Polacy uwielbiają wyśmiewać amerykańską kulturę, ale wszystkich nas wychował Rocky Balboa. Jakub Ćwiek opowiada nam o USA

01.10.2017 19:25
Jakub Ćwiek
fot. Roman Rogalski / Agencja Gazeta

Ile Stany Zjednoczone mają wspólnego ze stereotypami, które krążą wokół Amerykanów? W "Drobinkach nieśmiertelności" Jakub Ćwiek pokazał zwyczajne z pozoru historie, które ukazują piękno kryjące się za ojczyzną współczesnej popkultury.

USA, o których piszesz wydają się być magicznym miejscem. Jak udało ci się dostrzec taką głębię w kraju McDonalda?

Pierwszy raz to Stanów pojechałem jako fan. Celem był Comic-Con w San Diego. Z racji tego, że z kumplem nie mieliśmy za dużo pieniędzy, to założyliśmy sobie, że z Nowego Jorku pojedziemy na stopa. Tak wcześniej zwiedziłem dużą część Europy. Na miejscu okazało się, że to nielegalne. W większości stanów autostopowicze są łapani za włóczęgostwo, więc zamiast tego postanowiliśmy pojechać Greyhoundem – legendarnym autobusem.

Dzięki temu, w trasie zderzyliśmy się z amerykańską prozą życia. W ten sposób po kraju jeździ przekrój mniej zamożnych amerykanów wszelkiego rodzaju. Niektórzy jechali z nami cała drogą, inni wysiadali w trakcie. Zacząłem obserwować ich dziwaczne zachowania i po prostu weryfikowałem to, czego dowiedziałem się z filmów. Patrzyłem co robią weterani, jak zachowują się mniejszości etniczne. Pomyślałem sobie: „o kurczę, to nie do końca tak w kinie czy książce”. Wtedy narodził się pomysł, żeby jedno z drugim zderzyć i popatrzeć na tę Amerykę trochę inaczej.

Przy innej okazji wspomniałeś, że tam wszyscy mają jakąś historię do opowiedzenia.

Tak. Oni po prostu handlują opowieściami. Wszelkimi. To są ludzie, którzy często wywodzą się z zupełnie różnych kultur tego tygla i wykorzystują każdy moment, żeby ze sobą porozmawiać. Robią to kiedy stoją w kolejce, czasami sprzedawca zaczepia cię, bo nie ma klientów i zagaduje. Opowiadają o sobie, o swoich znajomych i nie narzekają, tylko kupują twoją uwagę.

cwiek2
fot. Leszek Kotarba/East News

 
Usłyszałeś coś, po czym opadłą ci szczęka i pomyślałeś „tak to o życiu nie myślałem”?

Jedno z opowiadań w „Drobinkach…” dedykowałem przyjacielowi mojego przyjaciela. Poznałem go, kiedy przyjął mnie do swojego domu. To 80-ledni były żołnierz. Bardzo sympatyczny człowiek, opiekujący się niepełnosprawną żoną. Kiedy tak sobie gadaliśmy o różnych rzeczach, pochwaliłem się, że spotkałem Bruce’a Willisa. Wtedy on gdzieś zniknął i po chwili wrócił ze zdjęciem z lat 60., na którym uwieszony na nim jest John Wayne. Jak się okazało, podczas służby stacjonował na Honolulu. Któregoś dnia dostał zadanie transportowania ekipy filmowej, ale z powodu sztormu utknęli na statku. Przez dwa tygodnie siedział z ekipą Johna Wayne’a i jedyne co mogli robić to pić i grać w karty. Stwierdziłem wtedy, że ja z tym swoim Willisem to mogę się schować.

Zagłosuj

A ciebie kto wychował?

Liczba głosów:

 
Stany to takie państwo, w którym wszyscy są imigrantami. Może na miejscu za takie rozważania dostałbym po gębie, ale to trochę paradoks: chociaż każdy ma tam w sobie trochę Irlandczyka, trochę Polaka, trochę Żyda to jednak wszyscy są bardzo patriotyczni i 4 lipca z dumą stają do hymnu. Co o tym myślisz?
 
To działa trochę w ten sposób, że ten patriotyzm jest z wyboru. Mówimy o ludziach, którzy często nie urodzili się na amerykańskiej ziemi, albo ich rodziny są tam od niewielu pokoleń, ale świadomie go wybrali, wraz z określonymi ideami. I wiesz co? Oni budują go faktycznie przekonani, że to najlepszy kraj na świecie, ostoja demokracji i wolności, która jest strażnikiem świata. To widać w ich postępowaniu. Każdy wnosi odrobinę tradycji z różnych obszarów świata. Siłą rzeczy powoduje to nieznane nam napięcia i problemy, ale społeczeństwo stara się wyrównać i poprawnie wyważyć proporcje. Tak samo jest obchodzony Dzień Świętego Patryka jak Cinco de Mayo.
 
Inny przykład. Moja koleżanka jest wiccancą. Obchodzi swoje święta i na początku roku wyznacza szefowi dni, kiedy musi mieć wolne. To niekoniecznie pokrywa się z Bożym Narodzeniem czy innymi „standardowymi” świętami, ale nie musi się nikomu tłumaczyć, że akurat taka data przypada na jej obrzędy.

cwiek3
fot. Roman Rogalski / Agencja Gazeta

 
Dobra, a wracając do popkultury, to czym Stany, które zobaczyłeś różnią się od tego co poznałeś z ekranu i komiksu?
 
Myślę, że w popkulturze autorzy nakładają na rzeczywistość różne filtry. USA widziane przez nie są przejaskrawione. Dostajemy albo Stany takie, o jakich Amerykanie marzą, albo takie, których się boją. Rzeczywistość jest zupełnie po środku. To tak jak z Times Square. Z odpowiedniej perspektywy to miejsce robi monumentalne wrażenie, ale wystarczy zmienić kadr – a będąc na miejscu możesz je zobaczyć z każdej strony – i staje się całkowicie zwyczajnym obiektem. Popkultura to właśnie dobrze wykadrowana Ameryka.
 
W Polsce oglądamy głównie tę kadrowaną Amerykę. I z jakiegoś powodu bardzo lubimy ją wyklinać. Oburzamy się globalizacją i McDonaldami przy każdej ulicy, ale później idziemy do tego baru, zamawiamy na wynos duży zestaw i zagryzamy go do jakiegoś hitowego filmu.
 
Mam wrażenie, że tak jest z całą kulturą masową. Oczekujemy jakichś elementów, które nas będą nobilitować i pozwolą się wyróżnić. Chcemy pokazać, że czytamy mądre książki i oglądamy ambitne filmy a wszystko nas rozwija, ale w rzeczywistości często nie mamy na to wcale ochoty. Chcemy złapać coś „fast”. Stany zbudowały właśnie taki szybki model funkcjonowania, w którym łapiesz coś szybko i natychmiast dostajesz satysfakcję. Znasz jej smak i wiesz co otrzymujesz. I to nam również odpowiada. Przyjmujemy błyskawiczne rzeczy. W ten sposób działa Twitter czy Instagram. Wszystko to, dlatego, że chcemy przyśpieszyć życie.
 
Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że my im po prostu zazdrościmy, bo popkultura rodzi przekonanie, które teraz już nie jest aktualne, ale swego czasu było bardzo wyraźne, że oni mają tyle fajnych rzeczy, chociaż są zwyczajnymi, często bardzo prostymi ludźmi.

cwiek4
fot. Szymon Blik / REPORTER

 
A nas wszystkich też wychowali Rocky Balboa i Batman…
 
A najbardziej seriale. MacGyver, Hasselhoff w „Słonecznym patrolu”, „Drużyna A”, „Hercules” z Kevinem Sorbo czy Xena. To te tytuły zbudowały nasze lata 90. Różnica polega na tym, że do nas dotarło to wszystko fragmentarycznie i to nie zawsze wyselekcjonowane tak, żeby pokazać najważniejsze elementy. Polskie stacje brały różne produkcje trochę z przypadku, ale niezależnie od tego to do dziś jesteśmy nimi przesiąknięci. Polska nie jest zresztą wyjątkiem pod tym względem.
 
Europejczycy, w tym i my, żyją tematami, które właściwie nie powinny ich obchodzić. Ale chcą żeby tak było, bo Amerykanie potrafili nas tym zarazić. Śledzimy potyczki superbohaterów, którzy ratują świat, ale zazwyczaj za oceanem. Obserwujemy amerykański box office filmowy i emocjonujemy się sprzedażą biletów na drugim końcu świata. I wreszcie fascynuje nas amerykańska polityka, jak w „Wieczorze z Johnem Oliverem”. Dlaczego? Bo wiemy, że to co tam się wydarzy – tak w przypadku wojska, jak i prostych spraw społeczno-ekonomicznych – będzie miało na nas ogromny wpływ. Stany to kraj, który dzięki swojej historii mógł wyrosnąć na potęgę. Może wciąż mamy przeświadczenie, że żyjemy w cieniu Rosji, której się boimy a USA to jedyne państwo, którego Moskwa kiedykolwiek się bała?
 
A czego w Stanach nie rozumiemy?
 
Jest kilka smutnych i zaskakujących rzeczy. Kiedy jestem w Stanach nie doświadczam nigdy nieuprzejmości ze strony mieszkańców. Ludzie, których spotykam zawsze są mili, uprzejmi i otwarci a ogrom tej gościnności doświadczyłem na południu, które kojarzone jest jako kolebka rednecków. Kiedy opowiedziałem przyjaciołom z Kalifornii jak tam jest fantastycznie i super usłyszałem: „No tak, ale jesteś katolikiem i jesteś biały”. Tego nie widzi się na pierwszy rzut oka, ale ten problem istnieje. W Polsce na dyskryminację mniejszości czy nawet „white-washing” (obsadzanie białych w rolach postaci o innej etniczności) reagujemy oburzeniem, ale jest to też problem, który rzadko kiedy nas dotyczy na poważnie. To też zjawisko, którego doświadczamy obserwując Amerykę. Dopiero kiedy tam się znajdziemy zauważymy, że kiedy jadą trzy samochody, dwa prowadzone przez białych a jeden przez czarnego, to do kontroli zostanie zatrzymany ten ostatni. To drobinki, nad którymi ten naród nie potrafi przejść do porządku dziennego.

Rozmawiał Mateusz Albin