Zamknij
Dzieci jedzą obiad w restauracji
Niektóre restuaracje zapraszają gości tylko bez dzieci
fot: EvgeniiAnd/Shutterstock

Nie kop pana, bo się spocisz. Okropne dzieci czy okropni rodzice?

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
16.09.2022 10:02

Ada do dziś słyszy w uszach piski biegających dzieci na wakacyjnym wyjeździe. Dlatego w tym roku zarezerwowała hotel, który kilkulatków nie przyjmuje. Paulina po wizycie rodziny z dziećmi w restauracji często robi zdjęcia. Ostatnio fotografując porozrzucane wokół stołu pierogi, zastanawiała się: dlaczego właściwie ma po nich sprzątać i czy ciągle musi słuchać ich pisków?

Ada i Maciek pod koniec września lecą do Turcji. Wycieczkę kupili już w lutym. Miejsca rozchodziły się w mgnieniu oka. Dodatkowym udogodnieniem, które przyciągało klientów, w tym Adę i Maćka, było to, że hotel nie przyjmuje rodzin z dziećmi. - Za wyjazd płaciliśmy 3 tys. za osobę. Trochę drogo, bo to już poza sezonem, ale spokój jest bezcenny – stwierdza Ada i wspomina zeszłe wakacje w Chorwacji. Oprócz tego, że dzieci biegały im niemalże między nogami, to postanowiły bawić się w chowanego. W hotelu. - Gdyby nie zatrzaśnięte drzwi, weszłyby nam do pokoju. A rodzice? Wieczorem zajęci piciem, w dzień w telefonach. Te piski mam do tej pory w uszach. Czy dzieci nie potrafią już normalnie mówić? - zastanawia się.

Bombelki biegajcie przy swoim stoliku

Między takimi biegającymi dziećmi stara się pracować Paulina, kelnerka w jednej z łódzkich restauracji. - Zawsze robię zdjęcia i pokazuje dziewczynom z kolejnej zmiany – opowiada. W telefonie wyświetla mi sfotografowane pierogi porozrzucane wokół stołu. - Te bachory - tak je nazywam, bo inaczej się nie da - nie mówią "poproszę" tylko "chcę". Albo "niech mi przyniesie ten sok" - wylicza. Trudno się dziwić, kiedy od matek słyszy podobne sformułowania. - Mój "ulubiony" tekst ostatnio: "tylko szybko te frytki, nie widzi pani, że córka głodna i płacze" - opowiada Paulina.

Często spotyka się też w pracy z rodzicami, według których gdy dziecko wychodzi np. do toalety, to kelner jest od tego, żeby je przeprowadzić i się nim zająć. - Albo dają do zabawy tablety dzieciom. Gdy podaję im rosół, oczywiście "bez tego zielonego z pokrojonymi kluseczkami", to ja mam uważać, żeby nie postawić talerza w tablety, bo rodzice czy dzieci same ich nie przesuną - mówi kelnerka.

Zanim rosół doniesie do stolika po drodze musi jeszcze uważać, żeby nie wpadło w nią inne biegające dziecko. - Wiesz, co by było, gdybym takim wrzątkiem oblała takiego bachora? Moja wina oczywiście - stwierdza. Dlatego kiedyś zwróciła uwagę matce biegającego rodzeństwa, że jest to zwyczajnie niebezpieczne, gdy ona nosi gorące potrawy czy napoje. - Matka objechała mnie tylko wzrokiem, nie skomentowała. Zawołała dzieci i powiedziała, żeby usiadły, a jak kelnerka przyniesie im jedzenie, to będą mogły dalej biegać. Co ona myśli, że tylko ich jeden stolik zamawia gorące dania? Przecież w restauracji są też inni klienci – wspomina z irytacją Paulina.

Dlatego wcale się nie dziwi jednej z poznańskich restauracji, która kilka lat temu poinformowała, że zaprasza rodziny z dziećmi, ale tylko z tymi powyżej szóstego roku życia. Do tego opublikowała zdjęcia brudnych stołów, krzeseł i podłogi po wizycie rodziny z małymi dziećmi. Niedługo potem podobne rozwiązanie wprowadziła kolejna poznańska restauracja, tłumacząc swoją decyzję skargami ze strony klientów, którzy lokal często wybierali do pracy, na spotkania biznesowe.

- Ostatnio byłam w restauracji jako gość i od tej strony wygląda to dokładnie tak samo. Siedzimy przy kolacji i dookoła naszego stolika ganiała się trójka dzieci. Dwa stoliki dalej matki piją aperola, telefony, śmiechy. Tylko zapomniały, że mają „bombelki”, które innym przeszkadzają. Powiedziałam tym "bombelkom", że to nie plac zabaw tylko restauracja. Potrzebuję spokoju, więc żeby nie biegały koło mnie. Zwróciłam im uwagę, że mają swój stolik i tam niech biegają. Poszły obrażone. „Madki” potem zerkały na mnie z wyrzutem – wspomina Paulina.

Siedzimy przy kolacji i dookoła naszego stolika ganiała się trójka dzieci. Dwa stoliki dalej matki piją aperola, telefony, śmiechy

Celowo używa słowa madki. To określenie popularne w internecie powstałe od połączenia słów "matka" i angielskiego „mad", czyli szalona, wściekła. Madka jest roszczeniowa, bez kultury osobistej, chętnie chwaląca się zdjęciami swoich "bombelków" w sieci. Według internetowych opowieści u boku madki stoi mało zaradny "tateł", czyli ojciec, a "bombelki" nazywane są Brajanami i Dżesikami. W ten sposób wyśmiewana jest moda na nadawanie dzieciom obcojęzycznych imion, by podwyższyć swój status społeczny.

- Takie sytuacje są wszędzie – odnosi się do opowieści z restauracji Ada i wspomina swoją niedawną podróż pociągiem z Warszawy do Krakowa. Miała miejsce przy stoliku. Ucieszyła się, że będzie mogła wygodnie popracować. Naprzeciwko niej miejsce zajął ojciec z bliźniaczkami. - Dziewczynki, może cztery, pięć lat, biegały po przedziale, w jedną, w drugą stronę, piszcząc w niebogłosy. Co robi tata? Słuchawki w uszy, smartfon do ręki i nic. Chociaż widział, że pracuję. Nawet jeśli nie miałabym laptopa przed sobą, to zwykły szacunek do drugiego tego wymaga – stwierdza Ada.

Rodzice chcąc mieć czas dla siebie, dają dzieciom smartfony i tablety
fot. BAZA Production/Shutterstock

W końcu konduktor sprawdzając bilety, kazał dziewczynkom zająć swoje miejsca. - Ojciec nie skomentował. Wziął smartfona, odłączył słuchawki i na cały przedział włączył piosenki dzieciom, żeby sobie śpiewały i czymś się zajęły – Ada wtedy nie wytrzymała, przesiadła się. - I rodzice się dziwią, że jak ktoś widzi w autobusie lub pociągu dziecko, to szuka miejsca jak najdalej - mówi. O podobnych sytuacjach z autobusu, samolotu czy kina może opowiadać godzinami - Żeby była jasność, bardzo lubię dzieci, jestem w stanie wiele zrozumieć, ale bez przesady – dodaje.

Dziecko samo się nie nauczy

Dr hab. Katarzyna Walęcka-Matyja, prof. UŁ z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Łódzkiego, tłumacząc skąd ta „przesada”, odwołuje się najpierw do koncepcji rozwoju człowieka. Ta zakłada cztery główne czynniki. Pierwszy związany jest z naszą biologią, genetyką, temperamentem, z którym się rodzimy. Kolejny czynnik związany jest z procesami wychowania zachodzącymi w środowisku, w którym żyjemy. Czyli z rodziną i wartościami, które są w niej przekazywane. - Rodzice mogą wzmacniać pozytywnie, czyli nagradzać za dane zachowania, albo ganić za konkretne postępowania – mówi ekspertka.

Nie ma głupich dzieci, są głupi rodzice

Trzeci czynnik to własna aktywność, czyli na ile dziecko samo chce dostosować się do wymagań środowiska i zachowywać się w oczekiwany sposób, a na ile działa na przekór. Ostatni czynnik, społeczny, zakłada wpływ kultury, makroświata na rozwój człowieka. - Te wszystkie czynniki krzyżują się i otrzymujemy rezultat w postaci określonego zachowania. Odpowiedzialność za nie zależy od tego, na jakim etapie rozwoju jest człowiek, ile ma lat – mówi prof. Walęcka-Matyja.

W wypadku dzieci głównie środowisko wypływa na rozwój ich zachowań. - Dzieci uczą się pośrednio, czyli obserwując rówieśników i dorosłych. Przyglądają się temu, jak reagujemy na określone zachowania i oceniają je - wyjaśnia ekspertka. Najmłodsi uczą się też w sposób bezpośredni. Czyli gdy dorośli nagradzają ich, np. za pomoc komuś, albo karzą np. za agresję. - Pytanie teraz, jakie wartości rodzinne i uniwersalne wyznają rodzice. W zależności od tego, w jaki sposób myślą, działają i odczuwają tę rzeczywistość, to tego będą uczyć dzieci – mówi prof. Walęcka-Matyja. Dodaje: - Zrzucenie odpowiedzialności tylko na dzieci za ich zachowania jest więc nieostrożnym wnioskiem, nie uwzględniającym tych wszystkich uwarunkowań.

- Nie ma głupich dzieci, są głupi rodzice – mówi wprost Magdalena, wychowawczyni przedszkolna w jednym z przedszkoli pod Kielcami. Z dziećmi pracuje 15 lat i widzi często powtarzające się zachowania: - Rodzice mają przeświadczenie, że dziecko samo się nauczy. Kończy np. trzy lata, więc ma umieć to czy to. Samo się nie nauczy. Trzeba je nauczyć – podkreśla. Podaje przykład ze swojej grupy: - Od rozpoczęcia roku szkolnego minęły niecałe trzy tygodnie. Moje przedszkolaki już wiedzą, że gdy mówię: „odkładamy teraz zabawki", to trzeba to zrobić. Dziecko musi mieć wyznaczone granice, bo wtedy rodzi mu się poczucie bezpieczeństwa. Jest spokojniejsze.

Rodzice mają przeświadczenie, że dziecko samo się nauczy. Kończy np. trzy lata, więc ma umieć to czy to. Samo się nie nauczy

Prof. Walęcka-Matyja dodaje, że stawianie granic to jeden z elementów zdrowej rodziny i zdrowo funkcjonującego człowieka. A te granice, jakie stawiamy między sobą, innymi, a środowiskiem, powinny uwzględniać m.in. dobro drugiego człowieka i jego samopoczucie w relacji z nami. - Gdy są one przekraczane, naruszane, czyli gdy dzieci podchodzą, zaczepiają osoby dorosłe, które sobie tego nie życzą, krzyczą, brudzą wokół, to dziecko uczy się tego i utrwala egocentryczne podejście do świata społecznego – stwierdza ekspertka. Od razu zaznacza też: - Dzieci z natury są egocentryczne i to jest naturalne. Natomiast rozwój człowieka powinien polegać na tym, żeby stawał się mniej nastawiony na siebie, na realizację swoich potrzeb, pomysłów, a bardziej by ukierunkowany na innych. Kształtował wrażliwość jednostki na to, co inni czują , żeby potrafił to dostrzec.

Na tym polega rola rodziców. - Dzieci nie potrafią postrzegać rzeczywistości w taki sposób, jak osoba dorosła. Potrzebny jest dorosły, który pokaże, gdzie się zatrzymać, co jest dobre, a co złe, co można czego nie. Rodzic ma wprowadzać porządek w funkcjonowaniu dziecka zgodny z regułami społecznymi, w których wszyscy żyjemy – mówi.

Dr Magdalena Śniegulska, psycholożka dziecięca z Uniwersytetu SWPS i Szkoły Edukacji PAFW i UW, przypomina również, że naturalnym prawem kilkulatka jest to, że testuje, próbuje, przesuwa granice. Jednym z procesów rozwojowych jest jednak proces socjalizacji. - To przygotowanie dziecka do tego, że nie jest samotną wyspą. Żyjemy w pewnym kontekście społecznym, w którym funkcjonują pewne zasady. Naszym zadaniem jest przygotowanie dziecka do przestrzegania tych zasad – mówi dr Śniegulska. Nie tylko dlatego, jak tłumaczy, żeby nam było łatwiej z dziećmi, ale też, żeby dzieciom było łatwiej. Żeby nauczyły się bycia w grupie. - Różne rzeczy się wokół nas zmieniają, ale nie zmienia się to, że człowiek jest istotą społeczną i potrzebuje kontaktu z innymi – wyjaśnia ekspertka.

Dziecko jedyny sukces

Skoro już wiadomo, że mało w tym wszystkim „winy” dzieci, rodzi się pytanie: dlaczego tak zachowują się rodzice? Zdaniem prof. Walęckiej-Matyji jednym z powodów jest model wychowania w XXI wieku, skoncentrowany na dziecku, stawiający je w centrum życia rodzinnego. Zyskało to nawet naukowy termin: pajdokracja, czyli dosłownie rządy dzieci.

Model wychowania w XXI wieku, skoncentrowany jest na dziecku, stawiaj je w centrum życia rodzinnego.

Adzie od razu przypomina się koleżanka z firmy. Nie ukrywała, że zdecydowała się na ciąże, bo miała dosyć intensywnej pracy. Od razu poszła więc na zwolnienie, a po urodzeniu Stasia - na macierzyński, potem na wychowawczy. Wróciła na miesiąc i zwolniła się. - „Bo przecież nie może na tyle godzin zostawiać Stasia w przedszkolu”. A jak któraś nauczycielka Stasiowi spróbuje zwrócić uwagę, to jest wielka obraza i stwierdzenie, że „przesadza” albo „się nie zna” lub "wina innych dzieci" - przytacza słowa koleżanki Ada.

Często dla takich matek dziecko to jedyne osiągnięcie. I nie tylko dla nich, bo nieraz jest jedynym maluchem w rodzinie, więc staje się epicentrum świata dla rodziców, jednych dziadków i drugich. Dlatego tak boli, gdy dziecku zwraca się uwagę, bo na nim – synu czy córce – rodzice budują swój sukces.

Dr Śniegulska zauważa, że szczególnie młodzi rodzice ocenę swojego syna czy córki odbierają personalnie. Traktują to jako podważanie autorytetu, krytykę ich postępowania. - A przecież warto zobaczyć inną perspektywę, bo o to tu chodzi – mówi dr Śniegulska.- Rodzic zachwyca się tym, że dziecko uśmiechnęło się, usiadło, kopnęło piłkę. Wspaniale, tylko co dalej? Wiem, że to trudne do uwierzenia, ale inne dzieci też tak robią – dodaje Magdalena.

Rodzice myślą, że są właścicielami dziecka i nikomu do tego, jak oni z tym dzieckiem postępują. To nie prawda

Obserwując pacjentów w gabinecie, dr Śniegulska ma też wrażenie, że niektórym uderza do głowy władza rodzicielska. - Myślą, że są właścicielami dziecka i nikomu do tego, jak oni z tym dzieckiem postępują. To nie jest prawda, bo po pierwsze dziecko nie jest ich własnością. Po drugie jeśli jest w przestrzeni publicznej, to musi przestrzegać reguł, jakie w tej przestrzeni obowiązują – mówi ekspertka. Sama na wakacjach była świadkiem wielu takich niefortunnych sytuacji. - Czasem chciałoby się wprowadzić policję psychologiczną i niektórym rodzicom wlepiać mandaty za to, jak zachowują się w przestrzeni publicznej wobec swoich dzieci. Albo nie zwracają im uwagi, albo publicznie poniżają je – opowiada psycholożka.

Zamiast rodzica tablet

Nieraz widziała w restauracji, gdy syn czy córka dostają tablet. Albo rodzice wpatrują się w ekrany smartfonów. Albo wszyscy bawią się elektroniką. I to jest kolejna grupa rodziców. To znaczy dziecko ma się wpisać w potrzeby rodziców, w ich życie, w którym jest kariera, sukces. Tylko nieraz okazuje się, że w tym życiu nie ma za wiele miejsca dla dziecka. - Mam wrażenie, że rodzice chcieliby wyłączyć przyciskiem dziecko jak ten tablet. Po po prostu mieć je z głowy – komentuje dr Śniegulska.

Zdaniem Magdaleny to jest też powód, dla którego z roku na rok dzieci są mniej spokojne. - Mają zabawki grające, śpiewające, piszczące. Nie mówiąc o tabletach, smartfonach, które mają się z nimi bawić, bo rodzice chcą się zająć sobą. Oczekują od dziecka, że wpisze się w ich plan dnia i dziwią się, że dziecko tego nie rozumie. Czasem wystarczy, że pobawię się z takim kilkulatkiem 15 minut klockami i ono więcej zyska – opowiada nauczycielka.

Nauczyciele zauważają, że z roku na rok dzieci są bardziej pobudzone
fot. fizkes/Shutterstock

Dla przykładu podaje dwie sytuacje z ostatniego tygodnia: - Jedna mama chciała, żeby jej syn, pięciolatek, korzystał z książki do pierwszej klasy. Żeby lepiej przygotował się do szkoły. Podawałam jej argumenty za tym, żeby się wstrzymać, bo on na razie ma się nauczyć kochać książki, wtedy sam będzie po nie sięgał. Pomogło, mama stwierdziła, że lepiej się znam, że ufa mi – opowiada.

Potem zdarzyła się inna sytuacja. W szkole uczy się chłopiec z zaburzeniami rozwojowymi. Nauczycielki stawały na głowie, żeby dograć mu plan, ułożyć zajęcia terapeutyczne. - Przyszła do nas jego mama i powiedziała, że w żadnym wypadku nie może on kończyć w środy o 14.30, bo wtedy ma trening z piłki nożnej. Chociaż chłopcu o wiele bardziej przydałby się trening umiejętności społecznych niż sportowy. Nie liczy się on, my, tylko ona i jej plany – opowiada Magdalena.

Rekompensata za swoje dzieciństwo

Kolejna grupa to rodzice, którzy boją się własnych dzieci, a raczej konfrontacji z nimi. - Wiąże się to ze zmianą rozwojową, cywilizacyjną – tłumaczy dr Śniegulska. Młodzi ludzie wyjeżdżają do innych miast, separują się od swoich rodzin i zostają sami z własnymi dziećmi. Decydują się więc na wychowanie bezstresowe. - Tylko ono jest bezstresowe głównie dla rodziców, którzy nie chcą robić sobie kłopotów, zmuszać się do konsekwencji, do bycia w kontakcie z dzieckiem – mówi psycholożka. Ze szkodą dla dziecka, bo jak tłumaczy ekspertka, ono potrzebuje zasad, ram i świadomości, że dorosły jest osobą, która nad nim czuwa, opiekuje się.

Dzieci nie są nami, są odrębnymi istotami i jednostkami. Co było niedobre dla mnie, może być potrzebne dla mojego dziecka.

Ten argument często podnosi w rozmowach z rodzicami swoich przedszkolaków Magdalena. - Tłumaczę, że też mam dzieci, które się buntują. Ale jak widzą we mnie konsekwencję, to przestają. To przekonuje nieraz rodziców – mówi. Niektórzy jednak traktują dzieci jak partnerów. - Nie można tego robić, bo występuje tu asymetria w relacji między rodzicem a dzieckiem. Ogromna różnica w zakresie doświadczeń, wiedzy, różnica pokoleniowa sprawia, że dzieci mają inne możliwości poznawcze, inaczej pojmują świat niż dorośli – stwierdza prof. Walęcka-Matyja.

Według dr Śniegulskiej jest też grupa, która boi się stawiać granice, np. dlatego, że sama doświadczała wyraźnych granic w dzieciństwie. Matka, ojciec chcą czegoś innego dla swojego syna czy córki. - Tylko dzieci nie są nami, są odrębnymi istotami i jednostkami. Co było niedobre dla mnie, może być potrzebne dla mojego dziecka – wyjaśnia dr Śniegulska.

Kluczową przyczyną takich postaw są umiejętności rodzicielskie. A raczej ich niedostateczny poziom. Wychowanie człowieka nie jest prostym procesem. - Wielu z nas pochodzi z rodzin, w których od rodziców nie można się było tego nauczyć. W zasadzie nikt nas nie uczy, jak być rodzicami. Popełniamy wiele błędów i tu nie ma wyjątków – mówi prof. Walęcka-Matyja. Jak tłumaczy, dopiero gdy dziecko ma kilkanaście lat i pod warunkiem, że jesteśmy skłonni do takich refleksji, widzimy, gdzie mogliśmy lepiej pracować z dzieckiem.

Mógłbyś mówić ciszej?

Zwrócenie uwagi czy dziecku czy rodzicowi nie jest łatwe, ale trzeba to robić. - Tylko w sposób delikatny, nie oceniający. Wiem, że to jest trudne, bo towarzyszą nam silne emocje, jesteśmy wkurzeni, ale najważniejszy jest spokój w głosie – mówi dr Śniegulska.

Radzi też, żeby dać alternatywne zachowanie dziecku, gdy chcemy mu czegoś zabronić. - To znaczy nie mówić: „nie biegaj”, ale spróbować powiedzieć: „czy mógłbyś chodzić wolniej”. Albo zamiast „nie krzycz”, lepiej powiedzieć: „czy mógłbyś mówić ciszej”. Dzieci naprawdę uczą się zasad i reguł. Lubią je - mówi dr Śniegulska. A rodzicom pozostaje uświadomić, że np. bieganie po restauracji i zderzenie się z kelnerem, który niesie wrzątek, może być naprawdę niebezpieczne.

- Niektórym może się wydawać, że nic wielkiego się nie stanie, jeśli pozwolimy dziecku robić, co chce. Krzyczeć, biegać w restauracji. Najwyżej kelner nam zwróci uwagę, ale to jest perspektywa krótkoterminowa – zwraca uwagę prof. Walęcka-Matyja. Takie sytuacje będą wpływały na poczucie szczęścia dziecka w przyszłości. - Jeśli będzie ono nieakceptowane w grupie, odrzucane z powodu przekraczania granic innych ludzi, to niewiele osób będzie chciało z nim wchodzić w bliskie, przyjacielskie relacje – podaje przykład ekspertka. - Dlatego kierunek wychowania powinien łączyć się z perspektywą długoterminową. To, co dziś dziecko osiągnie, czego się nauczy, z pewnością ma szansę zaprocentować – dodaje.

Adzie przypomina się jeszcze jedna ostatnia sytuacja ze spotkania z mamą Stasia: - Siedzimy przy stole, śmiejemy się. Nagle Staś na nas krzyczy, żebyśmy byli ciszej, bo on ogląda bajkę. Już otwierałam usta, żeby mu coś odpowiedzieć, ale ku mojemu zdumieniu koleżanka zaczęła nas uciszać, a nie syna. Nic nie odpowiedziałam.

Mama Stasia jest znowu w ciąży. Ada liczy, że przy drugim dziecku zmieni postępowanie. Bo z takimi dwoma trudno będzie wytrzymać.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl

C