których liczba powoli zaczyna przekraczać możliwości małego, warszawskiego mieszkanka.

C