Śmiertelnie porażone prądem 10-miesięcznego dziecka. Ruszył proces

Piotr Drabik
30.10.2018 22:21
Podlaskie. Śmiertelnie porażone prądem 10-miesięcznego dziecka. Ruszył proces
fot. PAP/Artur Reszko

Przed Sądem Rejonowym w Białymstoku ruszył we wtorek proces w sprawie śmierci 10-miesięcznego dziecka. Chłopczyk został porażony prądem z niezabezpieczonych przewodów zasilających dzwonek elektryczny. Na ławie oskarżonych zasiadł 64-letni właściciel domu.

Chcesz śledzić takie informacje na bieżąco? Dołącz do grupy Kronika kryminalna Radia ZET na Facebooku

Mężczyzna odpowiada też za nieumyślne narażenie kilku kolejnych osób na ciężkie obrażenia, a nawet utratę życia w związku ze stanem instalacji elektrycznej w domu. Do zarzutów oskarżony nie przyznaje się. Sąd rozpoczął przesłuchania świadków.

Do tragicznego wypadku doszło w czerwcu 2017 roku.

Raczkujący chłopczyk został porażony prądem w mieszkaniu, które wynajmowała jego rodzina. W przedpokoju dotknął - jak się okazało niezabezpieczonych i pod napięciem - przewodów elektrycznych dzwonka, który znajdował się nieco nad podłogą.

W stanie bardzo ciężkim dziecko trafiło do Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku. Zmarło dwa tygodnie później.

Winny zły stan techniczny domu

Według ustaleń prokuratury opartych o opinie biegłych, mieszkanie zostało wynajęte przez właściciela domu mimo tego, że instalacja elektryczna została wykonana nieprawidłowo, była w złym stanie.

Wymagała ona pilnego remontu, bo w różnych częściach nieruchomości znajdowały się elementy stwarzające zagrożenie porażeniem prądem elektrycznym, m.in. gniazdka, które wypadały ze ścian przy normalnym użytkowaniu.

Oskarżony właściciel w złożonych wyjaśnieniach zupełnie inaczej opisuje sytuację. - Ja nie poczuwam się do winy za to nieszczęśliwe zdarzenie (...). Nikt nigdy mi nie zgłaszał, że były tam jakieś nieprawidłowości - mówił we wtorek przed sądem.

Zapewniał, że nie on wykonywał instalację elektryczną w domu (odziedziczył go po ojcu) i nic nie wiedział o nieprawidłowościach.

Wyjaśniał, że lokatorów zajmujących mieszkanie na poddaszu informował o tym, że dzwonek jest odłączony od prądu; mówił też, iż przewody zasilające są zaizolowane i schowane za kaloryferem. Sugerował, że dzwonek mógł z powrotem podłączyć do zasilania konkubent matki dziecka, gdy robił tam remont.

Ten, przesłuchiwany we wtorek przed sądem, zaprzeczył. Mówił, że jedynie przemalował ściany i wykonał część remontu łazienki, w oparciu o materiały, które kupił właściciel domu.

Po tragedii nic się nie zmieniło

Początkowo Prokuratura Rejonowa Białystok-Południe zarzuty postawiła matce chłopca uznając, iż w sposób niewłaściwy sprawowała nad nim opiekę. Kiedy jednak zebrała pełniejszy materiał dowodowy, w tym uzyskała opinie biegłych, ten wątek śledztwa umorzyła.

Okazało się bowiem, że instalacja elektryczna była wykonana nieprawidłowo, do tego jej elementy pod napięciem (w tym dzwonki) nie były zabezpieczone przed bezpośrednim dotykiem.

"Zaciski przyłączeniowe dzwonka znajdującego się w mieszkaniu pokrzywdzonych nie były osłonięte, co stało się bezpośrednią przyczyną porażenia dziecka. Ponadto instalacja tego gongu została wykonana sposobem gospodarczym, z przypadkowych przewodów, przez osobę nieposiadającą należytej wiedzy o elektryczności" - wyjaśniała w swoim komunikacie prokuratura, gdy kierowała do sądu akt oskarżenia.

Zwracała też uwagę, że również inne części tej instalacji, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz domu, stwarzały zagrożenie porażeniem prądem.

Nawet po tragicznym wydarzeniu nie zostały zabezpieczone przez właściciela, a dopiero po przeprowadzeniu kompleksowych oględzin z udziałem biegłego odcięto dopływ prądu do nieruchomości do czasu usunięcia nieprawidłowości.

RadioZET.pl/PAP/PTD