Biejat: Polacy doceniają Lewicę, bo nie traktujemy ich jak dzieci

10.12.2019 17:23
Magdalena Biejat
fot. Maciej Łuczniewski/Reporter

Duża część podziału na scenie politycznej wynika z faktu, że politykom wygodniej jest grać na emocjach i rozgrywać ludzi przeciwko sobie. Społeczeństwo do tej pory na to pozwalało. Lewica mówi: czas powiedzieć „stop” i starać się tworzyć inną politykę - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Magdalena Biejat. Członkini Razem i posłanka Lewicy, jedna z najbardziej wyrazistych parlamentarzystek rozpoczętej przed miesiącem kadencji. 

 

„Pani poseł” czy „pani posłanko” – jak pani woli?

Wolę „posłanko”, ale nie obrażam się, gdy ktoś mówi do mnie „pani poseł”.

Bo ostrzegam: może być tak, że machinalnie powiem „pani poseł” (śmiech).

Nie ma problemu (śmiech).

Na jakim etapie jest sprawa, w której interweniowałyście panie u marszałek Elżbiety Witek? Chodzi o umieszczenie na drukach i tabliczkach na sali sejmowej formy „posłanka”.

Nie wiem, jak wyglądają tabliczki, bo od tego czasu nie było kolejnego posiedzenia Sejmu, sala plenarna jest zamknięta. Żeńskie formy na pewno są już za to na oficjalnych drukach w Sejmie. Dostajemy koperty poselskie oraz papier, na którym możemy pisać listy. Te dokumenty są już w wersji z „posłanką”.

Spodziewała się pani, że akurat kwestia feminatywów wywoła tak gorączkową, ogólnokrajową dyskusję?

Zupełnie mnie to zaskoczyło. Żałuję, że tak silnych emocji nie wywołują np. prawa lokatorskie czy kryzys klimatyczny, choć to drugie akurat bardziej, m.in. dzięki Młodzieżowemu Strajkowi Klimatycznemu.

To było pouczające. Każda dyskusja, w której mamy okazję mówić o równouprawnieniu kobiet w przestrzeni publicznej, w polityce, na rynku pracy, jest na pewno cenna i posuwa nas do przodu.

Poseł Dominik Tarczyński przeprosił już za słowa o „wsadzaniu sobie końcówek w mózg albo brudne buty”?

Poseł Tarczyński, przechodząc korytarzami sejmowymi, udaje, że mnie nie widzi (śmiech).

Pewnie przeczeka tak aż do końca stycznia, gdy wyjedzie do Brukseli.

Zobaczymy (śmiech). Dr Maciej Gdula [poseł Lewicy – przyp. red] w trakcie jednej z debat powiedział, że ta sytuacja to symbol tego, że kobiety wygospodarowują sobie coraz więcej miejsca w przestrzeni publicznej. I że tak gwałtowny sprzeciw wobec żeńskich form nazw prestiżowych zawodów to reakcja tej części społeczeństwa, która czuje się zagrożona przez zmianę tradycyjnego porządku.

Tradycyjny porządek może mieć różne formy i to po prostu jedna z nich?

To symboliczne pokazanie, że kobiety są coraz bardziej równouprawnione, zyskują coraz więcej praw, jeśli chodzi o prestiżowe zawody, miejsce w społeczeństwie, równość płci, co dla osób szczególnie konserwatywnych może być trudne do zniesienia.

Stanowisko w sprawie zajęła nawet Rada Języka Polskiego, która nakłania do stosowania męskich i żeńskich końcówek jak najbardziej równomiernie i symetrycznie.

Jestem wielką fanką języka polskiego, jest niezwykle plastyczny…

Zwłaszcza, jeśli chodzi o wulgaryzmy (śmiech).

Też (śmiech). Ale nie tylko, mamy przecież mnóstwo synonimów, bardzo bogate słownictwo, które ciągle się zmienia. Można tak powiedzieć o każdym języku, ale polski jest szczególnie dynamiczny. Pojawiają się w nim zupełnie nowe formy, niektóre wracają z czasów sprzed wojny, to rzecz zupełnie naturalna. Stanowisko Rady mnie nie dziwi.

Czyli kończąc ten wątek: skoro w użyciu powszechnym funkcjonują takie określenia jak „lekarka”, „artystka”, to tak naprawdę oznacza to, że kiedyś przyjdzie czas na „posłankę”, „gościnę” czy „marszałkini”?

Tak. „Posłanka” już zresztą funkcjonuje w potocznym użyciu przez osoby pracujące w Sejmie, np. premier Morawiecki zwracał się do nas w trakcie expose „panowie posłowie, panie posłanki”. Dla wielu osób, nawet z prawicy, jest to dość naturalne.

Rozmawiamy, gdy trwa akurat druga związana z pani osobą dyskusja. Prawica chce odwołania pani z funkcji szefowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, argumentując to niezgodą na pani poglądy w sprawie osób LGBT czy aborcji. Czy codziennie rano budzi się pani z myślą, że to „ten dzień, w którym mnie odwołają”?

Przyznam, że nie i mam poczucie, że to wewnętrzna sprawa obozu Zjednoczonej Prawicy. Te zastrzeżenia składa Solidarna Polska, najbardziej radykalne ugrupowanie w tej koalicji.

Stanowisko przewodniczącej komisji zostało w drodze negocjacji i podziału zadań przy komisjach przydzielone Lewicy. Fakt, że akurat ja je dostałam, w niczym nie zmienia naszego programu.

Jestem typową przedstawicielką naszego klubu. Moje poglądy dość wiernie odzwierciedlają program, z którym szliśmy do wyborów i który można znaleźć na naszej stronie internetowej.

No właśnie, pani poglądy oraz w ogóle postulaty Lewicy, są powszechnie znane. Mówiąc kolokwialnie „widziały gały, co brały”. Skąd więc to zdziwienie w szeregach PiS?

Myślę, że to nie zdziwienie, a element jakiejś ich wewnętrznej gry i pozycjonowania się, dość naturalny proces w polityce. Przykro mi, że to się skupia akurat na mnie.

Z drugiej strony, od momentu wyboru mówiłam, że chciałabym się zajmować przede wszystkim kwestiami prawa pracy, żłobków, osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin. To tematy dla mnie ważne, ale też takie, które najbardziej dotykają Polaków i w których możemy się porozumieć, niezależnie czy jesteśmy z Lewicy, KO czy PiS.

Magdalena Biejat
fot. Magdalena Biejat w dniu otrzymania zaświadczenia o zostaniu posłanką/Piotr Molecki/East News

Jednym z moich zadań jako przewodniczącej – niezależnie od moich poglądów jako posłanki – jest koordynowanie prac tej komisji. To dla nas, klubu Lewicy i w ogóle wszystkich posłów i posłanek, bardzo ważne, żeby pokazywać tę nową jakość w Sejmie. Że potrafimy współpracować po to, by na końcu nam wszystkim żyło się w tym kraju trochę lepiej.

Mam nadzieję, że PiS będzie jednak cierpliwe, poczeka aż pani marszałek zdecyduje się skierować projekt jakiejś ustawy do naszej komisji. Na razie było tylko jedno posiedzenie, na którym ukonstytuowało się prezydium i w tej chwili do naszej komisji nie skierowano żadnych dokumentów, nad którymi moglibyśmy pracować.

Kiedy takie projekty mogą zostać skierowane do komisji?

To decyzja pani marszałek, ew. Sejmu, jeśli pierwsze czytanie jakiegoś projektu ustawy odbędzie się na posiedzeniu. Wtedy Sejm decyduje, do której komisji dany projekt zostanie skierowany. W innym wypadku leży to w gestii marszałka Sejmu.

Czy wniosek o odwołanie pani z funkcji przewodniczącej, o którym grzmieli politycy Solidarnej Polski, został już oficjalnie złożony?

Z tego, co wiem, złożyli go w ramach swojego klubu, żaden wniosek – ani ten, ani Konfederacji, która też to zapowiadała – nie wpłynął do sekretariatu. Oczywiście nie ma takiego obowiązku, taki wniosek formalny można zgłosić także na posiedzeniu komisji.

Na kiedy zaplanowane jest najbliższe posiedzenie?

Na środę 11 grudnia – to posiedzenie wspólne Komisji Finansów i Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, które jest zwołane po to, żeby przeprowadzić pierwsze czytanie nowelizacji ustawy o tzw. „Małym ZUS-ie”.

PiS głosami swoich posłów mógłby de facto odwołać panią w każdej chwili. Czyli wychodzi na to, że ta awantura to rzeczywiście głównie walka o wpływy i chęć udowodnienia czegoś wyborcom, a nie próba realnej zmiany.

Nie jestem rzeczniczką PiS i w tym sensie pozostaje mi czekać na rozwój wypadków. W każdej komisji, tak jak w Sejmie, PiS ma większość, więc jeśli uznają, że należy mnie odwołać, to po prostu to zrobią. To będzie jednak naruszenie dobrego obyczaju sejmowego.

To też zresztą argument za uszanowaniem wcześniejszych ustaleń i moim dalszym pełnieniem funkcji przewodniczącej, bo cokolwiek z tej komisji wyjdzie - w jakim kształcie i z jakimi ewentualnymi poprawkami - to ostatecznie będzie o tym decydowała cała komisja większością głosów.

Jarosław Kaczyński mówił w jednym z wywiadów, że „ta sprawa wkrótce zostanie rozwiązana”. O co mogło mu chodzić?

Trudno mi powiedzieć. Może o to, by wyjaśnić te wewnętrzne konflikty i zastanowić się, czy nie warto na razie zostawić tego, tak jak jest. Ewentualnie zastanowić się nad odwołaniem mnie w sytuacji, gdy pojawi się ku temu jakiś realny powód. Myślę, że takich powodów nie będę dawać, bo poważnie traktuję swoją pracę.

To może znów prezes Kaczyński: „Chcę wszystkich uspokoić: dla nas sprawy rodziny są najważniejsze i dopóki jesteśmy przy władzy, nie dopuścimy do tego, by ktoś przeprowadzał eksperymenty, których efektem będzie krzywdzenie dzieci i rozbijanie rodziny. Na to naszej zgody nie ma i nie będzie”. Jakież to eksperymenty pani szykuje?

Nie zapowiadałam żadnych eksperymentów (śmiech). Sama mam dwoje dzieci i wszystko, co w życiu robię, jest w dużej mierze motywowane troską o ich przyszłość. Dlatego zrobię wszystko, by walczyć z kryzysem klimatycznym, będę walczyła o lepsze usługi publiczne, o sprawiedliwość społeczną.

Zobacz także

Chcę, żeby i moje i wszystkie inne dzieci żyły w lepszym świecie. Będę też robić wszystko, by przeciwdziałać przemocy w rodzinie, bo uważam, że każde dziecko powinno wychowywać się w domu, w którym jest bezpiecznie.

Trudno mi się więc odnieść do tych słów, bo wydają mi się zupełnie nie przystawać do tego, co sobą reprezentuję w przestrzeni publicznej, co mówiłam w trakcie kampanii i już po wyborach.

Ta wypowiedź na pani temat ze strony polityków prawicy nie była odosobniona. Z drugiej strony, pani przedstawia się z wypowiedziach medialnych jako zwolenniczka debaty, mówi o sprawach uniwersalnych, jak właśnie m.in. prawa lokatorów, edukacja, żłobki. Ma pani nadzieję na konstruktywny dialog z przedstawicielami przeciwnych opcji politycznych?

Muszę mieć taką, nadzieję, bo inaczej bardzo bym się frustrowała, będąc w Sejmie (śmiech). To wzmożenie może też wynikać z faktu, że w ostatniej kadencji, i PiS i opozycja przyzwyczaiły się do okopywania się w swoich obozach, a wyborców do tego, że jest totalna siła rządząca i totalna opozycja, które co do zasady pozycjonują się przeciw sobie.

My jako Lewica poszliśmy do parlamentu także dlatego, że byliśmy zmęczeni tym zupełnie bezproduktywnym sporem. Przecież można się dogadać w wielu rzeczach. Mam nadzieję, że uda nam się dogadać np. w kwestii bezpieczeństwa ruchu drogowego – zaangażowani są w to i premier Morawiecki i poseł Szczerba z KO.

Ten problem wynika też stąd, że PiS nie jest przyzwyczajony do tego, że można przeskakiwać swoje własne pozycje ideologiczne po to, by znajdować przestrzenie wspólne. Nie rezygnując oczywiście ze swoich poglądów i wartości, ale przyjmować do wiadomości, że gdzieś tam możemy się spotkać i porozmawiać.

Ale to tylko problem PiS-u czy Koalicja Obywatelska też ma problem, aby wyjść ze strefy ideologicznego komfortu?

Moim zdaniem tak, i jedni i drudzy mają z tym problem.

Pytam, bo już się zdążyły pojawić zarzuty wobec Lewicy, a przynajmniej niektórych jej polityków – np. w kwestii zniesienia limitu 30-krotności ZUS czy poparcia podwyższenia akcyzy na alkohol – że zdradziliście idee opozycji, daliście się kupić PiS-owi, itp.

To ciekawe, prawda? Staramy się być maksymalnie – na tyle, na ile pozwalają warunki sejmowe – merytoryczni, głosować zgodnie z naszymi przekonaniami i programem, z którymi szliśmy do wyborów, a także z obietnicami, które składaliśmy Polakom.

I to, że głosujemy czasem z opozycją, czasem z PiS – bo akurat tutaj leżą nasze przekonania o tym, co jest dobre i słuszne dla kraju – spotyka się z tak głębokim niezrozumieniem. Jesteśmy tu dość przewidywalni i nie ma potrzeby dorabiać sobie do tego jakichś teorii spiskowych o porozumieniu pod stołem. My po prostu postępujemy zgodnie z własnym sumieniem.

No nic, pozostaje się cieszyć, że jesteśmy w Sejmie, możemy wnieść nowy głos i trochę świeżości. Mam nadzieję, że uda nam się to robić konsekwentnie przez całą kadencję, to jest nasz cel.

Brzmi bardzo idealistycznie.

Nie mamy złudzeń, prawdopodobnie większość naszych projektów ustaw, jeśli nie wszystkie, zostanie odrzuconych, bo taka jest niestety praktyka.

Ale przynajmniej będziemy pokazywać, że można inaczej. Że Polacy mają wybór i mogą wybierać konstruktywną siłę, która ma jakiś konkretny program – o czym mówił Adrian Zandberg w trakcie swojego przemówienia. Że mamy jakąś wizję i jesteśmy w stanie w dość konkretny i konsekwentny sposób ją realizować.

Sprawiacie wrażenie opozycji merytorycznej, co było widać choćby porównując przemówienia Grzegorza Schetyny i Adriana Zandberga, już po expose. Schetyna – zerojedynkowość, narracja anty-PiS, itp., a Zandberg po prostu punktował Morawieckiego w konkretnych obszarach. Ale czy nie boicie się, że jeśli w dłuższej perspektywie może to zaprocentować, to krótszej, np. w kontekście następnych wyborów parlamentarnych bądź zbliżających się prezydenckich, nie przyniesie już takich plonów wyborczych?

Myślę, że to już przynosi plony. 

Wam rośnie w sondażach, z KO to różnie bywa. Ale wiadomo, że sondaże nie zawsze są miarodajne i rządzą się swoimi prawami.

Wygrywamy, bo jesteśmy bardzo wyraziści na tle sporu PO-PiS.

O tym też rozmawiałem dwa miesiące temu z szefem SLD Włodzimierzem Czarzastym. Że lewica stała się bardziej tożsamościowa, przestała się wstydzić siebie samej. Na tę chwilę nie wydajcie się formacją, która będzie chciała iść na jakieś ideologiczne kompromisy.

Nie boimy się własnych poglądów czy programu. Nie kluczymy, staramy się być dobrze przygotowani do debaty sejmowej, ale też mówimy jasno: jesteśmy za prawami człowieka, prawami socjalnymi, nie uciekamy od rozmowy o podatkach, emeryturach, prawach kobiet. I przy każdym z tych tematów staramy się mieć konkretne argumenty, dlaczego uważamy tak, a nie inaczej.

Magdalena Biejat
fot. Włodzimierz Czarzasty i Magdalena Biejat/Piotr Molecki/East News

Moim zdaniem Polacy doceniają to, że przychodzi ktoś, kto traktuje ich poważnie – nie jak dzieci, których emocjami trzeba grać, tylko jak dorosłych ludzi, do których można przyjść z argumentami i o nich dyskutować.

Duża część podziału na scenie politycznej i tego, że poszczególne frakcje bardzo się okopują przeciwko sobie, wynika z faktu, że politykom wygodniej jest grać na emocjach i rozgrywać ludzi przeciwko sobie. Społeczeństwo do tej pory na to pozwalało. Lewica mówi: czas powiedzieć „stop” i starać się tworzyć inną politykę.

Cały klub Lewicy tak myśli?

Jesteśmy trzema różnymi ugrupowaniami, mamy różne doświadczenia, przychodzimy z różnych środowisk. Część z nas ma doświadczenie aktywistyczne, miejskie, część polityczne, niektórzy pierwszy raz są w Sejmie. Wobec tego wewnątrz naszego klubu też często się spieramy, dyskutujemy i niektóre z naszych stanowisk wypracowywane są dość długo.

Długo i w bólach zresztą rodził się ten klub. Nie było pewne czy Razem ostatecznie do niego dołączy czy zdecyduje się powołać własne koło.

Tak, ale te dyskusje są naprawdę produktywne. Bardzo się cieszę, że my, jako Razem, jesteśmy w tym klubie. Dobrze nam się współpracuje, uzupełniamy się. Ta różnorodność działa na naszą korzyść. Możemy się od siebie uczyć, możemy siebie nawzajem starać się przekonywać i staramy się być tak demokratyczni, jak to tylko możliwe w tych trudnych warunkach rozpędzającej się maszynki sejmowej.

Wychodzi na to, że w tej kadencji mamy najliczniejszą reprezentację posłów i posłanek progresywnych w historii. I to nie tylko z Lewicy, bo w KO są choćby Barbara Nowacka czy Franek Sterczewski. Czy pani zdaniem wahadło przesuwa się powoli, ale jednak w lewą stronę? Choćby względem 2015 roku, gdy przesunięte było wyraźniej na prawo.

Myślę, że tak i jestem przekonana, że kolejne wybory parlamentarne tylko to potwierdzą. Nasza obecność w Sejmie będzie wzmacniać tę tendencję. Mamy teraz nieporównywalnie lepsze możliwości, by pokazywać nasze wartości i pomysły na Polskę, które są, wydaje mi się, atrakcyjne dla dużej części Polaków.

Dzięki temu, że mówimy o konkretach, jesteśmy w stanie przekonywać ludzi do tego, że są to pomysły odpowiedzialne , które mogą na dłuższą metę spowodować, że nam wszystkim będzie się żyło lepiej. Tak było ze zniesieniem limitu 30-krotności ZUS i jednocześnie ustalenia tzw. emerytury maksymalnej. Dużo osób zareagowało nerwowo na ten pomysł, ale gdy zaczęliśmy mówić, że 15 tys. złotych to naprawdę kwota naprawdę wysoka jak na emeryturę publiczną, zaczęła się zupełnie inna rozmowa.

Zobacz także

Jesteśmy ugrupowaniem, które bardzo wyraźnie mówi, jak ważna jest budowa dobrych usług publicznych. Pamiętajmy, że w tej kwestii wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Oczywiście, jeśli mnie stać, to mogę się leczyć w prywatnym szpitalu i chodzić do prywatnej przychodni, ale jeśli zachoruję na raka, to żadne pieniądze nie zapewnią mi kuracji w prywatnej placówce. Będę musiała pójść do publicznej. Zachorowalność na nowotwory jest ogromna i w interesie nas wszystkich jest to, by szpital, do którego trafimy, był dobrze wyposażony, ze świetnymi, odpowiednio wynagradzanymi i nieprzemęczonymi specjalistami, którzy o nas zadbają.

Funkcjonuje jednak taki pogląd, że PiS odebrał lewicy sferę socjalną, że pozostała jej już tylko agenda obyczajowa, którą samą nie da się wygrać wyborów w Polsce. Macie pomysł, jak przekonać wyborców zadowolonych z „socjalu” PiS, że wasze pomysły i rozwiązania mogłyby być dla nich lepsze?

Możemy ich przekonać, mówiąc właśnie o konkretach. My jako Lewica oczywiście popieramy takie transfery jak np. 500 plus, ale zwróćmy uwagę na to, że po pierwsze, one obejmują tylko część społeczeństwa, która ma dzieci poniżej 18 roku życia. Te świadczenia nie są tak powszechne, jak mogłoby się wydawać, w związku z tym poprawiają jakość życia tylko części Polaków.

Po drugie, rośnie nam inflacja i wzrastają choćby ceny żywności czy w ogóle koszty utrzymania ze względu na np. kryzys klimatyczny. Przedłużające się susze powodują, że żywność jest coraz droższa, więc te pieniądze starczają na coraz mniej.

Po trzecie, jak dostaję np. 500 złotych czy 1000 na dwoje dzieci, to nadal niewiele z tymi pieniędzmi mogę zrobić, jeśli w okolicy nie ma żłobka, miejsc w przedszkolu albo jeśli mieszkam w dużym mieście, to miejsce w przedszkolu jest drugim końcu miasta.

To są rzeczy istotnie z punktu widzenia dobrostanu rodzin. W tym sensie, że ja mojej rodzinie, nawet jeśli korzystam z tych świadczeń, nie kupię za te pieniądze dobrego szpitala, działającej przychodni, miejsca w żłobku albo czesnego w prywatnej szkole. Bo wszyscy, którzy mogą, uciekają ze szkół publicznych w związku z chaosem, który tam zapanował. Nie powinnam zresztą być zmuszona aby te pieniądze wydawać na takie rzeczy. Zasiłek, nawet powszechny nie usprawiedliwia wycofania się państwa z zadbania o dobrą jakość usług publicznych.

Uderza pani w najczulszy punkt rządów obecnej władzy.

To jest właśnie to, co Adrian Zandberg punktował w swoim przemówieniu: PiS tak naprawdę niszczy to państwo dobrobytu, bo robi to wszystko we własnym interesie partyjnym, krótkofalowym, nie myśląc o tym, jak systemowo rzeczywiście poprawić sytuację nas wszystkich.

I znów: świadczenia, które są teraz wypłacane, mogą niestety zależeć od koniunktury. Jak będziemy mieć dołek i mniejsze przychody do budżetu, to mogą one podlegać cięciom. Jak będziemy inwestować odpowiedzialnie w usługi publiczne, to te usługi będą dużo bardziej stabilne i odporne na wahania rynkowe.

To jest właśnie to, z czym przychodzimy do wyborców: propozycja długofalowego, odpowiedzialnego budowania państwa dobrobytu, które byłoby rzeczywiście państwem dla nas wszystkich.

Czyli ze słów pani oraz innych polityków Lewicy wynikałoby, że PiS działa „na alibi” – za pomocą transferów socjalnych na krótszą metę realizuje postulaty prorównościowe, ale wygląda to tak, jakby ew. problemy z budżetem i usługami publicznymi – którymi opozycja straszy – rządzący chcieli zostawić już swoim następcom?

Trochę tak to wygląda, ale my jako Lewica się tego nie boimy. Uważamy, że trzeba być odpowiedzialnym za to państwo. Nie mamy zamiaru spędzić tej kadencji załamując ręce.

Fakt, że jesteście w mniejszości was nie zniechęca?

Absolutnie nie, ale chcemy wykorzystać ten czas, przygotowując się do takiej ewentualności, że wygramy kolejne wybory. Taki jest plan i jeśli się to uda, na pewno nie przystąpimy do tych rządów z pustymi szufladami. Będziemy mieć gotowe pomysły na ustawy.

Chcemy skorzystać z instrumentów, jakie nam daje bycie w Sejmie: wysłuchanie publiczne, konsultacje społeczne, dostęp do legislatorów, analityków, ekspertów. Po to, by być przygotowanymi, by mieć pomysły, jak kompleksowo naprawiać system i budować państwo, które rzeczywiście nie będzie słabe wobec silnych i silne wobec słabych, tylko takie, które będzie odpowiedzialnie dbało o nas, jako o wspólnotę.

Nadchodzą wybory prezydenckie. Zakładam, że nie powie mi pani, kogo wystawi Lewica.

Nie powiem (śmiech).

Kiedy poznamy nazwisko tej osoby?

Jeszcze w grudniu, przed świętami.

Kilka tygodni temu wspomniała pani, że bardziej skłaniałaby się ku Robertowi Biedroniowi niż Adrianowi Zandbergowi. Podtrzymuje pani tę opinię?

Od początku była rozmowa o tym, że to Robert Biedroń może być naszym kandydatem na prezydenta. Ale obaj, i on i Adrian Zandberg, są bardzo dobrze przygotowani do prowadzenia kampanii i do tego, by ewentualnie pełnić rolę głowy państwa.

Czyli to nie jest tak, że Biedroń już zawczasu miał zapewnioną tę kandydaturę? Sytuacja wygląda na bardziej dynamiczną.

Tak, bo żyjemy w dość dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości wokół nas, nie możemy abstrahować od tego, jak np. przebiegają prawybory w PO. Przecież nie ma pewności, czy ostatecznie wygra je Małgorzata Kidawa-Błońska.

Zobacz także

Chcemy zaprezentować Polakom realną i ciekawą alternatywę. A przez to, że jesteśmy klubem z jednej strony tworzonym przez trzy partie, z drugiej dość demokratycznym – podobnie jak partie go tworzące – wydłuża to nieco proces decyzyjny.

A może kobieta? Takie pogłoski krążą od jakiegoś czasu.

Ta decyzja jeszcze nie zapadła, ale jest to możliwe. Jest kilka kobiecych kandydatur w grze, mamy w swoich szeregach bardzo merytoryczne kandydatki.

Czy to te nazwiska, które przewijają się w mediach: Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, Gabriela Morawska-Stanecka czy Jolanta Banach?

Tu niestety będziemy musieli poczekać na oficjalne ogłoszenie, nie chciałabym się wdawać w spekulacje. Gdy będziemy gotowi, żeby to zakomunikować, to na pewno to zrobimy. To się wydarzy jeszcze w tym roku.

Giełda nazwisk obejmuje także Magdalenę Biejat?

Z całą pewnością mogę potwierdzić, że nie.

Niezależnie od tego, kogo Lewica wskaże, co będzie zadaniem waszego kandydata bądź kandydatki? Uzyskać jak najlepszy wynik jako fundament przed następnymi wyborami parlamentarnymi czy po prostu wejść do II tury i wygrać z Andrzejem Dudą?

Idziemy do wyborów, żeby wejść do II tury i je wygrać. To nie jest niemożliwe. Wiele rzeczy nas już zaskakiwało w polityce, np. zwycięstwo samego Dudy, który startował z poziomu ok. 8 proc, podczas gdy Bronisław Komorowski na pół roku przed wyborami miał 60 proc. Wszystko jest możliwe, a do maja jeszcze sporo czasu.

73240996_151123039594887_2698134395633532928_n
fot. Anna-Maria Żukowska, Magdalena Biejat i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk w Sejmie/Facebook

Zawsze staramy się mierzyć wysoko, po to się startuje w wyścigu, żeby go wygrać. Na pewno takie wybory są kolejną okazją do tego, by zaprezentować silną osobowość na lewicy, z konkretnym programem. By pokazać Polakom naszą ofertę i pomysły na to, jakie powinny być funkcje. Przypomnieć, na czym polega rola strażnika konstytucji i przedstawiciela wszystkich Polaków.

Spodziewa się pani przedterminowych wyborów parlamentarnych w sytuacji, gdyby kandydat opozycji wygrał wybory prezydenckie?

Myślę, że to możliwe, ale w tej chwili to wróżenie z fusów. Wiele będzie też zależało od sondaży, bo jeśli PiS zacznie w nich pikować, to na pewno nie będzie w ich interesie, by rozpisywać kolejne wybory.

Pomówmy więc trochę o pani. Co skłoniło socjolożkę, tłumaczkę literatury hiszpańskojęzycznej i wieloletnią działaczkę organizacji pozarządowych do realnego zaangażowania się w politykę?

Partia Razem, do której zapisałam się w 2015 roku, jeszcze przed poprzednimi wyborami do parlamentu. Była to oferta, w którą uwierzyłam, którą chciałam współtworzyć. Nie byłam wcześniej w żadnej partii, nie sądziłam, że to się kiedykolwiek wydarzy. Nie był to mój plan na życie.

Ale gdy dowiedziałam się o powstaniu Razem, przyjrzałam się ich programowi i poczułam, że to jest właśnie to. Że chcę wesprzeć ten projekt bardziej aktywnie niż tylko lajkując na Facebooku (śmiech).

Czyli jest pani żywym przykładem na to, że hasło „Inna polityka jest możliwa” zadziałało?

Tak jest (śmiech). Ale na początku mało się angażowałam, raczej dorywczo, dlatego że chwilę wcześniej, w 2014 roku, urodziłam pierwsze dziecko, a macierzyństwo to jednak praca na pełen etat. Byłam też aktywna zawodowo, więc dość długo się w tej działalności politycznej rozkręcałam.

Ale takim przełomowym momentem, jeśli chodzi o mocniejsze zaangażowanie, były zeszłoroczne wybory samorządowe. Byłam współodpowiedzialna za koordynowanie kampanii na Pradze-Północ, sama również kandydowałam do rady dzielnicy z ramienia komitetu Wygra Warszawa.

Z tego, co pamiętam, nie miała pani wówczas jakiegoś rewelacyjnego wyniku.

To prawda, dostałam 147 głosów, ale pamiętajmy też, że wybory samorządowe są dość specyficzne. Kandydowałam do rady dzielnicy Pragi-Północ, która ma w ogóle dość mało mieszkańców. Inna była liczba głosujących, inny próg, itp.

Nasz kandydat Grzegorz Walkiewicz, który jest obecnie jedynym radnym z komitetu Wygra Warszawa, uzyskał 450 głosów. Dlatego znając skalę, te niecałe 150 głosów brzmi już wtedy nieco lepiej.

Ale przeskok w rok z 147 do ponad 19,5 tysiąca głosów jest jednak dość imponujący.

Tak (śmiech).

I rozumiem, że obydwie elekcje, samorządowa i europarlamentarna w maju tego roku, w których komitety, z których list pani startowała – Wygra Warszawa i Lewica Razem – poniosły porażkę, nie zniechęciły pani do czynnej polityki?

Nie, nie zniechęciły.

A gdyby np. nie udało się stworzyć lewicowej koalicji? Jako Razem możliwe, że wystartowalibyście osobno i znów groziłby wam wynik na poziomie ok. 1-2 proc. Mimo wszystko kandydowałaby pani?

Tak, dlatego, że wierzę – i to jest akurat cecha wspólna członków i członkiń Razem – w ten projekt, który nasze ugrupowanie prezentuje. Naprawdę uważamy, że to dobra droga dla rozwoju kraju i robimy wszystko, aby innych też do tego przekonać.

Podobnie jak wspomniany już tutaj Franek Sterczewski, prowadziła pani intensywną i bezpośrednią kampanię „od drzwi do drzwi”, do tego bardzo rozwiniętą w social mediach. Uznała pani, że to najskuteczniejsza droga, by przekonać do siebie wyborców czy jednak to ograniczony budżet wymusił taką strategię?

Oczywiście, częściowo było to wymuszone przez małe zasoby finansowe. Nie miałam żadnych zgromadzonych pieniędzy, nikt mnie nie finansował, w związku z czym ja i mój zespół musieliśmy polegać przede wszystkim na naszym bezpośrednim kontakcie z wyborcami.

Zobacz także

Ale to też wynika z faktu, że ja się bardzo dobrze czuję w takiej kampanii. Jestem socjolożką, więc rozmawianie z ludźmi jest częścią mojego zawodu, który zresztą bardzo lubię. Bezpośredni kontakt z ludźmi sprawia mi ogromną satysfakcję i jest dla mnie czymś naturalnym.

A gdyby tych pieniędzy było więcej, zdecydowałaby się pani na billboardy czy więcej plakatów?

Może gdybym miała większy budżet, to wykupilibyśmy więcej billboardów np. na przystankach tramwajowych i autobusowych. To na pewno wzmocniłoby mój wizerunek, bo wiadomo, że Warszawa jest jednak dużym miastem i nie da się porozmawiać z każdą osobą.

Ale problemem jest też tzw. reklamoza, która zanieczyszcza przestrzeń publiczną. Generalnie najlepiej by było, gdybyśmy nieco wyregulowali ten sposób prowadzenia kampanii outdoorowej w Polsce i zastanowili się czy nie dałoby się wprowadzić regulacji, które ograniczałyby to billboardowe szaleństwo. Bo zaśmiecanie przestrzeni publicznej jest wizualnie mało przyjemne.

Może wtedy politycy wyszliby w końcu do ludzi. Wyobraża sobie pani Jarosława Kaczyńskiego czy Grzegorza Schetynę roznoszących ulotki w parkach czy na osiedlach?

Myślę, że dobrze by im to zrobiło. Praca w Sejmie ma to do siebie, że jeśli człowiek się nie pilnuje, może łatwo oderwać się od codziennego życia i stracić kontakt z rzeczywistością.

To jednak dość zamknięte środowisko, w którym żyje się nieco innymi rzeczami niż ogół społeczeństwa. Kiedy trwają posiedzenia Sejmu, to człowiek właściwie przez cały tydzień jest tam zamknięty, nie wychodzi, nie ma kontaktu ze światem, nawet tam je. Jednocześnie Sejm bardzo dużo zapewnia – darmowe przejazdy pociągiem, samoloty. Bardzo łatwo jest się oderwać od tego „zwykłego życia”.

Jest coś, co szczególnie zapamięta pani z tej kampanii?

Przede wszystkim – i o tym nie można zapominać – nie robiłam jej sama. Za moją kampanią stał spory sztab osób. Kiedy zabrałam się za pisanie podziękowań, zajęło mi kilka dni, by upewnić się, że o wszystkich pamiętam, a i tak musiałam potem uzupełniać ten wpis w social mediach.

To było mnóstwo ludzi, którzy wspierali mnie wolunatarystyczną i merytoryczną pracą: graficy, ludzie, którzy pomagali mi publikować rzeczy w social mediach. Którzy roznosili mi ulotki i robili mi redakcję tekstów. Którzy wykonali mnóstwo pracy.

Magdalena Biejat
fot. Instagram/Magda Biejat

Ogromne wsparcie uzyskałam także od kobiet, zwłaszcza aktywistek działających na Instagramie. Takie osoby jak Lewogram, dziewczyny prowadzące bloga Les.Be.Together, Kayaszu, które też wspierały moją kampanię, bo uważały, że wartości, które prezentuję, to są te wartości, które one również podzielają i chcą mieć swoją reprezentację w Sejmie.

Zaskakujące było wsparcie od Michała Boniego, który trochę wbrew swojemu własnemu środowisku zdecydował się poprzeć nieznaną lewaczkę (śmiech). To wszystko jest nie do przecenienia.

Znana jest pani z tego, że często gości w mediach mocno nieprzychylnych pani formacji politycznej.

Ale to akurat cecha wielu przedstawicielek i przedstawicieli lewicy. Po prostu się tego nie boimy.

Zauważyłem, bo ostatnio natrafiłem w sieci na kompilację pani występów w programach publicystycznych zorientowanych właśnie na prawo. Nosiła tytuł „Cięte riposty Magdaleny Biejat”.

A tak, tak… (śmiech). 

Uważa Pani, że do każdego medium można pójść, aby próbować przekonywać do swoich racji?

Na pewno nie do każdego. Są takie programy, zaprojektowane tylko po to, by wywołać awanturę i konflikt między ludźmi, którzy do nich chodzą. Nie ma sensu tam chodzić, bo to niczemu nie służy.

Na przykład?

Nie chcę tutaj podawać konkretnych przykładów, ale są takie programy, i w internecie i w telewizji.

A nie obawia się pani o zachowanie standardów obiektywizmu i rzetelności dziennikarskiej? O to, że dyskusja w takich programach moderowana jest często w sposób tendencyjny?

Dopóki mam przestrzeń, by powiedzieć to, co chcę powiedzieć – a w większości programów w TVP jednak jest taka możliwość – to warto tam pójść. Jest pewna grupa Polaków, którzy oglądają tylko TVP i obrażając się na rzeczywistość, rezygnujemy z możliwości dotarcia do tej części elektoratu. A ja nie mam powodu, żeby się obrażać.

Po prostu my wszyscy na lewicy uważamy, że Polacy mają prawo dokonywać pewnych wyborów. Że Polacy są racjonalni i dokonują tych wyborów ze względu na własny interes. To zupełnie naturalne, na tym polega polityka.

Jeśli chcemy ich przekonać, że nasza oferta też jest ciekawa i atrakcyjna, musimy pójść tam, gdzie oni są i tę ofertę zaprezentować. Czasami są na Facebooku, czasami na bazarku, a czasem przed telewizorami, oglądając m.in. TVP.

Wśród krytyków tej postawy pojawia się zarzut o legitymizacji „reżimowych” mediów. Nietrafiony?

Nie roszczę sobie prawa do bycia takim autorytetem, żeby legitymizować bądź delegitymizować telewizję publiczną. Niezależnie od tego, jak została w tej chwili zdegenerowana i jak bardzo służy propagandzie partii rządzącej, jest to telewizja publiczna w tym sensie, że w bardzo wielu miejscach w Polsce jest po prostu jedynym medium, które dociera do obywateli.

Czyli mimo niemałej propagandy i manipulacji, które sączą się np. z mediów publicznych, uważa pani, że jest jeszcze sporo do odratowania i że bardziej warto się tam pojawiać niż je bojkotować?

Dopóki możemy tam chodzić, dopóty możemy się spierać z tą wizją świata, pokazywać dlaczego uważamy, że ona nie jest o.k. Możemy prezentować nasze argumenty i to jest moim zdaniem wartościowe.

Nie zmienia to faktu, że potrzebna jest reforma mediów publicznych i przemyślenie tego, jak to zrobić, żeby nie pozwolić w przyszłości na tak silne ich upolitycznienie. To na pewno praca, którą będziemy musieli odrobić. Raczej prędzej niż później.

Tytułem zakończenia: o posłance Magdalenie Biejat jeszcze niejednokrotnie w tej kadencji usłyszymy?

Mam nadzieję, że tak, nie zamierzam spoczywać na laurach.

I to z pani inicjatywy, a niekoniecznie dlatego, że komuś pani nie pasuje?

Myślę, że ja czy inni posłowie i posłanki Lewicy i tak będziemy niewygodni, zarówno dla PiS, jak i dla KO. Trudno będzie sobie z nami poradzić (śmiech).

RadioZET.pl/Rozmawiał Mikołaj Pietraszewski