`
Ratownicy w Syrii
Ratownicy podczas wojny domowej w Syrii
fot: mat. prasowe/Wydawnictwo SQN

Pracują w ekstremalnych warunkach. Znieczulenie jest ich lekarstwem

26.05.2022 12:53

Medycyna ekstremalna jest bliska codziennej, bo może się wydarzyć codziennie. Ataki, bombardowania - doświadczaliśmy już tego w Europie. Teraz w ogóle stała się nam bliższa przez wojnę, którą mamy zaraz przy naszej granicy.

Aleksandra Pucułek: „Ekstremalni. O bohaterach, którzy narażają życie, by ratować innych” to książka o bohaterach czy bardziej o szaleńcach?

Dariusz Jaroń: Jest jakieś szaleństwo w tym bohaterstwie, czasem bardziej kontrolowane czasem mniej. To zależy od specyfiki danego bohatera, na co jest on się w stanie zgodzić, ile poświęcić. Na pewno rozmawiając z bohaterami książki, zrozumiałem, że dla mnie - laika ratownictwa i medycyny – coś już jest ekstremum, a dla kogoś, kto się szkoli, przygotowuje latami, to ekstremum jest zupełnie gdzie indziej.

Granica się przesuwa?

Tak.

Nie spodziewałam się, że medycyna ekstremalna jest tak szerokim pojęciem.

Przygotowując się do napisania książki, zasięgnąłem opinii specjalistów z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy prowadzą studia podyplomowe z medycyny ekstremalnej. Obszary, które poruszam - od medycyny nurkowej, przez wysokogórską, polarną, po medycynę katastrof, sportową czy pola walki - znajdują się w programie kierunku. Najkrócej można powiedzieć, że to ekstremum zależy od okoliczności. Dla lekarzy, ratowników medycyna ekstremalna, jeśli chodzi o procedury, nie ma w sobie nic nadzwyczajnego. To okoliczności są ekstremalne, bo nagle medyk nie jest w normalnej karetce, poradni, czy dobrze wyposażonym szpitalu, tylko gdzieś na polu walki albo wysoko na zboczach ośmiotysięcznika i tam w trudnych warunkach z ograniczonymi możliwościami stara się pomóc poszkodowanym.

Wydawało mi się, że jest to marginalna część medycyny, ale okazuje się, że ten skrawek wpływa na resztę świata medycznego.

Medycyna ekstremalna jest bliska codziennej, bo może się wydarzyć codziennie. Ataki, bombardowania - doświadczaliśmy już tego w Europie. Teraz w ogóle stała się nam bliższa przez wojnę, którą mamy zaraz przy naszej granicy.

Metody leczenia z medycyny ekstremalnej są też przenoszone do tej codziennej, np. leczenie hipotermii.

Medycyna ekstremalna, jeśli chodzi o procedury, nie ma w sobie nic nadzwyczajnego. To okoliczności są ekstremalne

To jest coś, co mnie bardzo zaskoczyło. Hipotermia kojarzyła mi się z ofiarami lawin, wyprawami wysokogórskimi i turystami, którzy się źle ubrali i po paru godzinach zostali znalezieni przez ratowników. Dr Sylweriusz Kosiński pokazał mi, że to tylko wycinek szerszego problemu. Okazuje się, że mamy hipotermię, o której się mniej mówi, bo nie jest taka spektakularna, ale jest masowa. Co roku nawet w dużych miastach mamy osoby starsze, które mieszkają w naprawdę kiepskich warunkach, mają nieszczelne okna, brak pieniędzy na ogrzanie mieszkania. Często też nie dojadają, więc ich kondycja jest słabsza. Przez kolejne dni przebywania w takim zimnym pomieszczeniu łatwo może dojść u nich do hipotermii i trzeba im pomóc.

Zimą powszechne są też przypadki zatrucia tlenkiem węgla. Dr Jarosław Krzyżak, specjalizujący się w medycynie nurkowej, leczył taką pacjentkę w komorze hiperbarycznej tak jak nurków, którzy za szybko wynurzyli się z wody. I dzięki temu kobieta przeżyła.

W pierwszej historii o zawaleniu się dachu w hali w Katowicach, gdzie była wystawa gołębi w 2006 roku, pisze pan, że nigdzie indziej w Polsce wtedy nie przeprowadzono by akcji tak sprawnie. Czy teraz jest lepiej?

Tak, z tego co mówią lekarze koordynacja służb na szczeblach wojewódzkich i ogólnopolskich funkcjonuje inaczej, lepiej. Na Śląsku 16 lat temu działało już m.in. wojewódzkie centrum koordynacji. Dzięki temu można było zorganizować tak dużą akcję ratunkową. I nie chodziło tylko o to, że na miejsce szybko przyjechały karetki z różnych szpitali z całego regionu. Ale dzięki takiemu centrum dowodzenia one wiedziały, gdzie mają jechać z pacjentami, gdzie są wolne miejsca. Gdyby się to wydarzyło gdzie indziej, to odpowiedź środowiska byłaby pewnie taka sama, to znaczy wszyscy ruszyliby z pomocą, ale rozwiązania systemowe mogłyby zawieść. Teraz to się wyrównało.

Strażacy na miejscu katastrofy budowlanej w Katowicach w 2006 r.
fot. Służba prasowa Państwowej Straży Pożarnej
Fot. Służba prasowa Państwowej Straży Pożarnej
Strażacy na miejscu katastrofy budowlanej w Katowicach w 2006 r.

Jesteśmy przygotowani na ataki, wojny?

I tak, i nie. Na pewno jesteśmy lepiej przygotowani systemowo, ale Mariusz Urbaniak, były operator jednostki wojskowej GROM i jeden z bohaterów książki, ze swoimi współpracownikami zabiega o stworzenie medycznych zespołów szybkiego reagowania. Są to cywilni ratownicy przeszkoleni przez wojskowych do tego, żeby mogli działać w warunkach niebezpiecznych. Według obecnych przepisów jeśli dochodzi w galerii handlowej do ataku terrorystycznego, a sprawcy są wciąż nieujęci i trwa obława, to cywilna karetka nie może tam działać, bo medycy mogliby stać się ofiarami. Przeszkoleni cywilni ratownicy mogą pod osłoną ogniową wojska, policji opatrywać rannych. Takie kwestie dopiero są opracowywane legislacyjnie, więc tak do końca gotowi nie jesteśmy. O ile można być w 100 proc. gotowym na zamach terrorystyczny czy wojnę.

Trzeba w końcu zobaczyć, że ludzie, którzy jeżdżą w karetkach, to są ludzie - to nie jest bolączka medycyny ekstremalnej tylko w ogóle medycyny

Największa bolączka medycyny ekstremalnej to właśnie legislacja, a może finanse, albo brak wsparcia psychologicznego?

Trzeba w końcu zobaczyć, że ludzie, którzy jeżdżą w karetkach, to są ludzie - to nie jest bolączka medycyny ekstremalnej tylko w ogóle medycyny. Niech ci medycy pracują w godnych warunkach. Niech mają zapewnione wsparcie psychologiczne, tego bym im życzył. Obecnie wszędzie obowiązują inne procedury. Strażacy wracający z traumatycznych akcji mają automatycznie zapewnioną opiekę psychologa, a ratownicy medyczni są skazani sami na siebie.

Która historia czy bohater pana najbardziej poruszyły?

Opowieść Pierre’a Rouziera z Bostonu, bo on był w kontrze do innych bohaterów książki, którzy jadąc na misję, wojnę, wiedzą, na co się piszą, szkolą się do tego, chcą pracować w tym kierunku. Dr Rouzier był lekarzem rodzinnym. Jako wolontariusz poszedł pomagać w namiocie medycznym sportowcom na mecie maratonu, a został świadkiem ataku terrorystycznego (zamach był w 2013 roku). Kiedy wybuchły bomby, od razu podjął decyzję, żeby zostać i pomagać, chociaż to było niebezpieczne, bo nie było wiadomo, czy są jeszcze jakieś ładunki wybuchowe. Wywarło to na nim ogromne piętno. Nie był kompletnie przygotowany na to ekstremum.

Krótko po wybuchu na trasie maratonu bostońskiego w 2013 r.
fot. Michael Leary/POLARIS/East News
Fot. Michael Leary/POLARIS/East News
Krótko po wybuchu na trasie maratonu bostońskiego w 2013 r.

Przeszkolenie jest bardzo potrzebne, żeby zadziałały odruchy?

Tak, chociaż niektórzy medycy mówią, że dopóki się nie pojedzie na misję, to trudno sobie wyobrazić, z czym będzie się miało styczność. Z drugiej strony były gromowiec mówił mi, że są szkolenia, po których wszystko staje się łatwiejsze.

Wrażenie na pewno na mnie zrobiła też historia młodej kobiety wyciągniętej w Tatrach spod lawiny, o której opowiadał dr Kosiński. Tam po drodze wszystko się sypało i wskazywało na to, że się nie uda: wadliwy sprzęt, niska temperatura, zła pogoda, a mimo wszystko udało się przetransportować kobietę, podłączyć do ECMO [sprzęt do pozaustrojowego utlenowania krwi, gdy sam respirator nie wystarcza, przez jakiś czas może zastępować funkcję uszkodzonych płuc] wybudzić i doprowadzić do tego, że dziś biega po górach i ma się świetnie. Złapało mnie to za serce.

Najtrudniejszą rozmowę odbyłem natomiast z Markiem Miśtą, tatą Karoliny, najmłodszej ofiary katastrofy pociągów pod Szczekocinami. Trudno sobie wyobrazić, z czym ta rodzina żyje do dzisiaj.

Mnie najbardziej zaskoczyło to, że medycyna sportowa zalicza się do ekstremalnej. Opisuje pan pracę m.in. cutmana, który jest przy zawodnikach MMA, albo lekarza kadry piłkarzy ręcznych trenowanych przez Bogdana Wentę.

Też myślałem, że tacy specjaliści pracują podobnie jak inni medycy, ale w sporcie to ekstremum również występuje. Staje się nim czas. Jak skręcę kolano, pójdę do ortopedy, to przez kilka tygodni będę niesprawny i pewnie dopiero po rehabilitacji wrócę do formy. Jeśli mamy kontuzjowanego sportowca, który za chwilę startuje w Igrzyskach Olimpijskich albo Mistrzostwach Świata, to lekarz robi wszystko, żeby ten zawodnik był w pełni sprawny i gotowy do dużego wysiłku w terminie, który jest nierealny dla normalnego pacjenta.

Ratownik nie może być ciężarem dla akcji ratunkowej - to złota zasada

Jaka jest cena radzenia sobie z takimi ekstremalnymi okolicznościami? Na ile te osoby są w stanie normalnie żyć?

Cena jest wysoka, ale każdy inaczej radzi sobie z emocjami. Część osób chciała o tym mówić, część nie, niektórzy mówili, ale nie chcieli, żebym o tym pisał. Na pewno szukają odskoczni. Nurek TOPR-u Stanisław Krzeptowski-Sabała z typowo góralskim podejściem do emocji tłumaczył: „co mi to da, jak się rozkleję”. Dla niego ekstremalne było to, że jego żona ma stos dokumentów na biurku i potrafi to ogarnąć. Nie zauważyłem znieczulicy wśród ratowników TOPR-u. Ale oni są w pewnym sensie przyzwyczajeni do tego, że czasem wyprawa polega na odnalezieniu zwłok taternika, czy kogoś kto zabłądził i wpadł w przepaść. Na pewno mocno na nich działa śmierć innego toprowca.

Z kolei dr Wojciech Micińśki, uczestnik akcji ratunkowej po zawaleniu się hali MTK, mówił wprost, że po czasie zdiagnozował u siebie PTSD – zespół stresu pourazowego. Potrzebował wsparcia psychologa policyjnego, w pogotowiu takiej opieki nie miał.

Padło hasło znieczulica. Tu działa bardziej znieczulenie?

Z pewnością to nie jest znieczulica, bo gdyby tacy medycy ją mieli, to pewnie by ich tam nie było. Znieczulenie to taki stan, który pozwala im tam być, funkcjonować i działać racjonalnie. Ratownik nie może być ciężarem dla akcji ratunkowej - to złota zasada. Dlatego strażacy przed takimi ekstremalnymi wyjazdami jak do Nepalu po trzęsieniu ziemi przechodzą kontrolę medyczną przed wyjazdem i po wyjeździe, żeby mieć pewność, że osoba, która jedzie do pomocy, będzie wartością a nie obciążeniem.

„Od samego początku wydawało mi się, że w zawód lekarza wpisany jest wolontariat. Dla życiowego balansu od czasu do czasu trzeba zrobić coś pro publico bono”. To słowa dr. Szewczyka, który wyjeżdżał na misje do Birmy. Nie ma pan wrażenia, że niektórzy lekarze, a raczej spora ich część, powinna mocno zwrócić uwagę na te słowa?

Rozmawiałem z dość specyficznymi ludźmi, dla których pasja i przysięgi są bardzo ważne, którzy inaczej podchodzą do tego zawodu. Z pewnością można się od nich uczyć. Z drugiej strony widzę jak państwo wykorzystuje to, że medycyna opiera się na pasji i dlatego np. uważa się, że ratownicy więcej zniosą, bo chcą pomóc, bo mają pasję. Tak nie powinno być.

Jeden z bohaterów książki, ratownik Karol Bączkowski (w środku), w karetce pogotowia
fot. arch. prywatne
Fot. arch. prywatne
Jeden z bohaterów książki, ratownik Karol Bączkowski (w środku), w karetce pogotowia

Ale takiej „dużej dawki miłości do medycyny”, o której mówił Michael Turconi, medyk wojskowy operujący w Mosulu, mogliby się niektórzy uczyć. Nie mówiąc już o pokorze i szacunku do pacjenta. Dr Szewczyk miał pacjentów, którzy wcześniej szukali pomocy u szamana. Oczywiście w grę wchodzą tu różnice kulturowe, ale nieraz do naszych zwykłych szpitali zgłasza się pacjent, który próbował niekonwencjonalnych metod. Widziałam nieraz, jak lekarz potrafił krzyczeć albo żartować z takiej osoby, a przecież ona szukała pomocy.

To prawda, zdecydowanie pokory i szacunku do pacjenta można się uczyć od medyków, którzy jeżdżą na misje. Dr Szewczyk słusznie stwierdził, że on zaraz wyjedzie, szaman zostanie, więc on – lekarz - musi zrobić tyle, ile może, dopóki tam jest. Wiedział, że tego miejsca nie zmieni, stąd jego akceptacja i szacunek dla miejscowych obyczajów. Poza tym misja to jest taki kontrakt dwustronny, to znaczy lekarz jedzie na misję, wolontariat, poświęca swój czas, daje swoje umiejętności, wiedzę. Ale też bardzo dużo dostaje od tych ludzi, których leczy i nie chodzi tutaj o rzeczy materialne. Nawet taka prosta kontra, czyli porównanie tego do czego się wraca, z tym skąd się wraca, daje sporo do myślenia.

Pokory i szacunku do pacjenta można się uczyć od medyków, którzy jeżdżą na misje

Im więcej ekstremum tym mniej narzekania? Coś takiego sugeruje jeden z ratowników medycznych.

Na pewno ekstremum ogranicza czas na narzekanie, podstawowe potrzeby, jakie sobie zdołamy zapewnić, dają już wtedy satysfakcję.

Gdy rozmawiam z lekarzami, ratownikami często w ich opowieściach słyszę wiele bezsilności wobec systemu, pacjentów. W historiach o medycynie ekstremalnej bezsilność ustępuje miejsca pogodzeniu się z tym, że jest jakaś siła wyższa, że nie da się wszystkiego zrobić.

Bezsilność wkracza wtedy, gdy lekarz, ratownik pracujący w warunkach ekstremalnych wie, że mógłbym pomóc, gdyby nie był w tym danym miejscu. Np. kilkuletnie dziecko pewnie mogłoby wyzdrowieć, gdyby było w szpitalu w Polsce, ale w wiosce w Birmie, bez dostępu do lekarstw, zabiegów, sprzętu, jego szanse na przeżycie są dużo mniejsze. Lekarz wie, że on wyjedzie i temu dziecku nikt nie pomoże. To jest najtrudniejszy rodzaj bezsilności. Takie ekstremum mentalne, bardzo trudne, bo jeśli ktoś jest ranny i nie można go uratować, to ratownik godzi się z tym, że nie każdemu pomoże.

Chociaż strażacy z grupy z Nowego Sącza, którzy pojechali do Nepalu po trzęsieniu ziemi, opowiadali, że jechali tam z nadzieją, że będą szukać żywych osób, to się nie udało. Szukali tylko ciał. Ale jeśli medyk, ratownik, strażak rozpatrywałby każdą historię zero-jedynkowo - to znaczy, że nie dał rady kogoś uratować - to byłaby szybka droga do ucieczki z tego zawodu. W czasie rozmów do książki często padało takie zdanie: „jadę, żeby zrobić jak najwięcej, ale nie uratuję wszystkich, bo tak się nie da”.

„Będzie miał kto nas zastąpić, jest chętna młodzież”. Takie zdanie pada z ust jednego z bohaterów książki. Są rzeczywiście chętni?

Zależy gdzie. Do grupy strażackiej chętnych nie brakuje, do TOPR-u też zgłaszają się kolejne osoby, bo jednak GOPR i TOPR mają swoją renomę budowaną przez lata. Z kolei Karol Bączkowski, ratownik medyczny, przyszłości swojego zawodu nie widzi tak kolorowo.

Dlaczego ludzie decydują się na uprawianie medycyny ekstremalnej?

W wypadku TOPR-u działa tradycja, często ktoś z rodziny był ratownikiem i potem kolejne pokolenia idą w jego ślady. Są też pasjonaci, których od młodych lat ciągnęło do pomagania innym i zaczynają od wolontariatu, przez pracę w pogotowiu czy ochotniczej straży pożarnej. Tak jak Rafał Maziejuk, który brał udział w akcji pod Szczekocinami, a dziś jest ratownikiem w policji.

Ratownik medyczny Tomasz Sanak, który był kilka razy w Afganistanie, stwierdził, że cechą wspólną jest to, że ich wszystkich „swędzą nogi”, to znaczy nie mogą wysiedzieć w szpitalu, przychodni, chcą zobaczyć, jak pracuje się w innym miejscu, szukają adrenaliny, ekstremum. Jak z himalaistami, którzy raz na jakiś czas muszą spakować się i jechać na wyprawę, bo inaczej są nie do zniesienia w domu.

Książka miała nie mieć tylu rozdziałów „wojennych”, bo wydawało się nam z redakcją, że wojna jest tak dalekim tematem, że czytelnika to może znudzić

Często osoby uzależnione idą w sporty ekstremalne, bo potrzebują jakiegoś pobudzenia, uzależniają się od adrenaliny.

Podobnie mówił Mariusz Urbaniak z GROM-u. Ci żołnierze w sile wieku kończą służbę i często zaczynają uprawiać ekstremalne sporty, bo przez lata żyli na wysokich obrotach i trudno im z tego zrezygnować.

Dariusz Jaroń (z prawej), autor książki "Ekstremalni" (wyd. SQN)
fot. mat. prasowe/Wydawnictwo SQN
Fot.

Myślałam, że ta książka będzie aktualna ze względu na pandemię, ale wydarzyło się jeszcze coś bardziej aktualnego – wojna w Ukrainie. Epilog dopisał się trochę sam.

W ogóle książka miała nie mieć tylu rozdziałów „wojennych”, bo wydawało się nam z redakcją, że wojna jest tak dalekim tematem, że czytelnika to może znudzić. Tymczasem od 24 lutego wojna jest tuż obok i to ekstremum pola walki, opatrywanie i ewakuacja rannych pod ostrzałem dzieje się tuż obok naszej granicy. Decyzja, by wątek o Ukrainie znalazł się w książce, zapadła natychmiast. Zdążyliśmy w ostatnim momencie, bo za chwilę materiał miał iść do drukarni, ale trudno sobie wyobrazić, żeby taka książka nie poruszała tego wątku chociaż w epilogu. Zwłaszcza, że część moich bohaterów jest zaangażowana cały czas w pomoc Ukrainie, w transporty lekarstw, w organizowanie szpitali polowych. To jest bardzo żywe, oby nie trwało długo.

Dariusz Jaroń - absolwent ekonomii na Uniwersytecie Jagiellońskim, tłumacz, reporter, autor książki „Ekstremalni. O bohaterach, którzy narażają życie, by ratować innych”. Wcześniej wydał m.in. książkę „Polscy himalaiści” i „Skoczkowie. Przerwany lot”.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Zastępczyni redaktorki naczelnej RadioZET.pl, szefowa newsroomu, koordynatorka sekcji publicystycznej. Dziennikarka i teatrolożka (z wykształcenia i zamiłowania). Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. W RadioZET.pl od sierpnia 2021. Wcześniej pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady. Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl.

logo Tu się dzieje