Zamknij

Policjant wrzucał do sieci makabryczne zdjęcia z akcji. Prokuratura zbada sprawę

19.02.2020 18:31
Policja
fot. Shutterstock

"Nie będzie wątróbki na obiad, nic nie znalazłem", "miałem pojechać na miejsce, bo brakowało im puzzli" - takimi słowami policjant z Wołomina komentował w mediach społecznościowych swoją obecność w miejscach zbrodni. Oprócz tego zamieszczał na Instagramie także zdjęcia i nagrania z miejsc tragedii, gdzie był wysyłany na akcje. Sprawę bada policja, zajmie się nią także prokuratura. 

Sprawę nagłośnił Onet, zaalarmowany przez jednego z czytelników, który przesłał do redakcji screeny zdjęć i filmików, jakie rzeczony policjant publikował w mediach społecznościowych. Na swoim prywatnym (choć dostępnym nie tylko dla obserwujących) profilu umieszczał relacje z tego, co robił w biurze i co jadł w pracy. Ale niestety, nie tylko.

"Chcę, żeby ktoś się tym zajął, bo ten policjant nie widzi w swoim zachowaniu nic złego. Mam nadzieję, że zostanie to szybko usunięte, bo mogą to zobaczyć bliscy tych osób. Wyobraziłem sobie, że to mógłby być ktoś z mojej rodziny. Przerażające"

czytelnik Onetu

Policjant wrzucał zdjęcia i filmy z akcji. Były tam m.in. kałuża krwi i zwłoki 

Oprócz standardowych migawek z życia codziennego, wstawiał tam materiały, które nigdy nie powinny być powszechnie dostępne, mianowicie niektóre nagrania z akcji policyjnych, w dodatku z co najmniej niestosownymi komentarzami. Znalazło się tam np. zdjęcie kałuży krwi i podpis:  "Nie wszystkie interwencje kończą się wesoło. Kobieta, 39 lat, według zgłoszenia próba samobójcza". Innym razem zdjęcie zwłok, opatrzone stwierdzeniem: "I znowu było za późno na pomoc".

Zobacz także

Na tzw. instastories (wrzucane na Instagram kilkunastosekundowe filmiki, które znikają po 24 godzinach) również wrzucał filmy z akcji. Jeden z nich dotyczył czynności policyjnych po samobójczej śmierci kobiety, która rzuciła się pod koła pociągu. "W nocy kobieta rzuciła się pod pociąg i mam jeszcze raz pojechać, sprawdzić, bo brakuje im puzzli. To znaczy mam popatrzeć, czy gdzieś przy torach nie została ręka, czy wątroba, bo paru części brakuje", a to wszystko opatrzył wesołych tęczowym tłem.

Aktywność internetowa mężczyzny oburzyła niektórych internautów, którzy zarzucali mu, że publikuje brutalne i nieodpowiednie treści i że nie powinien tego robić jako policjant. On odpisywał zwykle w sposób opryskliwy, nie uważając, aby robił cokolwiek złego i aby musiał się z tego tłumaczyć. "Jeśli nie rozumiesz, po co to jest ten profil, to mnie nie obserwuj" - odpisał jednemu z użytkowników (cytat za: onet.pl). 

Policja z Warszawy i Wołomina komentuje sprawę

Dziennikarka Onetu Marta Glanc skontaktowała się z Komendą Stołeczną Policji. "Bohater" jej tekstu nie pracuje w Warszawie, ale często bywał tam na akcjach, a w postach i instastories oznaczał KSP specjalnym hasztagiem. Okazało się, że zatrudniony jest on w Komendzie Powiatowej Policji w podwarszawskim Wołominie, która podlega centrali w stolicy. 

Zobacz także

- Służba w policji stawia wiele wymagań, wśród nich jest wysoki poziom empatii. Tu jej zabrakło - komentuje w rozmowie z Onetem Wioletta Zychnowska z KPP w Wołominie. Dodaje, że stosowne materiały trafią do Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji oraz do prokuratury. 

- Trwają czynności wyjaśniające, sprawa zakończy się postępowaniem dyscyplinarnym. Ponadto materiały zostaną przekazane do prokuratury, która może zdecydować np. o postawieniu zarzutów, co będzie miało istotne znaczenie dla dalszych czynności z naszej strony. Ostateczna ocena będzie należała do policjantów i prokuratury, w zależności od ustaleń w toku prowadzonych czynności - mówi, także w rozmowie z Onetem, nadkom. Sylwester Marczak, rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji. Dodaje, że wspomniany policjant na razie nie poniósł żadnych konsekwencji.

RadioZET.pl/Onet.pl