Zamknij
Ostrowiec Świętokrzyski
Ul. Opatowska w Ostrowcu Świętokrzyskim, 2010 r.
fot: Krugerr/Wikimedia Commons/CC BY-SA 4.0
MŁODZI (NIE) CHCĄ WRACAĆ

Miasto emerytów „Smutny ten Ostrowiec”

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
13.01.2022 16:49
13.01.2022 16:49

Było słychać hutników i kino „Hutnik” było. Teraz jeśli ktoś chce rozrywki, to znajdzie, ale smutny jakiś ten Ostrowiec. Miasto dla emerytów.

Zofia, 85-latka, wyraźnie ożywia się, gdy przypominają jej się te wszystkie seanse w kinie „Hutnik”, występy przyjezdnych grup teatralnych z Lublina, no i potańcówki, też przy hucie. - Kiedyś w mieście było słychać hutników. Życie w ogóle toczyło się wokół huty, to była żywicielka. Mimo że były ciężkie czasy, zawsze znalazło się jakieś rozrywki. Przyjemnie było po prostu – wspomina.

Gwar i hałas dobiegał też do niej z „szóstki”, sąsiedniej podstawówki. Nie tylko rano i po południu, kiedy dzieci szły na lekcje i kończyły naukę. Niemal cały czas słychać było okrzyki z boiska, rozmowy, śmiechy.

- Teraz huta działa, ale inaczej, jakoś na uboczu. Podstawówki nie ma. Zrobiło się cicho. Nic się nie rozwija, wszyscy uciekają, emeryt musi siedzieć, zakorzeniony – mówi kobieta już bez uśmiechu.

Do Lublina, Warszawy, Krakowa 

Zofia urodziła się w małej wsi, między Opatowem a Ostrowcem Świętokrzyskim (od Ostrowca to jakieś 10 km). Przeprowadziła się tu w 1957 roku. Była pielęgniarką. Najpierw pracowała w szpitalu w Opatowie, potem była oddziałową w ostrowieckim szpitalu.

Zazwyczaj lata młodości, jakie by nie były, kojarzą się dobrze, bo była siła, zdrowie, ale przeprowadzka Zofii rzeczywiście była udana, zbiegła się z rozkwitem miasta. Ostrowiec Świętokrzyski, wywodzący się z wsi Ostrów, istniejącej już w XIV w. (prawa miejskie Ostrowiec dostał w 1613 roku) swój pierwszy „skok” dzięki rozwijającemu się przemysłowi i powstaniu huty Klimkiewiczów (potem nazywanej Zakładami Ostrowieckimi) miał w XIX wieku.

Drugi „skok” zaczął się właśnie w latach 50. i 60. Z niespełna 20-tysięcznego miasta po II wojnie światowej z czasem Ostrowiec po przyłączeniu kolejnych podmiejskich osiedli i budowie nowych liczył prawie 80 tys. mieszkańców (teraz ma 67 tys. według danych z GUS z 2020 roku). Sprowadzała ich właśnie praca w przemyśle. Oprócz huty, zakładu metalurgicznego powstały tu też przedsiębiorstwa odzieżowe na czele z Wólczanką. Po transformacji Huta Ostrowiec i inne przedsiębiorstwa podupadły.

Pracownik huty w Ostrowcu Świętokrzyskim, 2002 r.
fot. DARIUSZ GACEK/REPORTER/East News

Mniej więcej wtedy Zofia przeszła na zasłużoną emeryturę. Jak wspomina, potrzebowała już domowego spokoju i cieszyła się nim.

- Dzieci, wnuki, potem opieka nad mężem – mówi. Domowy spokój ostatnio stał się jednak smutny. Po śmierci męża Zofia mieszka sama. Dzieci – córka i syn – zostały w Ostrowcu, ale wnuki porozjeżdżały się: do Lublina, Warszawy, Kielc.

Kuba, najmłodszy wnuk Zofii, od miesiąca mieszka w stolicy. Wcześniej studiował w Krakowie, ale gdy zaczęła się pandemia i studia zdalne, ze względu na oszczędności wrócił do Ostrowca. Obronił magistra, mieszkał z rodzicami w dużym domu i mógł zostać, bo pracę też znalazł szybko. 

- Ale w Ostrowcu to nuda. Po 22 nie ma co robić i jedyne co można, to pić alkohol na schodkach przy liceum – mówi. - Teraz jest fajnie, bo w końcu coś nowego się dzieje – dodaje. Chociaż kiedyś bardziej marzyło mu się życie w mniejszym mieście, może nie takim jak Ostrowiec, ale jak Lublin, Rzeszów. W Warszawie dostał jednak pracę niemal od ręki. 

Umarła klatka

Najpierw były telefony i pytania: jaka pogoda, co jedli, kiedy przyjadą na weekend. Z czasem przyszła świadomość, że tak już zostanie - młodzi tam, starzy tu. Zofia od razu dodaje, że trudno mieć żal o to, że dzieci, wnuki szukają swojego miejsca. Zwłaszcza, że widzi, co dzieje się na około. Ale taki układ oznacza tęsknotę i ból przynajmniej dla jednej ze stron, zazwyczaj tej starszej.

W poniedziałek więc Zofia rozmawiała z Kubą, we wtorek z żoną starszego wnuka. Jeśli oczy pozwalają, to trochę też poczyta, popatrzy w telewizor. W tygodniu pójdzie do kościoła i na cmentarz. Ma też dwa stałe sklepy, do których chodzi, bardziej w ramach ćwiczenia nóg niż na zakupy. 

Spotkania sąsiedzkie raczej zanikły. - Umarła klatka – wyjaśnia krótko. - Dawniej było życie, jeden drugiego widział, teraz i przez tydzień nieraz nikogo się nie spotka. Można umrzeć i nikt by nie wiedział, że się umarło.

Wyliczyła, że w jej bloku zostało siedem rodzin: starsi poumierali, młodzi wyjechali. Przykład z parteru. - Sąsiadka przepisała mieszkanie na wnuczka. Zmarła, a wnuczek z żoną wyjechali za granicę. Teść się zajmuje mieszkaniem, wynajmuje komuś – mówi.

Dawniej było życie, jeden drugiego widział, teraz i przez tydzień nieraz nikogo się nie spotka. Można umrzeć i nikt by nie wiedział, że się umarło

Koleżanki Zofii mają podobnie: dzieci, czyli pokolenie obecnych 50, 60-latków, jeszcze zostały na miejscu, ale wnuki wyjechały. - Ostatnio rozmawiałam z młodszym znajomym. Ma dwie córki, obie we Wrocławiu – opowiada Zofia. Najczęściej jednak słyszy o Krakowie, ale też o Warszawie, Łodzi. Albo o wyjazdach za granicę. Najczęstszym kierunkiem jest Anglia.

- Jak przyszły święta, to na placu przed blokiem przyjeżdżały całe busy, zajęte były wszystkie miejsca parkingowe. Teraz, może przez tego wirusa, nawet na święta już nie przyjeżdżają – mówi. 

Prof. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, tłumaczy, że wyjeżdżanie młodych z wsi i małych miasteczek to widoczny trend nie tylko w takim mieście jak Ostrowiec. Czasami ten trend jest tak długotrwały, że rzeczywiście prowadzi do powstania miast emerytów.

Wjazd do Ostrowca Świętokrzyskiego, 2003 r.
fot. ANDRZEJ WAWOK/REPORTER/East News

- Wystarczy spojrzeć na południe Podlasia. Mamy tam takie gminy jak Orla czy Dubicze Cerkiewne, które mają po 40 proc. 60-latków i po 14,15 proc. 80-latków, czyli prawie połowa mieszkańców jest po 60. roku życia - podaje przykład demograf. To, jak wyjaśnia, specyfika obszarów, które były poddawane ucieczce przez 50, 60 lat. Dotyczy to nie tylko Podlasia, ale też Lubelszczyzny, południowej części Mazowsza, części województwa łódzkiego i właśnie woj. świętokrzyskiego z wyłączeniem Kielc i okolic. Dlaczego ludzie wyjeżdżali z wsi i miasteczek 50, 60 lat temu?

- Uprzemysłowienie – wyjaśnia krótko prof. Szukalski. - Świetnym przykładem jest teren na północ od Kutna, czyli Włocławek, Płock, Konin, gdzie zaczęły powstawać wielkie zakłady, które potrzebowały tysięcy ludzi do pracy. Ściągano ich z okolic, dlatego te małe miasteczka się wyludniały – tłumaczy prof. Szukalski. Tak jak w Ostrowcu do huty. Co więc stało się później? - Z biegiem czasu, w latach 90., okazywało się, że nawet miasto, gdzie mieszka kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców nie zapewnia wystarczającej atrakcyjności i ludzie wyjeżdżali do większego ośrodka, które miało zróżnicowaną gospodarkę – mówi. Najpierw to były miasta wojewódzkie, a potem jeszcze dalej – czyli inne kraje.

- Zaczynało się na peryferiach peryferii, z biegiem lat ten proces „ucieczki” dotyczył większego obszaru kraju i stało się to ogólnopolską tendencją – podsumowuje prof. Szukalski.

Pod McDonaldem

- Miasto starszych? Nie. Ci starsi w większości już umarli – odpowiada Maria, rocznik 39., ostrowczanka od urodzenia. - U mnie w pracy to tylko parę młodych osób zostało, reszta już nie żyje - podaje przykład. Maria, zanim przeszła na emeryturę, pracowała w laboratorium. Mówiąc młode osoby, ma na myśli 50-latków. 

Przyznaje, że dzieci rzeczywiście jest mniej. - Nawet proboszcz ostatnio mówił, że w zeszłym roku było tylko 15 chrzcin – przypomina sobie Maria. Chrzciny i urodzone dzieci to co innego, ale w tradycyjnym wciąż Ostrowcu, zdecydowana większość rodzin mocno związana jest z kościołem. - Za to pogrzeby nieraz cztery w tygodniu, na tablicy przy cmentarzu nie ma gdzie już wieszać klepsydr – zwraca uwagę.

Nawet proboszcz ostatnio mówił, że w zeszłym roku było tylko 15 chrzcin

Przygląda się też po kolei sąsiednim domom przy swojej ulicy: córki Ani w Szkocji, u Adasia syn studiuje w Łodzi, brat wyjechał do Anglii, u Agnieszki córki zostały, ale jedna wnuczka już wyjechała do Kielc (druga jeszcze się uczy w liceum), syn i córka Basi w Warszawie i tam już kupili mieszkania, podobnie jak u kolejnych sąsiadów. Ewy dzieci jeszcze chodzą do szkoły, ale zaraz starszy napisze maturę i wyjedzie na studia. Naprzeciwko jedna córka sąsiadki wyjechała do Warszawy, młodsza została, jej syn właśnie zaczął studia w Łodzi, więc też go nie ma. Tylko Jadzi dzieci zostały na miejscu.

- I prawie same wdowy zostały na ulicy – dodaje Maria. Ona też już mieszka sama.

- Właśnie siedzę na discordzie i rozmawiam z kolegą ode mnie z klasy, który ze mną studiuje, ale został w domu – opowiada 19-letni Bartek, wnuk sąsiadki z naprzeciwka, który wyjechał na studia do Łodzi.

To miasto oprócz Warszawy najczęściej wybierały osoby z jego klasy. W Ostrowcu, jak opowiada, zostało tylko kilka koleżanek, które słabo napisały matury i ci – jak jego kolega z discorda – którzy na razie mają studia zdalne. Ale to tymczasowa sytuacja, bo jak wrócą zajęcia stacjonarne, wyjadą jak Bartek.

- Wyjechałem mimo nauki online, bo już chciałem poczuć dorosłe życie, życie studenta. Mieszkam w akademiku, żeby chociaż w ten sposób poznać ludzi z uczelni na żywo – wyjaśnia. W domu od początku roku akademickiego był tylko raz – na Boże Narodzenie.

- Jeden mój kolega, rok starszy, zrobił sobie gap year w Ostrowcu, pracował, a potem poprawił maturę i wyjechał na studia do Krakowa – przypomina sobie Bartek. Sam, w wakacje gdy jeszcze uczył się w liceum, szukał pracy, ale było trudno nawet o taką dorywczą. Trochę pracował jako kurier, jeździł też zbierać wiśnie. Praca to był też argument za wyjazdem. I rozrywka. Głównym miejscem spotkań Bartka ze znajomymi było popularne „pod McDonaldem” (pierwsza i jedyna znana restauracja z fast foodem w Ostrowcu została otworzona w 2010 roku).

Lokal McDonalds w Ostrowcu Świętokrzyskim, 2012 r.
fot. Marek BAZAK/East News

- Albo chodziło się po jakiś ciemnych uliczkach – dodaje Bartek.

- Rozważasz powrót?

- A w życiu – odpowiada od razu.

Przemek, jego młodszy brat, jest co prawda dopiero w ósmej klasie, ale wie już, że pójdzie w ślady Bartka. Trochę ze względu na pracę, ale to nie jedyny argument. 

- Mamy hutę, ale to nie mój kierunek – mówi. Jego dziadek i tata pracują w hucie, ale dla Przemka to już abstrakcja i zupełnie odległy temat. Interesuje się informatyką.

- Ostrowiec ma taki problem, że powoli wymiera. Młodzi ludzie wyjeżdżają, władza chce się głównie przypodobać starszym, np. na basenie widziałem, że są jakieś ćwiczenia dla emerytów. To jest zamknięte koło, bo młodzi nie zostaną, jak nic dla nich nie będzie – stwierdza Przemek.

Ostrowiec ma taki problem, że powoli wymiera

Żeby być w pełni sprawiedliwym, na początku lat dwutysięcznych po sukcesach ostrowieckiego KSZO (piłki nożnej i piłkarzy wodnych) miasto rozbudowało bazę sportową i przez jakiś czas na odnowionym stadionie i nowej pływalni olimpijskiej organizowano ogólnopolskie wydarzenia sportowe.

Przemek jednak widzi co innego: kino jest, restauracje też niby są, ale nie ma tego dużo. Ostrowiec w przeciwieństwie do Warszawy nocą nie żyje. O godz. 17 ulice pustoszeją, sklepy są pozamykane, na rynku ostrowieckim hula wiatr. Przemka ciocia wyjechała z Ostrowca i mieszka w Warszawie, więc często ją odwiedza, stąd to porównanie. 

- Tam jest więcej możliwości, w Ostrowcu nie ma co robić – stwierdza.

Kościół, cmentarz, serial 

Jak to było kiedyś? - Kiermasze organizowali, teatr przyjeżdżał, w Zeddeku (ZDK – słynny Zakładowy Dom Kultury) były potańcówki, kino tam też było, ale częściej chodziłam do „Hutnika” - wspomina Maria. Ostatni raz w kinie była na filmie „Karol. Człowiek, który został papieżem”. Wnuczki szły, to i ona poszła. 

Wnuczki ponad 10 lat temu już wyjechały do Lublina. Odwiedziła je nawet kiedyś, ale standardowy tydzień raczej wygląda u niej tak: trochę gazet poczytać, dwa obowiązkowe seriale (tureckie), trzy teleturnieje („Krzyżówka”, „Koło Fortuny”, „Jaka to melodia”) i prognoza pogody na koniec dnia. - Kiedyś oglądałam jeszcze „Wiadomości”, ale teraz wkurzyli mnie, jak mówili, że jest tak dobrze, a ja za śmieci płacę dwa razy więcej, chleb kosztuje cztery złote zamiast dwóch – mówi Maria.

Do tego jeszcze co drugi dzień spaceruje na cmentarz, co niedziela do kościoła, odwiedza też syna, synową. I jak to w domu: trzeba uprać, uprasować, coś posprzątać. No i obowiązkowe telefony do wnuczek, czasem do koleżanek, sąsiadów. Jedna jej sąsiadka, chociaż starsza, o wiele częściej wychodzi. Maria widzi, jak co czwartek jeździ na targowicę. 

W Ostrowcu nie mówi się bazar, targ, tylko targowica (jedna z największych regionie). Jeszcze przed bramą wejściową wzdłuż chodnika stoją starsze panie, a to z jajkami, a to z grzybami, jagodami, w zależności od pory roku. Potem jest już wszystko – stoiska z bluzkami za 30 zł, spodniami za 50 zł, ale są też torebki, pościel, garnitury. Dalej, obok hali targowej stoiska z warzywami. Nie chodzi o to, żeby kupować, ale można ludzi trochę pooglądać, jednego, drugiego zaczepić. Jak się tyle lat mieszka w jednym mieście, to zawsze trafi się na znajomego. Oprócz wyjazdów na targowicę, sąsiadka Marii co poniedziałek spotyka się z koleżankami na brydża, co tydzień u innej. Do niedawna było ich cztery, ale jedną córka zabrała do Warszawy, bo wymagała już opieki. Długo pozostałe panie przeżywały brak potrzebnej pary do gry, potem zaczęły tzw. grę z dziadkiem (wtedy wykłada się karty na stół).

Powrót? Dwa warunki 

- Jakieś dwa lata temu wyremontowali browar i tam teraz są jakieś główne wydarzenia kulturalne. Przenieśli tam kino, bibliotekę, jest też restauracja. Byłam tam kilka razy na pokazach pościeli i garnków – mówi o kolejnych rozrywkach w Ostrowcu Maria. W jednej z podstawówek działa Uniwersytet Trzeciego Wieku, są też spotkania dla seniorów, całodzienne wyżywienie. Z udogodnień dla seniorów emerytka zwraca uwagę też na ulgi, które ostatnio zwiększyli, np. na autobusy.

- Trochę jest też nowych pojazdów niskopodłogowych – mówi. Oprócz domów dziennego pobytu Maria, mówiąc o wsparciu dla najstarszych, wspomina też o hospicjach. - W jednym jest tylko 25 łóżek i zawsze są zajęte, trudno o miejsce – tłumaczy.

O siebie się nie boi, bo jednak syn, synowa zostali na miejscu, pomagają. Bez nich nie dałaby rady zapłacić rachunków przez internet, w pandemii zrobić zakupów, w ogóle nie widziałaby ludzi. To młodsze pokolenie, czyli 50, 60-latków wydaje się w gorszej sytuacji, bo to z ich dzieci mało kto został na miejscu.

Jeszcze 10 lat temu w Polsce na jedną starszą osobę (65 plus) przypadało ponad pięć młodszych (między 15. a 64. rokiem życia). Jak wyliczyli socjolodzy, za niecałe dziesięć lat, w 2030 roku, będzie to mniej niż trzy osoby. Początkowy niepokój o młodych, gdy wyjeżdżali na studia, do pracy, zamienia się w strach o siebie. Bo może zabraknąć tych, którzy będą mogli pomóc w codziennym życiu. I to jeden z dwóch powodów, dla których do Ostrowca wróciłby Rafał, starszy wnuk Zofii. 

Rynek w Ostrowcu, 2012 r.
fot. Marek BAZAK/East News

- Ostrowiec jest zapomnianym miastem na mapie Polski. Nic się w nim nie dzieje ani gospodarczo, ani kulturowo. Choć kulturowo pomimo możliwości, jakie daje większe miasto, to tylko wydarzenia sportowe od czasu do czasu mnie interesują - przyznaje. Co by go więc skłoniło do powrotu? - Albo świetnie płatna praca, albo chęć pomocy rodzicom np. w chorobie, albo jedno i drugie - stwierdza.

Dlatego Katarzyna, 55-latka, wcześniej postanowiła temu zaradzić. Jej starszy syn wyjechał na studia do Lublina i tam został, chociaż myśli o przeprowadzce do Warszawy. Lepsze możliwości. Młodszy mieszka w Łodzi. Sama Kasia myśli o wyprowadzce z Ostrowca. Bo co ją tu trzyma?

- Dzieci już tu nie wrócą, mąż zaraz przejdzie na wcześniejszą emeryturę, u mnie w pracy dyrektor tak daje popalić, że nie da się wytrzymać, ale jak to w takich małych miastach, nie ma na niego mocnych. Mama pytała mnie, czy mi nie będzie szkoda, bo pracowałam tu 30 lat? Przewinęły mi się obrazy z ostatnich lat, wszyscy moi przyjaciele, z którymi się trzymałam, zmienili pracę, więc odpowiedziałam, a czego ma być mi żal? - opowiada. Mamę chce zabrać ze sobą, mieszkanie sprzedać i dać na wkład własny starszemu synowi. Pracę przy nowym domu (wyremontowanym po babci, w woj. świętokrzyskim, ale bliżej starszego syna) ma już obiecaną. Też w szkole. Nauczycieli teraz niemal wszędzie potrzebują, zwłaszcza przedmiotów ścisłych. Tam mimo wszystko widzi dla siebie więcej możliwości i mimo wszystko lepszą przyszłość.

- I smutny jakiś ten Ostrowiec – stwierdza Zofia.

Zmieniłam niektóre imiona bohaterów reportażu.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl