Franek Sterczewski: Jeśli inni politycy mają czyste buty, to znak, że za dużo siedzą na twiterku

04.12.2019 11:43
Franek Sterczewski
fot. Adam Jastrzebowski/REPORTER

Mam nadzieję, że to, co teraz obserwujemy, to taki zimny prysznic i że za 10 lat będziemy mogli wspomnieć okres zawłaszczenia sądów, mediów i łamania praw człowieka jako ponurą anegdotę - mówi w rozmowie z RadioZET.pl aktywista miejski i poseł Koalicji Obywatelskiej Franciszek Sterczewski. Startując z ostatniego miejsca poznańskiej listy KO otrzymał ponad 25 tys. głosów i w zeszłym miesiącu zadebiutował na Wiejskiej. 

 

Pokaż buty (śmiech). To te same?

Tak jest (śmiech).

Naprawdę schodziłeś w nich całą kampanię?

Naprawdę. Szczerze mówiąc, nie miałem jeszcze czasu rozejrzeć się za nową parą. Ale na szczęście skończył się pewien maraton: pierwsze tygodnie po kampanii, posiedzenia, ślubowanie, expose. Nareszcie jest moment, by zająć się takimi mało ważnymi rzeczami.

Ponoć koledzy i koleżanki z rady osiedla sprawili ci nową parę.

Żółte trampki, ale były dwa numery za duże. Dopiero kilka dni temu dostałem nowe (śmiech).

Franek Sterczewski
fot. Facebook/Franek Sterczewski

TVP już donosi, że robisz karierę na brudnych butach.

Tego typu uszczypliwości to dobra okazja do powiedzenia czegoś o sobie. Dzięki tym butom przeszedłem wszystkie dzielnice Poznania i gminy powiatu. Gdyby nie one, nie dostałbym się do Sejmu.

W ten sposób rozumiem pracę posła: być wśród ludzi, chodzić, być aktywnym, odwiedzać wszystkich wyborców, których chce się reprezentować. Jeśli inni politycy mają czyste lakierki, tzn. że siedzieli na kanapie przed telewizorem czy twiterkiem. Warto spytać posłów o jakość ich butów i aktywność podczas kampanii, a zwłaszcza ostatnich czterech lat.

Najpierw Bartosz Arłukowicz w eurowyborach, teraz ty – nomen omen – przetarliście szlaki i udowodniliście, że kampania bezpośrednia, oparta na chodzeniu „od drzwi do drzwi” jest skuteczniejsza niż wielkie billboardy czy reklamy w TV.

To, co udało mi się zrobić z całym sztabem przyjaciół, to właśnie nic nowego. Chodziliśmy od drzwi do drzwi, ale też nie wyważaliśmy „otwartych drzwi”, bo tak jak mówisz, wcześniej skuteczność takiego tradycyjnego podejścia udowodnili Bartosz Arłukowicz czy Elżbieta Łukacijewska [europosłowie PO - przyp. red.]. W ten sam sposób swoją kampanię do Kongresu USA prowadziła Alexandria Ocasio-Cortez z Partii Demokratycznej, jedna z moich idolek.

Politycy patrzą na świat zza ciemnej szyby limuzyny lub przez okno samolotu. Dlatego musimy doprowadzić do ponownego nawiązania kontaktu między światem polityki a społeczeństwem, spowodować, że polityka będzie trafniej odpowiadać na różne wyzwania.

Spotkałeś się w czasie tej kampanii z jakimiś przejawami niechęci?

Rozmawiałem z setkami osób dziennie przez dwa miesiące, więc można powiedzieć, że z całą ekipą zrobiliśmy duże jakościowe badania socjologiczne. Te rozmowy były niesamowitym doświadczeniem. Dały dużą wiedzę, kim są mieszkańcy i mieszkanki Poznania i powiatu.

Poznań jest specyficznym miastem, w dużej mierze popiera opozycję, co ułatwia sytuację. Natomiast dla osób, które wcześniej głosowały np. na PiS czy Kukiza, ważne było to, że jestem kandydatem niezależnym, że startowałem z listy KO, ale jako kandydat bezpartyjny.

Jak się z takimi osobami rozmawia?

Zawsze staram wchodzić w dialog, słuchać, co ludzie mają do powiedzenia. Mogę powiedzieć tak: wszystkich interesuje naprawa służby zdrowia, walka ze smogiem, bezpieczeństwo ruchu drogowych, kwestie ekologicznie – żeby było więcej drzew, mniej betonu. Takie tematy łączą. Nie tylko w ramach tradycyjnych politycznych obszarów czy grup, ale i pokoleń.

Np. walka z kryzysem klimatycznym jest ważna zarówno dla najstarszych, jak i najmłodszych obywateli i obywatelek. Mam wrażenie, że z tymi grupami wiekowymi, tzn. z dziadkami i wnukami dogadywałem się najlepiej.

Z rodzicami już niekoniecznie?

Nie mam badań, żeby stwierdzić, kto konkretnie na mnie głosował, ale intuicyjnie myślę, że najlepiej rozmawiało mi się właśnie z młodymi oraz z ludźmi z okolic wieku emerytalnego.

To może świadczyć o tym, że te grupy najbardziej oczekują zmian w polityce – jeśli chodzi o klimat, środowisko, ale też zahamowanie zmian ustrojowych, utrzymanie praworządności, wolności słowa, mediów, zatrzymanie feudalizacji kraju. Dla młodych ważne są także sprawy obyczajowe, jak prawa kobiet czy osób LGBT+.

Co sprawia, że z przedstawicielami akurat tych dwóch pokoleń najlepiej się dogadywałeś?

Wydaje mi się, że z jednej strony osoby starsze mają więcej czasu, z drugiej patrzą na swoje życie przez pryzmat doświadczenia w PRL-u i wolnej Polsce, dostrzegając różne niedociągnięcia transformacji i obszary, którymi warto się zająć.

Z kolei ci najmłodsi, widzą, że rodzice – czyli pokolenie „pomiędzy” – często ich nie rozumieją, pochopnie traktują ich poglądy i potrzeby.

Gdybyś startował raz jeszcze i miał do dyspozycji np. więcej pieniędzy, to zamiast billboardów ponownie wybrałbyś metodę bezpośrednią?

Absolutnie. Nie chciałbym mieć billboardów, to kwestia estetyki. Zastanawiam się też do czego potrzebne byłyby mi większe ilości pieniędzy. Może kupiłbym więcej pizzy, opłacił więcej przejazdów i wspomógł moich przyjaciół, którzy robili ze mną kampanię.

Ale te wybory pokazały, że wygrywali ci, co mieli inicjatywę i pomysł na narrację, a niekoniecznie większy budżet.

I nazwiska, co pokazały wyniki w Poznaniu, gdzie zdobyłeś więcej głosów niż np. Waldy Dzikowski czy Rafał Grupiński.

Nigdy nie wiadomo, ile naprawdę warte jest nazwisko. Ktoś może być popularny, a niekoniecznie zdobyć dużo głosów. Ja wiedziałem, że jestem rozpoznawalny w Poznaniu, ale nie spodziewałem się, że aż tyle osób mogłoby oddać na mnie głos.

25060 głosów to dla mnie kosmos. Za każdy z nich dziękuję, bo to dla mnie wielkie wyróżnienie i jeszcze większa motywacja do pracy na najbliższe lata.

Po co ci właściwie ogólnokrajowa polityka?

Od 10 lat organizuję różne wydarzenia jako aktywista miejski. Angażuję się w sprawy miejskie, urbanistyczne, organizowałem protesty w obronie wolności sądów, tzw. Łańcuchy Światła. I właśnie podczas Łańcuchów, po raz pierwszy zacząłem brać pod uwagę większe zaangażowanie polityczne.

Franek Sterczewski
fot. Karolina Adamska/East News

Ale od razu parlament czy jednak najpierw samorząd?

Myślałem głównie o wyborach samorządowych, ale się nie odważyłem. Uznałem, że wolę swoje obowiązki na MTP [Międzynarodowe Targi Poznańskie – przyp. red.] oraz pracę u podstaw.

Ale po wyborach europejskich stwierdziłem, że miarka się przebrała. Byłem bardzo rozczarowany kampanią i wynikiem Koalicji Europejskiej. Na początku chciałem zorganizować akcję profrekwencyjną, by zachęcać ludzi do udziału w wyborach, ale potem pomyślałem, że najskuteczniejszą tego typu akcją jest start i zachęcanie ludzi do głosowania na mnie. Chyba rzeczywiście poskutkowało

Coś jeszcze konkretnie cię przekonało?

Uznałem, że jeśli nie powstrzymamy tego autorytarnego walca, który przetacza się przez Polskę i inne kraje, takie jak Węgry, Turcja czy USA – bo wszędzie tam widzimy kryzys demokracji – to zaraz tacy mali aktywiści jak ja nie będą już mieli nic do roboty. Albo, co gorsza, zaczną być traktowani jak opozycja na Węgrzech – zostaną marginalizowani lub zmuszeni do emigracji.

Zobacz także

Tego się bardzo obawiam i niestety widzę, że w tym kierunku zmierzamy. Wiem, że będąc w Sejmie i mając dostęp do wszystkich informacji, można trzymać rękę na pulsie.

Nawet jeśli opozycja jest w mniejszości i ma mniejszy lub prawie żaden wpływ na funkcjonowanie państwa?

Choćby nie wiem, jak było źle, trzeba próbować i wierzę, że w każdych, nawet najgorszych warunkach, da się zrobić coś dobrego. Być kroplą, która drąży skałę. 

A nie było trochę tak, że Poznań już ci przestał wystarczać? Że miałeś poczucie, iż zrobiłeś tam już wszystko, co było do zrobienia i teraz czas sprawdzić się na poziomie ogólnokrajowym?

Na pewno nie. Chcę dalej działać w Poznaniu jak najmocniej, być aktywnym posłem na miejscu, mieć otwarte biuro poselskie. Żeby było na parterze, dostępne dla osób niepełnosprawnych i mówiące coś o tym, jakim jestem posłem i co myślę o polityce.

Chciałbym zaproponować nowy format biura poselskiego – w którym można coś załatwić, dowiedzieć się. Żeby to biuro było trochę jak poczta – możesz zostawić informację dla posła, poprosić o interpelację w konkretnej sprawie.

I każdy będzie mógł wejść z ulicy? Zupełnie inne biuro poselskie niż te, które znamy!

Absolutnie tak. To będzie trochę punkt informacyjny, poczta, biblioteka – możesz przyjść i wypożyczyć książkę o mieście, architekturze, polityce. Ale też biuro turystyczne, bo chciałbym także oprowadzać ludzi po Sejmie. No i może coś w rodzaju kawiarenki, domu kultury, gdzie odbywałyby się dyskusje i pokazy filmów.

Jakimi sprawami planujesz zająć się w tej kadencji w pierwszej kolejności?

Zgodnie z deklaracjami z kampanii, najbardziej interesują mnie cztery obszary: sprawy miejskie, np. transport, ekologia, czyli walka ze smogiem i kryzysem klimatycznym, edukacja i kultura oraz demokracja, czyli społeczeństwo obywatelskie, praworządność, walka o prawa osób LGBT+.

W związku z tym aplikowałem do różnych sejmowych komisji zajmujących się tymi obszarami. Póki co, przydzielono mnie do Komisji Infrastruktury, na czym mi bardzo zależało. Tam będę się zajmował transportem i kwestią bezpieczeństwa drogowego.

Jestem też wiceszefem zespołu parlamentarnego ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego, w którym są głównie posłowie i posłanki Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i jeden PSL-Kukiz'15.

PiS się tym ogóle przejmuje?

Skoro nawet premier mówi o tym w swoim expose, to chyba tak i jest to powód do radości.

Trzeba to powiedzieć: pieszy powinien mieć zagwarantowane bezpieczeństwo, priorytet. Ponieważ jest najsłabszym uczestnikiem ruchu drogowego,  zasługuje na największą ochronę i powinien być bezpieczny, zanim wejdzie na pasy.

Zobacz także

Ważne jest też podwyższenie kar za potrącenie pieszych. Wysokości tych stawek zostały ustalone jakieś 20 lat temu, a wiadomo, że od tego podwyższyły się płace, żyjemy lepiej niż wtedy i 500 zł dziś ma zupełnie inną wartość. Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby było jak teraz: że 3 tys. osób rocznie ginie pod kołami, a sprawców takich wypadków nie zawsze spotykają konsekwencje albo są one śmiesznie nieadekwatne

Możemy się nie zgadzać się w różnych sprawach światopoglądowych czy ustrojowych, ale akurat w kwestii bezpieczeństwa ruchu drogowego widzę pole do porozumienia między klubami.

No właśnie, jak sobie wyobrażasz współpracę i dialog z przedstawicielami przeciwnej strony barykady, z PiS czy nawet z Konfederacji?

Niedawno zostałem członkiem zespołu ds. wspierania młodzieżowych rad przy jednostkach samorządu terytorialnego, trudna nazwa (śmiech). W skrócie to się nazywa zespół ds. młodzieży. Większość stanowią posłowie PiS i wierzę, że tak, jak przy bezpieczeństwie ruchu drogowego, tak i tutaj jest pole do współpracy. Temat może niezbyt medialny, ale to też edukacja obywatelska. Wyobrażam sobie, że robimy np. kongres młodzieżowych rad, otwarty dzień w Sejmie i że wspólnie z członkami tego zespołu oprowadzamy po parlamencie. Przy takich okazjach, nawet na najmniejszym poziomie, współpraca jest możliwa.

Jestem otwarty i z optymizmem podchodzę do współpracy ze wszystkimi. Rozpoznaję tematy, w których nie znajdziemy wspólnego języka, ale też obszary, gdzie kompromis jest możliwy.

Pobrzmiewa w tobie dużo idealizmu, ktoś złośliwy powiedziałby, że naiwności, ale nie boisz się, że wejdziesz w to polityczne bagno i się w nim utopisz? 

Liczę się z tym, ale jestem dobrej myśli. Wiem, że mam duże poparcie w Poznaniu i to przed poznaniakami i poznaniankami odpowiadam w pierwszej kolejności.

Zdaję sobie sprawę, że różne siły polityczne mają swój charakter, wymagania, ale na poziomie samorządowym wielokrotnie widziałem albo doświadczyłem, że wilk może być syty i owca cała.

Czas pokaże na ile mi się udało, a na ile rzeczywiście byłem naiwny, ale też otwarty na krytykę. Nie należy poddawać się przed zawodami, tylko próbować swoich sił i robić swoje.

Czym jest dla ciebie bezpartyjność? Bardzo często o niej mówisz.

W sumie niczym ponad to, co faktycznie oznacza. Nie jestem działaczem żadnej partii, jestem skupiony na pracy z trzecim sektorem, organizacjami pozarządowymi, inicjatywami dotyczącymi bliskich mi spraw, jak ruchy miejskie – np. Inwestycje dla Poznania, czy warszawskie Miasto Jest Nasze, Wolne Sądy, Iustitia.

Ale wyobrażam sobie, że gdybym był w jakiejś partii, to próbowałbym taką współpracę organizować. Teraz nie jestem, może kiedyś będę.

A w której?

Nie wiem, może w takiej, która jeszcze nie powstała (śmiech).

Czyli nie masz planów zapisania się do PO?

Nie planuję ani nie dostałem takiego zaproszenia i dobrze mi z tym. Wiem, że partie są narzędziem do organizacji życia politycznego w Polsce, że dzięki nim grupy się organizują, startują w wyborach i mają na coś wpływ. Ale mam też wrażenie, że mamy teraz do czynienia upartyjnieniem życia politycznego. Że często to, kto ma jaką ma etykietę jest ważniejsze niż merytoryka.

W sensie, że ktoś jest z góry oceniany na podstawie przynależności partyjnej? To działa w naszym kraju bardzo mocno.

To jest mocno niedemokratyczne. Nie zgadzam się z takim podejściem i na poziomie parlamentarnym będę próbował zaszczepić coś odwrotnego. Ludzie liczą na to, że opozycja będzie ze sobą współpracowała.

Wydaje mi się, że najcenniejsze będą te momenty, gdy współpraca między grupami politycznymi będzie się udawać. Tych momentów będę wypatrywał, postaram się być pomostem między różnymi grupami.

Zastanawiam się, na ile w ogóle można mówić o bezpartyjności, gdy startujesz z list Koalicji Obywatelskiej, popierają cię politycy, jesteś członkiem klubu parlamentarnego. Ile niezależności i autonomii można zachować w sytuacji, gdy we wszystkich mediach figurujesz jako poseł KO?

Okazuje się, że do Sejmu można wejść nie będąc członkiem żadnej partii, ale będąc częścią szerszej koalicji. To ciekawa sytuacja, że w klubie KO mamy kilka partii, lecz także osoby niezależne i możemy normalnie współpracować w ramach klubu.

Ale zaraz ktoś może zacząć wymagać od ciebie dyscypliny.

Jasne, że musisz ważyć interesy, ale póki co jeszcze nie zdarzyła mi się taka sytuacja. Np. w sprawach światopoglądowych KO nie wymaga dyscypliny, więc myślę, że takie feudalne hasła jak „dyscyplina” właśnie będziemy, mam nadzieję, zmieniać we współprace, partnerstwo, dialog.

Franek Sterczewski
fot. Franek Sterczewski z Krzysztofem Śmiszkiem z Lewicy/Instagrami

Nie podoba mi się ta panująca od 30 lat – i z każdym rokiem coraz silniejsza – koncepcja  „the winner takes it all” [ang. „zwycięzca bierze wszystko” – przyp. red.]. Ten, co wygrywa, cenzuruje resztę, próbuje rozepchać się łokciami wszędzie, gdzie się da. Jak PiS, które właśnie przeforsowało wszystkich kandydatów do KRS czy Trybunału Konstytucyjnego.

Zgoda, mają połowę Sejmu, ale to nie znaczy, że mają prawo zawłaszczać instytucje w 100 proc. W tym przypadku to się dzieje ze szkodą dla wymiaru sądownictwa, ale generalnie uważam, że ta zasada jest szkodliwa, bo w ten sposób tworzy się konflikt – druga strona czuje się niedoceniona, w społeczeństwie rośnie frustracja, działamy na zasadzie „kto się na kim za co mści”.

Zarzucono Ci, że się sprzedałeś Platformie?

Cały czas słyszę różne zarzuty. Mam też takich znajomych, którzy liczyli na to, że wystartuję z innej listy.

Była propozycja z Lewicy?

Tak, choć nie tak ciekawa, jak ta z KO. Ale warto też pamiętać, że jestem z Poznania. Tu prezydent jest z PO, choć bardziej lewicowy niż w innych miastach. Znam też poznańską Platformę, wiceprezydentów. Szanuję ich za pracę, że ruszyli to miasto po wielu betonowych latach rządów technokraty Ryszarda Grobelnego.

Mając ten kontekst i pamiętając, że Jaśkowiak był pierwszym prezydentem polskiego miasta, który poszedł w Marszu Równości, wprowadził program in vitro widać, że Poznań jako miasto i poznańska PO czy Koalicja Obywatelska ma bardzo rozbudowane lewe skrzydło.

Pojawiły się argumenty, że z listy KO będziesz miał większe szanse dostać się do Sejmu niż właśnie z Lewicy.

Wiedziałem, że akurat moi bliscy, którzy mnie wspierają, uznają tę decyzję za bardziej racjonalną. Ale są też tacy, którzy żałują, że w ogóle wystartowałem i którzy uważają, że powinienem robić co innego.

Że niby utraciłeś wiarygodność?

Nie obrażam się, że ktoś ma jakieś wyobrażenie na mój temat. Każdy ma swoje wyobrażenie o kimś i taką perspektywę, że „o, to jest taka osoba, która za 10 lat będzie szefem remizy strażackiej alb wyemigruje i będzie ratował wieloryby” (śmiech).

Co twoim zdaniem musi zrobić opozycja, by jakkolwiek nawiązać walkę z PiS?

Musi znaleźć swoją tożsamość. Uważam, że różnorodność jest siłą i opozycja powinna przekonać ludzi, że to ona w jak najszerszym zakresie reprezentuje Polki i Polaków, że są osoby bardziej lewicowe, bardziej konserwatywne, ale dla wszystkich ważne są przede wszystkim zasady demokracji: szacunek dla prawa, wolność słowa, wolność mediów i sprzeciw wobec nowego feudalizmu, autorytaryzmu, który – nie tylko w Polsce – dzieje się na naszych oczach.

Myślę, że nawet część posłów PiS nie jest zadowolona, że akurat Zbigniew Ziobro z Jarosławem Kaczyńskim próbują sobie podporządkować sądy, media i wszystko inne. Wierzę, że po tamtej stronie są też osoby myślące konserwatywnie, ale republikańsko, czyli w sposób nie dyskryminujący drugiej strony, szanujący odmienność, nie próbując zawłaszczyć wszystkiego.

Zobacz także

Mam nadzieję, że to, co teraz obserwujemy, to taki zimny prysznic i że za 10 lat będziemy mogli wspomnieć okres zawłaszczenia sądów, mediów i łamania praw człowieka jako ponurą anegdotę. Ale żeby tak się stało, musimy zająć się pracą u podstaw, wspierać ruchy miejskie, lokalne, inicjatywy, budować szeroko pojętą wspólnotę, nie tylko wewnątrz opozycji.

Wspomniany już tutaj Jacek Jaśkowiak zdecydował się kandydować w prawyborach prezydenckich w ramach Koalicji Obywatelskiej. Byłby dobrym prezydentem kraju?

Uważam, ze tak. Jest bardzo aktywny, cały czas działa w różnych inicjatywach: idzie w Marszu Równości, pojawia się na wigiliach dla osób bezdomnych. Bo prezydent Polski powinien być obecny wśród obywateli, ale tez wspierać osoby LGBT+, osoby z niepełnosprawnościami, bezdomne. Powinien być budowniczym wspólnoty, liderem dialogu, takim remedium na dotychczasowe starcie większości i mniejszości parlamentarnej.

Kto w takim razie miałby większe szanse w starciu z Dudą – Jaśkowiak ze swoimi wyrazistymi poglądami i konfrontacyjnym stylem czy Kidawa-Błońska, raczej koncyliacyjna i ugodowa?

Obie kandydatury są ciekawe. Nie jestem członkiem PO, więc uszanuję wybór, którego dokonają. Ważne, by te wybory wygrać, ale też by rozmawiać o kandydacie, jego sztabie, charakterze kampanii, narracji, która powinna zaistnieć. Od tego powinno zależeć czy kandydat A czy B wygra. Poza tym zbliża się koniec roku, a Andrzej Duda już właściwie rozpoczął kampanię.

A opozycja czeka. A ci kandydaci powinni już chyba zostać oficjalnie ogłoszeni.

Myślę, że będą. Sam jestem ciekaw, co się wydarzy. Na pewno będę z zainteresowaniem śledził kampanię i trzymał kciuki za wszystkich demokratycznych, opozycyjnych kandydatów.

Skoro jesteśmy przy opozycji, wróćmy na chwilę do kampanii wyborczej. Dlaczego tobie chciało się prowadzić aktywną, bezpośrednią kampanię, a innym kandydatom niekoniecznie? Bo może właśnie brak zaangażowania i entuzjazmu jest powodem, dla którego KO znajduje się w defensywie wobec PiS.

Trzeba by ich spytać. Mnie się chciało, bo ja się boję tego, co się będzie działo w Polsce w najbliższych latach. Boję się autorytaryzmu.

Oni się nie boją?

Mam wrażenie, że nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co może się wydarzyć. Nie chodzi tylko o autorytaryzm,

A o co jeszcze?

O kryzys klimatyczny. Boje się, że za 20 lat naprawdę się na tej Ziemi usmażymy. To już się dzieje w Polsce, widzimy jak np. Wielkopolska stepowieje, wysychają jeziora. Mieliśmy najsuchsze lato od 15 lat, Warta przez większość lata była nieżeglowna. Jeśli temperatura wzrośnie, w Polsce jeszcze będzie tak znośnie, jak we Włoszech, Izraelu czy północnej Afryce, ale np. między równikami nie będzie dało się żyć. 

Zobacz także

Najbardziej zastanawiają mnie głosy skrajnej prawicy, która zaprzecza globalnemu ociepleniu, a przy tym sprzeciwia się migracji z południa. Gdyby tak było, to w pierwszej kolejności powinni sprzeciwiać się właśnie globalnemu ociepleniu i walczyć z nim, ograniczając emisję dwutlenku węgla.

Jeśli tego nie zrobimy, będziemy mieli falę migracji, której w żaden sposób nie zatrzymamy. Czekają nas konflikty, wyzwania, jakich nie widzieliśmy. Obawiam się tego wszystkiego i postaram, choćby w mikroskali i na tyle, na ile będę potrafił, działać.

Ale nawet na Zachodzie nie ma jednomyślności w tej sprawie. Donald Trump wycofuje przecież Stany Zjednoczone z paryskiego porozumienia klimatycznego, zobowiązującego m.in. do redukcji emisji CO2.

Wydaje mi się, że nawet tacy ludzie, jak Trump wiedzą, że globalne ocieplenie jest faktem. Ale wychodzą z założenia, że „niech Afryka czy Ameryka Południowa się usmażą, co nas tamci ludzie obchodzą, my na białej północy sobie poradzimy, okopiemy się i odgrodzimy murem”. Nie wierzę, że ta wieża z kości słoniowej tak szczelnie się zamknie, że uniknie uchodźców. To naiwne i krótkowzroczne myślenie, że można się odgrodzić od problemu.

franek5
fot. Facebook/Franek Sterczewski

Skoro takim szokiem dla Europy było, w szczytowym momencie, kilka milionów migrantów rocznie, skoro to wywołało takie turbulencje polityczne w wielu krajach, to ciekaw jestem, co będzie, jeśli tych ludzi, którzy potrzebują schronienia będą dziesiątki czy setki milionów.

Zresztą, polski rząd dostrzega wreszcie problem zmian klimatycznych, powstało przecież Ministerstwo Klimatu.

Pytanie czy będzie miało realne kompetencje.

Wydaje mi się, że przede wszystkim PR-owe, ale z drugiej strony trzeba działać. Od tego mamy też Zielonych, kolektyw Extinction Rebelion, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. Od tego są też tacy posłowie i posłanki, jak ja, żeby mówić „sprawdzam”, pilnować, by nie było to ministerstwo tylko z nazwy, ale żeby poważnie wdrażało jakąś politykę klimatyczną.

Temat jest rozpoznany, a jeśli nie będzie realizowany, to spodziewam się, że presja społeczna sprawi, że w pewnym momencie będziemy w stanie doprowadzić do realnych zmian: dokonywanej z głową, opartej o sprawiedliwość społeczną transformacji energetycznej.

Masz już pomysł na happeningi sejmowe? Jakieś przedsięwzięcia, które stworzyłyby namiastkę wspólnoty mimo różnic politycznych i światopoglądowych?

Na pewno chcę szukać jakiegoś nowego języka – języka pojednania. Wierzę, że jedną z form wyrazu może być happening. Ale każdy dobry happening ma swoje miejsce i czas, musi się wykluć spontanicznie. Na pewno jednym z wyzwań byłoby otwarcie przestrzeni Sejmu, żeby można było przespacerować się stamtąd na skarpę warszawską, żeby udostępnić obywatelom tę piękną, modernistyczną architekturę

Czytałem, że marzy ci się wspólne pieczenie pizzy. Tylko gdzie?

Myślę, że właśnie w przestrzeni między budynkami parlamentu, jest tam wiele pięknych miejsc, które dałoby się otworzyć i zwiedzić. Ale też tak, jak organizowano dotychczas Noce Sejmu na wzór Noce Muzeów, można by zorganizować piknik, coś w rodzaju Dnia Sejmu. Wyobrażam sobie, że zapraszamy jakieś pizzerie, żeby mogły coś upiec. Albo umawiamy się, że tego dnia wszyscy zamawiamy pizzę o tym samym czasie, w to samo miejsce i wspólnie spędzamy czas, bawimy się, piknikujemy, oswajamy przestrzeń, pokazując „słuchajcie, wszyscy tego potrzebujemy”. Bo to jest świątynia demokracji, nasza wspólna przestrzeń i fajnie, żeby była dostępna dla wszystkich.

Myślę o takich happeningach, ale wciąż jestem onieśmielony tą przestrzenią, jej intensywnością. Na pewno minie jeszcze chwila, zanim się z nią oswoję.

Zapewne masz już pomysł na pierwsze przemówienie.

Chciałem zadać pytanie już po expose premiera, ale nie zdążyłem zapisać się do kolejki. O kolej – dlaczego premier obiecał 9 tys. km torów, kiedy w tym momencie mamy w Polsce 18 tys? Jak i w jakim czasie chciałby podwoić ten stan rzeczy – czy raczej powrócić do stanu sprzed 30 lat – skoro przez ostatnie lata tych torów przybyło nam w niewielkim stopniu? I zapytać o dworzec w Poznaniu – dlaczego wygląda  jak wygląda i kiedy udałoby się przywrócić jego świetność i funkcjonalność? Oraz o szczegóły dotyczące bezpieczeństwa ruchu drogowego.

A w jakich butach wejdziesz na mównicę?

Może w tych samych (śmiech). Chociaż mam nadzieję, że do tego czasu sprawię już sobie nowe kapcie, równie wygodne i funkcjonalne. Tego chciałbym się trzymać.

RadioZET.pl/rozmawiał Mikołaj Pietraszewski