Zamknij
Nadopiekuńczy rodzice, niesamodzielni dorośli. „Dziecko jest okaleczane”
Nadopiekuńczość rodziców może w przyszłości skrzywdzić dzieci
fot: Motortion Films/Shutterstock
"POKOLENIE PŁATKÓW ŚNIEGU"

Nadopiekuńczy rodzice, niesamodzielni dorośli. „Dziecko jest okaleczane”

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
25.11.2021 16:07
25.11.2021 16:07

Na rozmowę o pracę kandydatka przyszła z mamą. Córka została usadzona z boku, mówiła matka. Na uczelni dziekanaty wywiesiły kartki: „rodziców studentów nie obsługujemy”. A w szkołach? Rodzice potrafią dzwonić do pedagogów, bo dziecko nie odbiera telefonu. Nie odbiera, bo jest na lekcji. - Nadopiekuńczość to forma przemocy – przypominają nauczyciele.

- To był pierwszy rok mojej pracy – przypomina sobie od razu Aleksandra, nauczycielka wychowania przedszkolnego spod Warszawy. Chłopiec z grupy pięciolatków rozlał sok i odszedł od mokrej plamy, jak gdyby nigdy nic. Aleksandra zwróciła mu uwagę i poprosiła, by posprzątał, co rozlał. Nie reagował, potem krzyczał. W końcu wytarł, ale następnego dnia na Aleksandrę krzyczała mama chłopca, bo jakim prawem jej syn musiał to robić, on nie jest od tego, to go upokorzyło.

- Nie ma głupich dzieci, są głupi rodzice – pomyślała wtedy Aleksandra i z każdym dniem swojej pracy utwierdzała się w tym przekonaniu. Maili, w których mamy proszą o sprawozdania, co zjadło ich dziecko w ciągu dnia, czym się bawiło, czego się nauczyło, już nie liczy. Albo wizyt rodziców, którzy zaglądają na plac zabaw sprawdzić, czy dziecko ma np. założoną czapkę. I telefonów w ciągu dnia z pytaniami, czy dziecko zjadło, czy było w toalecie, czy nie jest mu za gorąco. - Tłumaczę zawsze rodzicom, że jeśli działoby się coś z dzieckiem to na pewno zadzwonilibyśmy. Jeśli to nie pomaga, to rzeczywiście idziemy i zerkamy, co się dzieje w grupie dziecka, by uspokoić rodzica – mówi Joanna Poselt, dyrektorka przedszkoli Galileo. Też odbierała podobne telefony.

W półśnie, butelką

To, że dziecko przychodzi do przedszkola ze smoczkiem, zdarza się już rzadko. Sytuacje, że wciąż chodzi w pieluszkach i nie potrafi skorzystać z toalety - już częściej. Jeszcze większa grupa ma problem z jedzeniem. - Nie gryzą - tłumaczy krótko Poselt. W domu wciąż mają przecierane jedzenie, a mowa o trzy, cztero-, pięciolatkach. - Są karmione w półśnie butelką. W smoku robi się większą dziurkę, żeby jedzenie szybciej schodziło – opowiada dyrektorka. Dlaczego? - Rodzic jest spokojny, że odpowiednia ilość pokarmu zeszła. Poza tym nie trzeba się bawić, zachęcać, żeby dziecko zjadło obiad czy kanapkę, a w tym wieku dziecko lubi pogrymasić, więc jest szybciej – słyszy nieraz od rodziców.

Proponuje wtedy spotkanie z dietetykiem, logopedą, bo tu już nie chodzi tylko o to, że dziecko nie ma kształtowanych kubków smakowych. Gdy nie gryzie, źle kształtuje się aparat mowy. Na spotkaniach z rodzicami dyrektorka często podaje też taki przykład.

Nie brakuje rodziców, którzy trzymają swoje dzieci "pod kloszem"
fot. Nicoleta Ionescu/Shutterstock

- Dwu-, trzylatek gdy widzi, jak ktoś zmywa naczynia, to też chce spróbować, pobawić się, a my dorośli mówimy: odejdź, bo się pochlapiesz, bo rozlejesz, bo się pobrudzisz. Jak dziecko ma 10 lat, to łapiemy się na tym, że nie umyje talerza – opowiada.

Autem prawie do szatni

Bo potem taki przedszkolak idzie do szkoły. Marta Szymczyk, pedagożka w łódzkiej podstawówce, zauważyła kiedyś, że jeden z trzecioklasistów wciąż je przecierane jedzenie. Na pytanie dlaczego, odpowiedział, że rodzice mu tak szykują. Prawdziwe bitwy w podstawówkach toczą się jednak o telefony. Z jednej strony rodzice chcą ich ograniczenia, ale z drugiej strony kochają taką formę kontroli.

- Czasem dzwonią do pani pedagog i mówią, że ich syn, czy córka nie odbiera. Nie odbiera, bo jest na lekcji! To rodzic prosi, żeby iść i sprawdzić, czy wszystko w porządku z jego dzieckiem – opowiada Dorota Kuchta, dyrektorka Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie. Parę podobnych telefonów odebrała też Marta Szymczyk. A Joanna Poselt przypomina, że już w przedszkolu są zakusy, żeby zostawić komórkę dziecku, ale nauczyciele proszą, by tego nie robić.

Czasem dzwonią do pani pedagog i mówią, że ich syn, czy córka nie odbiera. Nie odbiera, bo jest na lekcji!

- Jakiś czas temu zgłosiła się do nas firma z propozycją zainstalowania chipów w plecakach uczniów. Odmówiłem, stwierdziłem, że w aż tak irracjonalnym świecie nie żyjemy – opowiada Michał Różański, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi. Miałoby to uspokoić rodziców - tak jak telefony – np. w drodze powrotnej dziecka ze szkoły. - Świat zawsze był jaki był, trzeba pracować z dzieckiem, żeby nie skręcało z drogi, żeby nie rozmawiało z obcymi, zresztą jakie dziecko chodzi teraz samo do szkoły? - komentuje Poselt. Kończy się na tym, że dzieci dostają telefony, nie odrywają od nich oczu i nie znają topografii miasta, więc i tak zawożą je rodzice do szkoły.

Tomasz Bilicki, psychoterapeuta, interwent kryzysowy i nauczyciel wiedzy o społeczeństwie po kilku dyżurach w szatni na drzwiach swojej podstawówki i na Facebooku zamieścił takie ogłoszenie: „Rodzicu, który księżniczkę/księcia podwozisz pod drzwi szkoły i najchętniej wjechałbyś autem do szatni, niesiesz tornister, pomagasz zdjąć kurteczkę, otwierasz ciężkie drzwi wejściowe, chronisz przed deszczem, dziękuję, że zapobiegasz bezrobociu terapeutów”. Nie uniknął pytań z lekkim oburzeniem: jak to tak, to jak inaczej robić?

Mama polski, babcia matematykę

Katarzyna, matematyczka w klasach 4-8, gdy uczeń nie odrobi pracy domowej, bardzo często słyszy wyjaśnienie: bo mama mi nie przypomniała. Mama albo tata nawet już czasem nie przypominają, tylko sami odrabiają ćwiczenia.

Tomek np. nie pamięta już, ile dostał szóstek z plastyki. Za obrazki, zdjęcia, robił nawet jajko ze styropianu na Wielkanoc. Wszystkie te prace miał zadane ich syn, szóstoklasista. Tomek chętnie nie pomagałby mu w lekcjach, ale jak tego nie robić, skoro inni pomagają? - W klasie jest jeden uczeń, którego mama jak nie wie, jaka jest praca domowa, to dzwoni do uczniów z pytaniem, co było zadane. W czasie lekcji zdalnych za niego nieraz odpowiadała - opowiada.

W prace domowe Adasia, siódmoklasisty, zaangażowana jest większa część rodziny. Gdy mama wraca z pracy, przygotowuje obiad i bierze się za wypracowanie na polski, czasem za historię. Za ćwiczenia z matematyki odpowiada już babcia - zanim poszła na emeryturę była księgową.

W klasie jest jeden uczeń, którego mama jak nie wie, jaka jest praca domowa, to dzwoni do uczniów z pytaniem, co było zadane

Dlaczego tak? Żeby nie było wstydu, że Adaś ma gorsze oceny niż inni. Zapewne z podobnych powodów w ubiegłym roku szkolnym ponad 3 tys. ośmiolatków w Polsce napisało bezbłędnie międzynarodowy konkurs matematyczny Kangur, który przez pandemię odbywał się zdalnie. Rok wcześniej, gdy dzieci pisały go w szkole, maksymalną notę miało osiem osób.

Jaki wynik wam wyszedł z ćwiczenia piątego z matematyki, na kiedy trzeba przeczytać lekturę, ta klasówka z chemii była za trudna - najwięcej takich powiadomień Justyna dostaje około 18, ewidentnie wtedy każdy siada do lekcji. Tylko nie są to pytania uczniów, ale rodziców na messengerowej grupie. - Czasem można zwariować. Niektórzy przeżywają ocenę, sprawdzian, jakby sami go pisali - opowiada mama Piotrka, ósmoklasisty. Choć przyznaje, że ostatnio była dumna ze swojej prezentacji o Morzu Śródziemnym. Co robił w tym czasie Piotrek? - Grał na telefonie – przyznaje Justyna, ale dodaje zaraz, że przecież ona przygotowała to lepiej i szybciej. Jednego by jednak nie zrobiła: nie przygotowałaby mu ściągawki na klasówkę. - Matka jednego z uczniów chwaliła się, że zrobiła synowi ściągę z historii – wspomina.

Rodzic w dziekanacie

Potem taki uczeń idzie do szkoły średniej. Jakie było zdziwienie Rafała, gdy kuzynka poprosiła go, by odwiózł jej syna do szkoły, kiedy ona z mężem musiała wyjechać służbowo. Nic by w tym dziwnego nie było, gdyby nie to, że syn ma prawie 17 lat, chodzi do drugiej liceum. - Bo zawsze go odwożą – usłyszałem wyjaśnienie, gdy spytałem, czy sobie sam nie poradzi, zwłaszcza, że do szkoły ma jakieś 20 minut pieszo - wspomina Rafał. 17-latka odwiózł, tak jak prosiła kuzynka. Jego też spytał, a co chodzi, czy mu to odpowiada. Chłopak stwierdził, że początkowo nie, ale teraz ceni sobie komfort. Pod szkołą aut nie brakowało.

A potem zaczynają się studia. - Już w czasie rekrutacji dostajemy pytania od rodziców, np. czemu tak przebiega nabór, o terminy itd. - opowiada prof. Radzisław Kordek, rektor Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. A gdy student nie zda w sesji egzaminu i ma termin poprawkowy, u wykładowcy pojawia się rodzic. - Pod drzwiami siedzi matka i tłumaczy, że dziecko się uczy i tym razem zda. Miałem chyba trzy takie sytuacje w ubiegłym roku. Każdy z egzaminujących spotkał się z podobnym zachowaniem. Są też prośby, żeby studenta jednak przepuścić - mówi rektor UMED-u. W czasie lockdownu do dziekanatów, rektoratu rodzice dzwonili też z pytaniami: jak będzie zorganizowana nauka, czy jest bezpiecznie, czy trzeba przychodzić na uczelnie. - To kiedyś było niewyobrażalne, teraz się wysyła tatę lub mamę, w szczególności jeśli są lekarzami – podsumowuje prof. Kordek.

Pod drzwiami siedzi matka i tłumaczy, że dziecko się uczy i tym razem zda. Miałem chyba trzy takie sytuacje w ubiegłym roku

Być może dlatego na drzwiach jednego z dziekanatów na Uniwersytecie Łódzkim jakiś czas temu powieszono kartkę: „rodziców studentów nie obsługujemy”. Bo potem taki student idzie, albo powinien pójść do pracy. Michał Różański wspomina, jak niedawno szukał pracownika administracji do szkoły.

- Na rozmowę kwalifikacyjną kandydat przyszedł z rodzicem – wspomina. - Zacząłem się bać i zastanawiać, jak te dzieci poradzą sobie w życiu – wspomina. Kandydat pracy nie dostał. - To nie jest przypadkowa sytuacja. Do mnie na rozmowę przyszła dziewczyna z matką. Córka została posadzona z boku i to mama mówiła. Usiłowałam tłumaczyć, że chcę rozmawiać z córką, bo to jej sprawa dotyczy, ale nie mogłam dojść do głosu. Córka też nie, widać, że była zagubiona, niesamodzielna – wspomina dyrektorka przedszkoli Galileo. Pracy dziewczyna nie dostała.

Nadopiekuńczość jest formą przemocy

O co chodzi? Joanna Poselt na początek przypomina, że kiedyś w rodzinach było więcej dzieci, więc w naturalny sposób opieka nad nimi się rozkładała. - Do naszego przedszkola chodziły kiedyś trojaczki, trzy dziewczynki. Od początku same jadły, same się ubierały, co więcej pomagały często innym dzieciom - podaje przykład. Przez ostatnie lata utrwalił się jednak model rodziny dwa plus jeden. I to jedno dziecko, jak tłumaczy Poselt, często staje się epicentrum świata dla rodziców, dla dziadków i wszyscy usuwają mu pyłek sprzed nóg. - To pokutuje, bo dziecko, owszem, obrasta w dobrobyt, rozwija się intelektualnie, ale emocjonalnie i społecznie jest okaleczane – mówi. Jej zdaniem zmagamy się też wciąż z trendem nadopiekuńczości, mocno obecnym w polskiej kulturze i akceptowanym społecznie. Zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety. - A nadopiekuńczość jest formą przemocy – przypomina Poselt.

Ta nadopiekuńczość wynika nieraz z postawy lękowej rodziców. - Sami są już owocem takiego wychowania. To dzieci lat 90., czyli transformacji ekonomicznej, politycznej, nastawione na wyścig, bycie najlepszym, najważniejszym. Są pogubieni, lęki, obawy o siebie przekładają na dzieci – tłumaczy dyrektorka przedszkoli.

- Traktują dzieci jak swoją własność, wpisują je w swoje życie, w którym jest kariera, sukces, więc dziecko też ma być najlepsze, najładniejsze. A dziecko nie jest własnością rodzica – podkreśla Marta Szymczyk. Nieraz okazuje się, że w życiu z karierą, pracą, sukcesem nie ma za wiele miejsca dla dziecka, stąd z braku czasu wyręczanie go we wszystkim.

Traktują dzieci jak swoją własność, wpisują je w swoje życie, w którym jest kariera, sukces, więc dziecko też ma być najlepsze, najładniejsze. A dziecko nie jest własnością rodzica

Joanna Poselt wraca jeszcze do lat 90., gdy zaczynała pracę jako nauczycielka. Wtedy obserwowała, jak pierwsi rodzice podwozili dzieci do szkoły. - Czuli się wyróżnieni społecznie, bo nie każdy miał wtedy auto, to był wyznacznik pseudo statusu. Coś co było wyróżnikiem, stało się normą i zaczęło nam szkodzić, jak z komórkami - porównuje. Zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię: brak konsekwentnego uświadamiania rodziców. - To jest rola przedszkoli i szkół, rodzice nie muszą o wielu rzeczach wiedzieć, ale my musimy – mówi. I takich placówek ewidentnie brakuje.

"Pokolenie płatków śniegu"

Potem z pozornie błahych rzeczy, jak karmienie butelką kilkulatków, podwożenie do szkoły, noszenie tornistra, odrabianie pracy domowej, robi się poważny problem. - Samodzielność i odpowiedzialność kształtują poczucie własnej wartości, w żaden inny sposób nie zbudujemy tego. Dają też motywację wewnętrzną, gdy podejmujemy wyzwanie i udaje nam się je zrealizować, to nas to buduje. Jeśli rodzice zaniedbają ten obszar, a ktoś nie urodził się z naturalnym poczuciem własnej wartości, to jest pierwszy krok do obniżonej samooceny, nastroju. Dziecko czuje się małe, słabe. Będziemy ponosić tego konsekwencje jako społeczeństwo - podkreśla Poselt.

Tomasz Bilicki, psychoterapeuta, nazywa taką młodzież „pokoleniem płatków śniegu”, bo są jak śnieżynki: cudowne, piękne, ale wystarczy wiatr, deszcz, upadną na ziemię i szybko się rozpuszczą. Często też o nich mówi kryształowe dzieci: inteligentne, doskonale mówiące po angielsku, świetnie ubrane, ale kruche jak kryształy. Dlaczego?

Nadopiekuńczy rodzice mogą wpędzić swoje dzieci w problemy
fot. YAKOBCHUK VIACHESLAV/Shutterstock

- Odebraliśmy dzieciom poczucie sprawczości, samodzielność – tłumaczy Bilicki. - Bo co myśli młody człowiek, gdy mama za niego nosi tornister, otwiera mu drzwi? Jaki ja muszę być słaby, że sam sobie z takimi rzeczami nie radzę - wyjaśnia psychoterapeuta. Wielokrotnie w gabinecie też słyszał: „moje dziecko uczy się dobrze, ale to jest moja średnia”, więc jak dziecko ma dobrze o sobie myśleć, skoro nie ma żadnych osiągnięć? Stąd gdy pojawiają się większe przeszkody, zaczynają się stany depresyjne, lękowe, w skrajnych przypadkach próby samobójcze. Dla takiego młodego człowieka większy problem to góra lodowa, której nie da się przejść.

Bez rodziców w przedszkolu

Mimo wszystko eksperci widzą zmiany i to na lepsze. O dziwo przyniosła je pandemia. - Od kiedy rodzice nie mogą wchodzić na teren przedszkola, do szatni, zobaczyli, że syn czy córka świetnie dają sobie radę z ubraniem się, są samodzielne. Staramy się wykorzystać ten czas – mówi Poselt.

Co myśli młody człowiek, gdy mama za niego nosi tornister, otwiera mu drzwi? Jaki ja muszę być słaby, że sam sobie z takimi rzeczami nie radzę

Marta Szymczyk doświadczyła podobnej sytuacji w domu, to znaczy jej córka, trzecioklasistka, sama zaczęła wracać ze szkoły. - Nie chcieliśmy jej zostawiać na świetlicy. I świetnie sobie daje radę, wręcz garnie się do tego – opowiada pedagożka i zachęca do tego innych rodziców.

By budować samodzielność dziecka, w przedszkolach Galileo już jakiś czas temu wprowadzono zasadę: dzieci mają samodzielnie pić wodę, to znaczy same sobie ją muszą nalać, odstawić kubek, jeśli rozleją, muszą posprzątać. - Chodzi o ponoszenie odpowiedzialności za swoje wybory i pokazanie, że jak coś się nie uda, to nie jest porażka – wyjaśnia dyrektorka. Przy dystrybutorze jest często kolejka, a sprzątanie po sobie przedszkolaki traktują wręcz jako nagrodę.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl

C