Zamknij

Jana Shostak: Ten poziom strachu zna każdy, kto zetknie się z reżimem

02.06.2021 11:23
Jana Shostak
fot. Monika Orpik

Pamiętam, jak zatrzymano mnie w 2010 roku, po pierwszych wielkich protestach po sfałszowaniu wyborów. Mieliśmy z dwoma kolegami iść do aresztu, ale okazało się, że nie ma miejsc, więc dostaliśmy 15 sekund, żeby "wyp******". Ten poziom strachu zna każdy, kto zetknie się z tym reżimem - opowiada w rozmowie z RadioZET.pl białoruska artystka i aktywistka Jana Shostak. Jej codzienna akcja "Minuta krzyku" to jeden z najgłośniejszych i najdonioślejszych apeli o pomoc i wsparcie dla sterroryzowanej pod rządami Łukaszenki białoruskiej społeczności. - Naprawdę tylko to nam już teraz pozostaje wskutek braku realnych działań - ostry krzyk i sankcje ekonomiczne - przekonuje. 

Jana Shostak to pochodząca z Białorusi artystka i aktywistka, doktorantka na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Ma na swoim koncie kilka głośnych projektów, m.in. słynne zdjęcie z transparentem "Papa, call me" podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku (chęć zwrócenia papieżowi Franciszkowi uwagi na problem pedofilii w polskim kościele), akcję rozpropagowania słowa "nowak" jako nowego określenia dla zamieszkujących Polskę przybyszów z innych krajów czy uczestnictwo (oraz sukcesy) w konkursach piękności. 

Jej nowa aktywność to odpowiedź na działalnia reżimu Aleksadra Łukaszenki, który stosuje wobec swoich obywateli coraz ostrzejsze represje i ściga ich nawet poza granicami Białorusi. Bezpośrednim impulsem było porwanie samolotu Ryanair i zatrzymanie lecącego nim opozycjonisty  Ramana Pratasiewicza.

To właśnie wtedy, wskutek pogłębiającego się terroru, a także braku konkretnych i skutecznych działań ze strony społeczności międzynarodowej, Jana postanowiła wyjść na ulicę i krzyczeć - z bólu, rozpaczy, frustracji, ale być może i z nadzieją. 

„Wszystko, co nam już teraz pozostaje, to właśnie minuta krzyku” – takimi słowami opisywałaś swoją akcję. Jak je interpretować?

Byłam nie tylko swoim głosem, ale krzyczałam również w imieniu setek czy nawet tysięcy ludzi, którzy oddolnie pomagają osobom zmuszonym do ucieczki z Białorusi z powodów politycznych.

Krzyczałam też z przeładowania emocji, bo naprawdę tylko to nam już teraz pozostaje wskutek braku realnych działań – ostry krzyk i sankcje ekonomiczne, które Unia Europejska musi wprowadzić.

Masz poczucie, że to rodzaj bezradności i desperackiego wołania o pomoc?

Trochę tak, ale jednocześnie mam nadzieję, że ta minuta między 18 a 18:01 stanie się takim symbolicznym czasem-pomnikiem dla Białorusi. Powstał nawet hasztag #globalscream, aby przebywające tam osoby mogły znaleźć więcej informacji na ten temat.

Jaki był odzew wobec twoich działań?

Przez ostatnie dni otrzymałam z Białorusi dużo wspierających wiadomości od osób, które odważyły się cokolwiek napisać. Tam ludzie generalnie są tak mocno zastraszani, że nawet jakby chcieli coś powiedzieć, to nie mogą.

Ale nawet te głosy, które do mnie docierają, mówią, że ważne jest, aby nadal się wspierać i tam, gdzie to tylko możliwe, przypominać, że cały czas tkwimy w dyktatorskim reżimie. To nie skończyło się ani w sierpniu, ani we wrześniu, choć media w ostatnich miesiącach nieco mniej o tym pisały.

Teraz znajdujemy się w takiej białoruskiej rewolucji 2.0 i musimy przejąć sztafetę. Białorusini i Białorusinki, ale także nieobojętne osoby z innych krajów, muszą krzyczeć na różne sposoby do końca rewolucji, a nawet o jeden dzień dłużej.

Masz kontakt z osobami, które zostały w Białorusi. Jest w nich jeszcze nadzieja na zmiany czy raczej strach i zniechęcenie?

Różnie to bywa, ale najczęściej ludzie są zmęczeni do cna.

Albo się boją.

Dokładnie. Ja np. nie mogę o wszystkim rozmawiać z moją mamą. Wiem, że muszę ją odgrodzić od tego, co się tutaj dzieje i co tutaj robię.

Boisz się, że twoim bliskim grożą jakieś konsekwencje w związku z twoją działalnością?

Każdy z nas w jakiś sposób ryzykuje. Biorąc pod uwagę, że w Białorusi można trafić do więzienia za wystawienie biało-czerwono-białego opakowania od telewizora albo po prostu, będąc zwyczajnym przechodniem „z łapanki”, gdy nagle znajdują się świadkowie, którzy potwierdzą, że „to on napisał coś na murze”, to chyba odpowiednio tłumaczy atmosferę strachu i bojaźni, jaka tam panuje.

Masz poczucie niedosytu, że ta zeszłoroczna rewolucja nie do końca się udała? Bo nie da się ukryć, Łukaszenka umocnił swoją władzę i dlatego pozwala sobie na takie gesty, jak uziemienie samolotu z opozycyjnym dziennikarzem na pokładzie. 

I tak jestem pełna podziwu dla śmiałości tych ludzi. Przede wszystkim kobiet, bo to one, po pierwszych dniach zabójstw i zaginięć, wyszły na ulice z białymi kwiatami, zapoczątkowując kolejny silny ruch.

Osiągnęliśmy naprawdę dużo. Odnaleźliśmy samych siebie, poczucie solidarności i tego, co to znaczy być Białorusinem czy Białorusinką, mieć tę swoją odrębność.

Dlatego moim zdaniem Łukaszenka stracił poparcie dużej części społeczeństwa. 

Uczestniczyłaś osobiście w demonstracjach w sierpniu 2020?

Tak. Udział w protestach, które odbywały się m.in. w moim rodzinnym Grodnie, to były najcenniejsze momenty w moim życiu. Ludzie dzielili się wodą i kwasem (chlebowym, popularny rodzaj napoju w krajach wschodnioeuropejskich – przyp. red), taksówkarze podjeżdżali z jedzeniem, wojskowi podchodzili z kwiatami.

To poczucie solidarności jest bezcenne i do tej pory jestem zaskoczona tym, że udało się to osiągnąć. Od początku ważne było dla mnie to, by zobaczyć, na ile ludzie potrafią się zorganizować i jak długo w tym wytrwają.

Choć jednocześnie zdałam sobie sprawę, widząc najliczniejsze, nawet kilkusettysięczne protesty – że to tak naprawdę bardzo mały procent.

No właśnie, bo może nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, ale czy to jest tak, że połowa Białorusinów popiera reżim Łukaszenki? Czy po prostu duża część obywateli w ogóle się nie angażuje w życie społeczno-polityczne?

Może nie tyle, że się nie angażują, co są taką kanapową opozycją. Boją się i wcale się im nie dziwię. Nikogo zresztą za to nie krytykowałam.

Sama pamiętam, jak to było w 2010, na pierwszych wielkich protestach po sfałszowaniu wyborów. Napisałam wówczas na śniegu „Żyje Białoruś” i zaraz pojawiły się przy mnie dwie osoby ze służb, które zapytały: - Jak chcesz? Pizdą Ciebie raz przeciągnąć czy mordą ścierać będziesz?

Wtedy miałam z dwoma kolegami trafić do aresztu, ale okazało się, że nie było miejsc, więc dostaliśmy 15 sekund, żeby „wypierdalać”.

Trudno to w ogóle pojąć.

Pamiętam to do tej pory. Ten poziom strachu zna każdy, kto zetknie się z reżimem.

Są takie osoby, które spotkały się prześladowaniami w swojej pracy albo w najbliższym otoczeniu, bo dużo absurdalnych rzeczy działo się jeszcze przed protestami: odbieranie Karty Polaka osobom pracującym na państwowych stanowiskach, donosy sąsiadów, itp.

To wszystko ewoluowało od 1999 roku, gdy w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach zaginął prokurator Zacharenko. On jako pierwszy powiedział publicznie, że żyjemy w dyktaturze.

Chodzi o wybory, które odbyły się pod koniec pierwszej kadencji Łukaszenki?

Tak, to był moment zwrotny w całej dyktaturze.

Czy twoim zdaniem inne państwa i instytucje międzynarodowe robią ws. Białorusi wystarczająco dużo? A jeśli nie, to co powinny zrobić?

Przede wszystkim sankcje ekonomiczne. To prosty mechanizm: odcinasz od pieniędzy także te osoby, które tłumią protesty i pracują na ten reżim, otrzymując dodatkowe honorarium. Kiedy nie ma dla nich środków, przestają pracować i wtedy ten system się rozpada.

Ale to nie wszystko. Na dzień dzisiejszy 16 polskich przedsiębiorstw to firmy, które współpracują z białoruskimi firmami albo są ich polskimi odpowiednikami, które nadal obficie współpracują z reżimem. To jest w tej chwili najważniejsza sprawa i należy ją nagłośnić, nawet jeśli trzeba do tego użyć swojego dekoltu.

No właśnie, wypisałaś na nim „56 proc”. Do czego odnosi się ta liczba?

56 proc. – tyle eksportowanego z Białorusi drewna trafia do Polski(strona: http://bellesexport.by/export/export-geography/?fbclid=IwAR1RBlnIG88AhFkG7eSRqxtWzJCBUZm705-9K7pkChk_UuwzW1THmLYHxmo)

Choć nie wszystkie informacje da się sprawdzić, bo te firmy skutecznie zacierają ślady i nie można się dowiedzieć np. tego, które dokładnie przedsiębiorstwa kupują to drewno. Wiadomo, że istnieje np. BLK Trading (przedstawiciel handlowy białoruskiego holdingu, skupiającego przedsiębiorstwa przemysłu drzewnego – przyp. red.), przez który rzekomo przechodzi ten cały surowiec.

Jana Shostak
fot. Magdalena Kulej/RadioZET.pl

Z puszczy i parków narodowych wycina się dużo drzew. Z jednej strony to dobrze, bo to znak, że system nie ma już skąd brać pieniędzy. Ale z drugiej, Białoruś ma niewiele surowców własnych, a drewno jest – zaraz po soli – tym najczęściej eksportowanym.

To ciekawa sprzeczność – Polska z jednej strony popiera sankcje wobec Białorusi, z drugiej polskie firmy współpracują z nią np. na poziomie handlowym.

W sumie Polska wygląda teraz jak portret ojca w obrazie w Rembrandta „Syn Marnotrawny” – z jednej strony głaszcze, z drugiej bije.

Ale Polska robi też sporo dobrego dla Białorusi, np. przyspiesza proces otrzymania statusu ochrony międzynarodowej. Osoby z Czeczenii muszą czasem czekać 4-5 lat, a większość Białorusinów i Białorusinekotrzymuje go po kilku miesiącach, więc ten system, było nie było, działa. Oczywiście z dużymi błędami i brakiem dialogu z oddolnymi inicjatywami, ale to już pewnie marzenie na przyszłość.

Których polityków i polityczki wyróżniłabyś jako najbardziej zaangażowanych w sprawy białoruskie?

Przede wszystkim Michała Szczerbę, który odpowiada na wiadomości nawet w niedzielę po południu.

Kolejna osoba, to Agata Diduszko (członkini Wiosny i radna Warszawy – przyp. red), z którą rozmawiałam już przed dwoma tygodniami. Pytała, co można zrobić i jak pomóc na poziomie ogólnopolskim, ogólnoeuropejskim, ale też lokalnym. I zaczęła wspierać na tyle, na ile mogła. Po tym nieszczęsnym porwaniu samolotu zaprosiła mnie na konferencję Roberta Biedronia.

Ostatnio w tym temacie bardzo mocno angażują się także posłowie i posłanki - Franek Sterczewski, Klaudia Jachira. A także Katarzyna Piekarska, Andrzej Rozenek, Wanda Nowicka, Marcin Bosacki, Michał Kobosko.

Wsparcie jest od Marty Lempart z grupą polityczek i działaczek i działaczy z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.

Jak już jesteśmy przy politykach i dekolcie – dostało ci się za strój, w którym występujesz. I to nawet od osób postrzeganych jako lewicowe – mówię tu o wypowiedzi posłanki Lewicy Anny Marii Żukowskiej, która skomentowała twoje zdjęcie słowami „Dlaczego mam wrażenie, że wcale nie chodzi jej o Białoruś”.

Ta sytuacja pokazała, że patriarchat nie ma płci. Poza tym, „why should I still fight for this fucking shit (ang. „Dlaczego wciąż muszę walczyć o to gówno”?). Myślałam, że jesteśmy już gdzie indziej w kontekście feminizmu, równouprawnienia, słuchania z uwagą i powagą głosu kobiet. Okazuje się, że nie – jest jeszcze dużo do zrobienia i przepracowania.

Ale teraz muszę chyba podziękować pani Żukowskiej, bo udało mi się użyć jej nieudanego komentarza i dzięki temu przemycić pozytywną treść, co zresztą cały czas staram się robić w swojej twórczości. Jakby nie było, jestem pozytywną hakerką (śmiech).

Co jeszcze planujesz?

Przede wszystkim udało się zainicjować i zaprosić mnóstwo ludzi do symbolicznej akcji wsparcia pod hasłem „Dekolt dla Białorusi”. Każdy może wypisać na swoim dekolcie nazwy tych wszystkich firm, które współpracują z reżimem Łukaszenki.

Jeśli ktokolwiek chce pomóc w sposób materialny bądź niematerialny, to proszę pisać do mnie bezpośrednio na Facebooku. Postaram się po tym tornado medialnym odpisać wszystkim i połączyć z niezależnymi grupami, które działają w różnych miastach, m.in. podziemną anonimową obywatelską inicjatywą „Partyzanka”, którą warto wesprzeć nie tylko w sposób symboliczny.

A co my – zwykli obywatele – możemy zrobić dla Białorusinów w Polsce?

Naprawdę dużo i to mogą być nawet małe gesty: pomoc w praktyce języka, zaproszenie na obiad lub spacer, zabawa z dziećmi, utworzenie wydarzeń na swoim podwórku, spotkań z Białorusią.

Można pisać listy do więźniów politycznych w Białorusi i zbierać pieniądze na rodziny więźniów, które muszą mierzyć się z trudnościami codzienności.

Jeżeli nie macie pomysłów na działanie, a chcecie pomóc - piszcie bezpośrednio do mnie na Facebooku. Postaram się odpowiedź w ciągu najbliższych dni w miarę swoich możliwości

Można to robić z poczucia solidarności. Mocno wierzę w taką sprawczą siłę, szczególnie w Polsce, bo przecież gdzie, jak nie tutaj, pamięta się, co to znaczy solidarność i wsparcie. Po prostu: sharing is caring (ang. – dzielenie się to dbanie o innych).

Rozmawiał Mikołaj Pietraszewski