Zamknij

Tusk woli PSL od Lewicy na liście? Ujawniamy zeznania o mafii VAT

13.07.2022 17:01

Jak co środę "Podejrzani Politycy" omawiają najbardziej gorące i nieoczywiste tematy polskiej polityki. Kto komu grozi? Czy PiS ma czego się lękać? Kto może zostać "świadkiem koronnym" przeciwników PiS? Czy nieznane zeznania oskarżonych w aferze Getback ujawnione przez dziennikarzy śledczych mogą wstrząsnąć sondażami? To tylko kilka ze świeżych newsów autorów podcastu Michała Piaseckiego z aplikacji Upday i Radosława Grucy z RadioZET.pl. Najbardziej niespodziewane są informacje płynące z opozycji. Wszyscy dyskutują o wspólnej liście przeciwko PiS w nadchodzących wyborach, a tymczasem może ona wyglądać inaczej, niż się spodziewano.

Tusk woli PSL od Lewicy na liście? Ujawniamy zeznania o mafii VAT
fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER /East News

Spośród najważniejszych wydarzeń tygodnia, autorzy wybrali trzy, których wspólnym mianownikiem jest to, że budzą u rządzących obawy o najbliższą przyszłość. Poza skokiem zakażeń koronawirusem odnotowywanym przez Ministerstwo Zdrowia, nowymi informacjami mogącymi wskazywać na bezprawne działania służb i prokuratury (ujawniane w książce o aferze Getback), psychologicznym problemem mogą być też histeryczne i niepoważne wystąpienia nominowanych przez PiS. Chodzi przede wszystkim o bardzo źle odbieranego prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego oraz równie emocjonalne wypowiedzi prezes Trybunału Julii Przyłębskiej.

Glapiński ostatnio nie wahał się zapowiedzieć, że będzie informował o wypowiedziach Tuska będących jego zdaniem groźbami. W rozmowie z „Tygodnikiem Sieci” Przyłębska straszy opozycją, lawiruje i stosuje starą narrację PiS. Odmawia komentowania maili, gdyż nazywa je operacją rosyjskich służb. Pełne niepokoju wystąpienia mogą być tylko grą ze strony polityków partii rządzącej, ale efekty mogą być realne. Powód? Lęk, już nie udawany, ale realny, może zagościć w partyjnych dołach. Chodzi o lęk przed konsekwencjami utraty władzy, a konkretnie przed możliwą odpowiedzialnością karną. O tym, jakie konsekwencje może to rodzić, autorzy rozmawiali w ostatniej części podcastu dotyczącego potencjalnych "świadków koronnych" opozycji.

Muszyński walczy o prezesurę TK?

Jako „Kontrowersję Tygodnia” autorzy podcastu Michał Piasecki z upday i Radosław Gruca z RadioZET.pl omówili historię ujawnioną przez publikację na serwisie „Poufna rozmowa”, czyli najnowszych maili wykradzionych z prywatnej skrzynki Michała Dworczyka, szefa Kancelarii Premiera. Najwięcej emocji wzbudził swoim oświadczeniem sędzia Mariusz Muszyński. Niegdyś uważany za najbliższego współpracownika Przyłębskiej zapowiedział ostatnio, że kompletnie nie zgadza się ze sposobem zarządzania Trybunałem. Na domiar złego dopowiedział, że może opowiedzieć o wszystkich działaniach wokół spraw, które rozstrzygał, ale po zwolnieniu go z tajemnicy służbowej. Wskazuje to na to, że jednak próby wpływu mogły być podejmowane.

- Sędzia Muszyński jest na etapie wyjścia z relacji z Przyłębską. Bezpośrednio odciął się od całej wizji Trybunału Konstytucyjnego, którą ma Julia Przyłębska i jej rozumienia konstytucji – podsumował Piasecki, ale zastanawiał się, czy to nie element gry ze strony Muszyńskego, który zastrzegł, że powie wszystko, jeśli zwolni się go z tajemnicy służbowej.

- Nikt mnie nigdy nie zwolni z tego, więc cokolwiek wiem, to i tak nigdy wam nie powiem – tak oceniał kalkulację Muszyńskiego dziennikarz Upday, ale przyznał, że wygląda na to, że Muszyński mógłby coś o naciskach powiedzieć. Obaj prowadzący podkreślali, że termin napięć między członkami Trybunału Konstytucyjnego nie jest przypadkowy. Końca dobiega właśnie kadencja Julii Przyłębskiej, jako prezeski TK, a nie jest jasne, czy może ona pełnić funkcję na kolejną kadencję. W publikacjach medialnych jako konkurenta Przyłębskiej wymienia się nominata Zbigniewa Ziobry, czyli byłego Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego.

- Być może tam, gdzie dwóch, albo raczej dwoje się bije, tam trzeci korzysta – zakończył Gruca powołując się na opinie środowiska sędziowskiego.

Przypomnijmy, że z korespondencji z premierem wynikało, że minister spotykał się z Julią Przyłębska, prezeską Trybunału Konstytucyjnego, żeby ustalać terminy rozstrzygnięć spraw kierowanych do rozpoznania, a kosztownych dla budżetu. Gruca zwrócił uwagę, że ujawnione maile kompromitują PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Nawet na ostatnich spotkaniach „mówi o sędzim na telefon, a nie ma żadnych problemów z uzgadnianiem terminów z Julią Przyłębską, którą prezes ogłosił swoim towarzyskim odkryciem”. Treść maili wskazuje, że politycy PiS mogli wpływać na orzeczenia. Choć wielu komentatorów wcześniej to podejrzewało, teraz pojawił się dowód na to, że kontakty z prezeską Trybunału miało miejsce. Co więcej, kontakty Dworczyka miały mieć na celu rozmowę o konkretnych sprawach rozpatrywanych przez sędziów Trybunału.

- Sprawę należałoby wyjaśnić, a nie tłumaczyć ją na dość prymitywnym patencie, jaki używa władza – mówił Gruca. Odniósł się w ten sposób do stale powtarzanej formułki polityków PiS, którzy powtarzają, że nie będą się wpisywać w dezinformacyjne akcje rosyjskich służb. To właśnie pracujący dla Kremla hakerzy mają według polityków Zjednoczonej Prawicy odpowiadać za kradzież prywatnych maili Dworczyka.

Jedyne twarde dementi, jakie pada w wywiadzie Przyłębskiej z tygodnikiem "Sieci", to zaprzeczenie dotyczące konsultowania treści wyroków. Przyłębska jednak asekuracyjnie podkreśla, że przecież wyroków nie wydają pojedynczy sędziowie, a składy kilkuosobowe i muszą one zgodnie uzgadniać wyroki, czasem prezentując tzw. zdania odrębne. Czyżby w ten sposób sędzia próbowała rozmyć swoją odpowiedzialność za rozstrzygnięcia zgodne z linią rządu? Nawet jeśli miała taki plan pokrzyżował go jej dawny kolega Mariusz Muszyński, również sędzia TK, jeden z tzw. sędziów dublerów, czyli tych, których PiS wybrał w zastępstwie sędziów wybranych wbrew przepisom przez Sejm z większością PO.

Tusk woli PSL niż Lewicę

W „Stanie gry” autorzy podcastu skupili się na nowym wariancie omawianym przez liderów opozycji w związku z planami wspólnego startu. Donald Tusk, przewodniczący Platformy objeżdża Polskę i umacnia się jako lider opozycji, ale wciąż sondaże dają pierwsze miejsce PiS. Niedawno minął rok od powrotu Tuska do polskiej polityki, a samodzielny wynik PO w wyborach wciąż nie daje podstaw do marzeń o pokonaniu partii rządzącej. To zmusza do szukania sojuszy. Donald Tusk konsekwentnie powtarza, że jest zwolennikiem jednej listy Antypis, ale dotąd nikt się nie palił do ostatecznych rozmów, choć wiele spotkań między politykami partii opozycyjnych odbywa się regularnie, by uzgadniać stanowiska.

Jednak jak ustaliło RadioZET.pl ten plan ostatnio znacząco się zmodyfikował. Dotąd najbardziej od startu z jednej listy odżegnywali się politycy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Kategorycznie deklarowali, że nie poprą lewicowych postulatów. Ich konserwatywne poglądy dały się poznać niedawno podczas głosowania nad inicjatywą obywatelską w sprawie aborcji. Jednak lider PSL Włodzimierz Kosiniak Kamysz ma coraz częściej rozważać możliwość startu Koalicji Polskiej, osadzonej na PSL w ramach listy z Platformą jako liderem. Co więcej, coraz częściej politycy opozycji mówią o sygnałach, jakie odbierają od ludzi Szymona Hołowni.

- Powoli godzą się z sytuacją i na dziś pomysł ze startem PO- PSL i Polska 2050 jest bardziej prawdopodobny od startu z Lewicą – słyszymy od jednego z negocjujących polityków opozycji. Co na to politycy ugrupowania rządzonego przez Włodzimierza Czarzastego?

- Dla nas to też jest dobre jest rozwiązanie. Spokojnie możemy sobie snuć lewicową narrację bez tych „gadek” Tuska. Przecież wiemy, że PO jest konserwatywna, a nasi progresywni wyborcy też to wiedzą – mówi nam nasze źródło w Lewicy. Dodaje, że „Platformersi” siedzą cicho i kiwają potulnie na spotkaniach, w których padają zapowiedzi lewicowych pomysłów Tuska, ale gdy przewodniczący pojedzie dalej w trasę to znów będą lawirować np. w sprawach związków partnerskich, rozdziału państwa od Kościoła czy aborcji. Okazuje się, że politycy Lewicy dostrzegają ostatni spadek entuzjazmu w rozmowach o jednej liście i podejrzewają, że liderzy PO przeanalizowali szanse w poszczególnych okręgach i mogą się obawiać lewicowej konkurencji na własnych listach.

Złe nastroje u Hołowni

Rozmówcy „Podejrzanych polityków” z opozycji zwracali uwagę na problemy byłego gwiazdora telewizji. - Brakuje pieniędzy, a sondaże dołują, więc chyba mało kto wierzy, że marzenie o tym by startować samodzielnie już wyparowało – mówi nam jeden z posłów. Złośliwi konkurenci z partii opozycyjnych naigrawają się, że po powrocie Donalda Tuska partię dotknęła inflacja. Lider Polski 2050 mimo że wciąż ma wielu fanów, to niekoniecznie będą oni chętni by zostać jego wyborcami. Mimo to ludzie Hołowni starają się zaciskać zęby i powtarzają, że decyzje podejmą dopiero w przyszłym roku.

- My jesteśmy groźniejszą konkurencją dla polityków Platformy niż sojusz z Hołownią i PSL, bo mamy głośne nazwiska – mówi nam nasz rozmówca z Lewicy. Potwierdzają to rozmówcy z PO, którzy dobrze pamiętają kaca jaki dopadł kierownictwo po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku. Opozycja wystartowała zjednoczona jako Koalicja Europejska, a na liście obok polityków PO startowali też politycy Lewicy. Samodzielnie wystartowała Wiosna Roberta Biedronia i wprowadziła także troje europosłów, co jednak nie uratowało jej od wchłonięcia przez nową Lewicę.

Z jej rekomendacji na listach znalazło się pięciu eurodeputowanych spośród dwudziestu dwóch, którzy weszli z listy i reprezentowali Platformę i PSL. Trzy lata temu po policzeniu głosów w wyborach do PE to właśnie Włodzimierz Czarzasty chyba jako jedyny mógł wiarygodnie chwalić się, że decyzja o starcie była dla niego strzałem w dziesiątkę. Nie można jednak tego powiedzieć o Grzegorzu Schetynie, który prowadził wtedy Platformę, namawiał do jednej listy, a ostatecznie przegrał różnicą 10 proc. z PiS. Z kolei w samej partii Tuska znów budzi się opór przed startem z kandydatami, których nazywają „starymi komuchami”, czyli politykami z mocną przeszłością partyjną w PZPR i SLD.

Nowi "świadkowie koronni" wokół PiS

Prowadzący tym razem odeszli od dotychczasowej formuły „Przeglądu Kadr”, w którym omawiali poszczególne frakcje w Zjednoczonej Prawicy i wciąż podzielonej wewnętrznie opozycji. Tym razem pod lupę wzięli sprawy, które mogą być niebezpieczne dla PiS dzięki „świadkom koronnym”, czyli takim politykom, którzy albo byli członkami PiS, albo partii współpracujących w ramach Zjednoczonej Prawicy.

Pierwszym politykiem nazywanym przez opozycję „świadkiem koronnym” był Marian Banaś, były minister finansów wyznaczony przez PiS na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Jego problemy z prawem zaczęły się po emisji materiału w Superwizjerze TVN, który pokazał, że w jego kamienicy urzędują ludzie wiązani z półświatkiem, którzy prowadzą tam hotel na godziny. Banaś na początku przedstawiany przez polityków jako człowiek kryształ, dziś jest jednym z ich największych wrogów. Takich źródeł może być więcej. Jako sygnał do ujawniania nieprawidłowości można traktować oświadczenie sędziego Mariusza Muszyńskiego, a kłopotliwe dla władzy może być też ujawnienie zeznań osób oskarżanych w aferze Getback.

Dziennikarz śledczy Radio ZET Mariusz Gierszewski opublikował w poniedziałek fragmenty książki Sylwestra Latkowskiego "Wszystkie chwyty dozwolone. Afera Getback". Na jej stronach autor ujawnił zeznania i rozmowy m.in oskarżonych w sprawie Getback. Wynikać ma z nich to, że prokuratura rządzona przez Zbigniewa Ziobrę bardziej w śledztwie zajęła się poszukiwaniem informacji o premierze Mateuszu Morawieckim, a nie tropieniem setek milionów, które stracili klienci Getbacku.

Jak ujawnił Radosław Gruca z RadioZET.pl, jedna z osób oskarżanych w sprawie składała też w areszcie w 2018 roku zeznania przed oficerami Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Kobieta ujawniała wiedzę o działającej grupie ludzi powiązanych ze służbami, która miała zgłaszać się do przedsiębiorców m.in. z branży IT. W zamian za ochronę przed aparatem skarbowym, mieli otrzymywać znaczące kwoty od firm, które skarbówka mogła naliczyć i popsuć lub nawet zniszczyć im biznesy.

W zeznaniach składanych przez jedną ze świadków padają nazwy konkretnych firm, które miały dostać propozycję rozwiązania problemów. "Za odblokowanie zajętych ok. 100 mln złotych zajętych przez Urząd Skarbowy" - właściciel firmy miał zapłacić 10 mln złotych i to płatnych jako tzw. "success fee" czyli wynagrodzenie za pomyślne zakończenie sprawy. Nie wiadomo, co służby i prokuratura chełpiąca się rozbijaniem mafii VAT-owski zrobiły z tymi zeznaniami, a wskazywały one na to, że w skarbówce może działać grupa przestępcza.

Prowadzący spierali się o to, czy tacy świadkowie mogą być uznawani za wiarygodnych. Piasecki był sceptyczny, ale Gruca zwracał uwagę, że o ile zeznania mogą być wątpliwe, to tacy "koronni świadkowie" często zabezpieczają też dodatkowe dowody. Mogą być potwierdzeniem faktów, o których informują.

Śmiertelnie niebezpieczne dla PiS informacje mogą też wypłynąć z wielu toczących się po cichu procesów. Jednym z nich jest choćby sprawa, jaką wytoczył Andrzejowi Rozenkowi, posłowi koła PPS, były marszałek Marek Kuchciński. Chodzi o głośną historię dotyczącą burdeli na Podkarpaciu, z których usług mieli korzystać lokalni policjanci i politycy. Według byłego agenta CBA Wojciecha J. właściciele agencji towarzyskich, dwaj bliźniacy z Ukrainy, zamontowali tam kamery, żeby nagrywać swoich gości. Takie taśmy mogły potem służyć szantażom. Na jednej z nich, do której dotarł agent, miał być widoczny marszałek Kuchciński. Sam polityk z Podkarpacia od dłuższego czasu nie pełni istotnych funkcji ani w Sejmie ani w rządzie.

loader

RadioZET.pl