Zamknij

Minister sportu Kamil Bortniczuk może być szantażowany, są SMS-y

24.11.2021 11:58
Kamil Bortniczuk
fot. Tomasz Jastrzębowski/REPORTER

Minister sportu Kamil Bortniczuk może być uwikłany w znajomości z biznesmenami, którzy mają kłopoty z prawem. Minister może być przez to obiektem szantażu grupy, która uważa, że ma na niego "haki". Bortniczuk otrzymał w tej sprawie wiadomości sms-owe.

Dziennikarskie śledztwo Mariusza Gierszewskiego ujawnia niewygodne fakty z przeszłości ministra. Jako dyrektor gabinetu ówczesnego ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina, mieszkał przez blisko rok w hotelu jednego ze znajomych biznesmenów, płacąc za pokój okazyjną stawkę. Wcześniej biznesmen wykorzystał jego znajomości. Na jego prośbę Bortniczuk pomógł skontaktować się osobie z prokuratorskimi zarzutami z ówczesnym wiceministrem sprawiedliwości.

Kamil Bortniczuk jest w polityce od 2002 roku. Zapisał się wtedy do Prawa i Sprawiedliwości i został wybrany na radnego w rodzinnej miejscowości Głuchołazy. Po kilku latach odszedł z PiS i współtworzył Polskę Razem. Przed wyborami w 2015 roku został członkiem zespołu doradców Beaty Szydło. Po wygranych wyborach i wejściu partii Jarosława Gowina do koalicji rządzącej, Kamil Borniczuk awansował w strukturach politycznych.

Kamil Bortniczuk może być szantażowany. O co chodzi ws. ministra sportu?

W 2016 roku został dyrektorem biura ówczesnego ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina. Jego byli koledzy z resortu opowiadają dziennikarzowi Radia ZET, że do pracy dojeżdżał z odległego miejsca. Jak ustalił Mariusz Gierszewski, chodziło o hotel położony na peryferiach Warszawy. Właścicielem hotelu i centrum konferencyjnego był wtedy „przyjaciel ze szkolnej ławki” Bortniczuka - Bartłomiej Maria Czernecki, prawnik o specjalizacji administracyjno-gospodarczej.

- Byłem totalnym "no name'em" z Głuchołaz i miałem jednego kolegę z Głuchołaz w Warszawie, z którym spędzałem czas – mówi dziś dziennikarzowi Radia ZET Kamil Bortniczuk. Przyznaje, że w hotelu mieszkał kilka miesięcy, na prośbę kolegi. Zapewnia, że za pobyt płacił. Z kolei Czernecki w rozmowie z dziennikarzem Radia ZET twierdzi, że chciał tylko pomóc przyjacielowi. Deklaruje, że pomagał w podobny sposób także innym osobom.

- Kamil zarabiał jako dyrektor 5-6 tys. złotych brutto. Biorąc pod uwagę utrzymanie rodziny plus odległości od domu, to była trudna robota. Miałem pusty hotel, wprowadziłem ofertę 99,99 za dzień. Zarówno policjanci, jak i politycy mieli swoje pokoje, które dostali w promocyjnej cenie. Akurat Bortniczuk za wszystko zapłacił, tak samo zapłacił za swoje imprezy. Inni nie płacili, takie życie – tłumaczy Czernecki.

Dopytywany dodaje, że Bortniuczuk płacił około 1500 zł za miesiąc. – Na wszystko były faktury – zapewnia Czernecki. Inną wersję przedstawia Bortniczuk. Twierdzi, że płacił 1000 zł i to „do ręki” właścicielowi - czyli Czerneckiemu. Obie ceny za pokój są poniżej oficjalnej oferty, którą Czernecki ustalił na 99,99 zł za noc czyli 3 tys. za miesiąc (przyp.red.)

Tylko mając dużo niechęci można stawiać tezę o jakiś korzyściach z mieszkania w hotelu. Nie można porównywać menedżerskiego wynajmu długoterminowego pokoju hotelowego do normalnych stawek dobowych. Byłem zwykłym urzędnikiem i korzystałem z zaproszenia mojego kolegi, którego znam wiele lat. Bartek, jako przedsiębiorca, dbał o to, żeby wszystko ze strony formalnej było załatwione. On mnie zapewniał, że o wszystko zadbał 

Kamil Bortniczuk

Dokumentów w tej sprawie jednak ani jeden, ani drugi rozmówca dziennikarzowi nie przedstawili. Według informacji od byłych urzędników, Bortniczuk jako dyrektor biura ministra mógł starać się o mieszkanie na osiedlu rządowym. Wynajem 45 metrowego mieszkania na osiedlu przy ul. Stanisława Grzesiuka na warszawskim Czerniakowie, to koszt około 1400 złotych miesięcznie. Decyzję o przyznaniu mieszkania podejmuje Kancelaria Premiera.

Czernecki ujawnia, że użyczał też Bortniczukowi samochód. Auto było leasingowane, ale nie zgłosił tego leasingodawcy, choć powinien. Bortniczuk bagatelizuje sprawę. W rozmowie z Mariuszem Gierszewskim tłumaczy, że auto było "kilkuletnią Toyotą", którą kilkanaście razy tylko pożyczał i była to kolejna koleżeńska przysługa Czerneckiego. Bortniczuk przyznaje, że za korzystanie z auta nie płacił.

Bortniczuk wyprowadził się z hotelu w kwietniu 2017 roku, kiedy został członkiem zarządu Grupy Azoty. Miał przyjechać do hotelu czarnym Audi A6, która otrzymał z firmy i zabrać swoje rzeczy. Najwidoczniej miał jednak do tego miejsca nieustający sentyment, bo kilka miesięcy później zorganizował w nim swoje urodziny. Uczestnicy imprezy opisują, że było „grubo”. – Na urodzinach był tłum gości, dużo jedzenia, szampany, drogie wódki. Oprócz kolegów z partii było też wiele nieznanych mi osób – mówi proszący o zachowanie anonimowości były współpracownik Bortniczuka. Ten z kolei przyznaje, że urodziny kosztowały go nawet 10 tys. zł.

Według kilku informatorów dziennikarza Radia ZET, hotel jest miejscem, w którym spotykali się policjanci, współpracownicy służb i biznesmeni często będący w konflikcie z prawem. Z hotelem związany finansowo jest Tomasz S., jeden z najbardziej rozchwytywanych syndyków w kraju i były wiceprezes PMPG Polskie Media (wydawcy tygodników Wprost i Do Rzeczy). Tomasz S. w maju 2015 roku został zatrzymany przez CBA w sprawie przekroczenia uprawnień w czasie pracy, jako syndyk masy upadłościowej. Prokuratura zarzuciła syndykowi narażenie spółek znajdujących się w upadłości na szkodę wielkich rozmiarów. Media pisały wówczas o „gangu syndyka”. Tomasza S. dotąd nie trafił jednak na ławę oskarżonych.

W sprawie oskarżonym został za to Michał Lisiecki, większościowy akcjonariusz PMPG. Prokuratura chciała też postawić zarzuty Danielowi B., ale ten od lat ukrywa się za granicą. Rozesłano za nim trzy listy gończe. Daniel B. był partnerem w interesach i Tomasza S. i Bartłomieja Czerneckiego.

Hotel jest przedmiotem ostrego sporu między właścicielami. Doszło tam też już do rozwiązań siłowych. Grupa uzbrojonych ochroniarzy wyrzuciła z hotelu Czerneckiego, po czym ten wynajął swoja agencję ochrony, która usunęła intruzów. Czernecki twierdzi, że został ostatecznie oszukany, a hotel mu odebrano. Zapewnia, że ma status pokrzywdzonego w śledztwie Dolnośląskiego Wydziału do Spraw Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej.

Kamil Bortniczuk może być szantażowany. Są SMS-y

W sierpniu 2020 roku Czernecki został jednak sam zatrzymany przez policję. Prokuratura Rejonowa w Prudniku postawiła mu zarzuty czynnej napaści na policjanta i kradzieży dwóch samochodów. Sąd ukarał Czerneckiego karą 8 miesięcy więzienia. Jego apelacja została odrzucona. Czernecki zapewnia, że jest niewinny i że został wrobiony. Twierdzi, że nie napadł na funkcjonariusza, ani nie ukradł samochodów.

Kamil Bortniczuk przyznaje w rozmowie z dziennikarzem Radia ZET, że dziś wie o kłopotach swojego kolegi i o „towarzystwie, w które wpadł”. Twierdzi, że kiedyś tego nie wiedział. Dlatego właśnie po wygranych wyborach w 2015 roku zgodził się pomóc Tomaszowi S. w dotarciu do ówczesnego wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego. Tomasz S. był już wtedy podejrzanym w prokuratorskim śledztwie. Bortniczuk po raz kolejny uważa, że była to wyłącznie przyjacielska przysługa. Nie widzi w tym nic złego, że podejrzany ominął w ten sposób drogę oficjalną, żeby swoją sprawę przedstawić jednemu z najważniejszych wówczas urzędników w wymiarze sprawiedliwości.

Proszę spojrzeć na tę sprawę moimi oczami z roku 2015. Przychodzi kolega, mówi, że zmieniła się władza na lepsze i jest człowiek poszkodowany przez stary układ, który chętnie o tym opowie. Ja nawet nie byłem na spotkaniu, tylko wysłałem dane tego człowieka z prośbą o sprawdzenie. Ewentualnie wykonałem pierwszy krok do tego spotkania. Działałem w dobrej wierze. Jest człowiek, któremu się działa krzywda za starej władzy i teraz jest szansa, żeby to wyprostować, a przy okazji ukarać złych ludzi. Nie było to podszyte żadną korzyścią z mojej strony. Podałem tylko imię i nazwisko tego człowieka. Poprosiłem Patryka, żeby się zainteresował tematem i żeby sprawdził, czy to ma sens

Kamil Bortniczuk

Dopytywany, o późniejsze kontakty z Tomaszem S. określa jako "sporadyczne". Według Bortniczuka, były syndyk bywał czasami w hotelu, spotykali się też na galach tygodnika Wprost, jako że Tomasz S. był wiceprezesem spółki wydającej pismo. Kamil Bortniczuk stanowczo zapewnia, że nie było wspólnego imprezowania, czy biesiadowania.

Czy jednak te znajomości - mniej lub bardziej zażyłe - mogą mieć wpływ na działania obecnego ministra sportu? Biznesmen Czernecki przyznaje, że wie o grupie "hakowej", która ma mieć nagrania z wielu spotkań i imprez. – Widziałem niektóre z tych filmów. Widziałem je w prokuraturze i dotyczyły mnie. Jeżeli mają na mnie, to mają też na Bortniczuka. No proste – mówi w rozmowie z dziennikarzem Bartłomiej Czernecki.

Kamil Bortniczuk dopytywany o to, czy zastanawiał się, że ktoś może mieć na niego tzw. "kompromaty", odpowiada, że nie ma czego się bać. Już raz jeden z jego kolegów miał dopytywać go o rzekome nagrania. - Słyszałem od kolegi, który weryfikował te informacje, o nagraniu z hotelu InterContinental, gdzie miała być kokaina i różne przygody. Bardzo łatwo to sfalsyfikowałem. Nigdy tam nie byłem i nigdy nie używałem kokainy – mówi Bortniczuk.

Dziennikarz RadiaZET jest w posiadaniu treści sms-ów, jakie rok temu otrzymał Kamil Bortniczuk. Mogą świadczyć o tym, że ktoś próbował szantażować Bortniczuka. „Panie pośle, może się pan ze mną nie spotkać ale Czernecki opowiada organom ścigania kto u niego w hotelu mieszkał za darmo i komu płacił łapówki. Oczywiście mnie to guzik obchodzi ale będzie z tego dym” – napisał nadawca.

IMG_9404 (1)
fot.

Bortniczuk odpisał: „Proszę Pana. Ja się żadnych zeznań nie obawiam. Żadnych łapówek nigdy nie brałem. Za darmo nigdzie nie spałem. Nie widzę powodu aby się w takich sprawach z kimkolwiek spotykać.” Nadawca odpisał w kolejnym sms: „Ok, ciekawe czy służby też tak pomyślą. Za dużo było świadków. Mnie to rzeczywiście guzik obchodzi.”

Bortniczuk dopytywany o to tłumaczy: - SMS, który otrzymałem w 2020 roku był dla mnie próbą wbicia klina między mnie a Bartka Czerneckiego przez jego wrogów. Dla mnie to była marginalna sprawa. Ktoś pisał o rzeczach, które nie miały miejsca, niespecjalnie się tym przejąłem, miałem wtedy na głowie dużo wydarzeń politycznych. To był okres tarć wewnętrznych w Porozumieniu. Miałem głowę gdzie indziej.

Poseł Kamil Bortniczuk nie zgłosił tego zdarzenia służbom. Dziś już jako minister sportu mówi, że "się nad tym zastanowi". Mariusz Gierszewski zapytał Kamila Bortniczuka, czy nie ma poczucia, że kontakty z przeszłości mogą być dla niego obciążeniem. Czy jako polityk, a dziś minister nie powinien być wolny od podejrzeń, jak "żona Cezara".

- Dałem się uwikłać w te znajomości nie wiedząc, z kim mam do czynienia, dodatkowo w sytuacji, kiedy nie pełniłem stanowisk politycznych. Te kontakty miały miejsce, w czasie kiedy pełniłem funkcję urzędniczą, dyrektora biura ministra. Później, kiedy zacząłem pełnić funkcje polityczne i uprawdopodobniłem, kim są ci ludzie, kontakty z nimi zerwałem i nie utrzymuję ich do dzisiaj - mówi minister sportu Kamil Bortniczuk. Z kolegą z Głuchołaz, Bartłomiejem Czerneckim utrzymuje kontakty do dziś.

RadioZET.pl/MaG