Wybory 2019. Dlaczego PiS wygrał kolejne wybory? [KOMENTARZ]

13.10.2019 21:20
Wybory parlamentarne 2019. Exit Poll. Dlaczego wygrał PiS? Komentarz
fot. PAP/Darek Delmanowicz

Dobra sytuacja gospodarcza, propaganda TVP a może nagonka na środowiska LGBT? Nie ma jednego powodu, który spowodował kolejne zwycięstwo PiS-u w wyborach. W tej politycznej kalkulacji nie było miejsca na grę według zasad fair play.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Wiedziałem, że tak będzie. Na pewno taka myśl pojawiła się w głowach wielu Polaków, którzy zobaczyli pierwsze szacunkowe wyniki exit poll. Według nich PiS uzyskał 43,6 procent, co zapewni partii Kaczyńskiego prawdopodobnie kolejne cztery lata samodzielnej większości.

W 2015 roku politolodzy i komentatorzy byli mocno skonsternowani, kiedy ciągle zadawano im pytania o wyboczy sukces PiS. Echa afery taśmowej? Obietnica 500 plus? A może zagrania pod patriotyczną nutę? Nigdy nie ma łatwych odpowiedzi na takie pytania. Jednak po czterech latach rządów PiS wydaje mi się, że łatwiej jest wskazać główne czynniki sukcesu partii z Nowogrodzkiej.

Zobacz także

Koniunktura ekonomiczna. - Zadajmy to podstawowe pytanie: jak żyło się cztery, pięć lat temu i jak żyje się dzisiaj? - pytał retorycznie kilka dni przed wyborami premier Mateusz Morawiecki. Partii rządzącej bardzo się poszczęściło, bo o utrzymanie władzy nie walczyła w okresie recesji gospodarczej. Według Eurostatu wzrost PKB Polski w tym roku wyniesie 4,4 proc. (dla porównania Niemiec 0,5 proc., a Hiszpanii 2,3 proc.), bezrobocie utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie 5,2 proc., a płaca minimalna idzie w górę. Nie wspominając już o całym wachlarzu świadczeń socjalnych – od 500 plus po trzynastą emeryturę.

W porównaniu do partii opozycyjnych, PiS mógł powiedzieć w kampanii: daliśmy Polakom pieniądze, nie zbankrutowaliśmy i jeszcze gospodarka jest na plusie. Słowo „jeszcze” jest tutaj kluczowe.

Zobacz także

Analizy instytucji finansowych jasno prognozują spadek tempa wzrostu PKB Polski na najbliższe lata. Pracownicy ze Wschodu, którzy zapewniają stabilność rynkowi pracy nad Wisłą, mogą wyjechać do innych krajów unijnych. A PiS wcale nie jest skłonne z otwartymi ramionami przyjmować imigrantów zarobkowych – przynajmniej oficjalnie.

Ponadto przez ostatnie cztery lata spadło tempo inwestycji, bo przedsiębiorcy boją się wykładać swoje pieniądze w kraju, w którym prawo zmienia się nawet co kilku godzin. Na domiar złego od miesięcy pikuje niemiecki przemysł, a nasz zachodni sąsiad jest głównym partnerem handlowym Polski. Co na to dobra zmiana?

Mateusz Morawiecki podczas konwencji PiS w Chełmie
fot. PAP/Wojtek Jargiło

Spójny i konkretny program. 232 strony. To najwięcej ze wszystkich głównych komitetów wyborczych. PiS przygotował obietnice dla matek, rolników, artystów czy żołnierzy. Stratedzy na Nowogrodzkiej doskonale zdawali sobie sprawę, że w walce o jak najszerszy elektorat, trzeba przyciągnąć nowych wyborców konkretnymi propozycjami.

Najważniejsza to szybki wzrost płacy minimalnej. Elektorat PiS zauważył, że skoro do tej pory płace rosły (nie we wszystkich branżach), to dlaczego minimalne wynagrodzenie miałoby nie wynosić 4 tys. zł brutto za cztery lata? Partia Kaczyńskiego podawała konkretne liczby i ścieżkę dochodzenia do realizacji obietnic. Na przykład w przyszłym roku seniorzy niestety dostaną tylko 13. emeryturę, ale za dwa lata już dostaną czternastkę – do tej pory zarezerwowaną dla górników.

Tak, pozostałe partie również prezentowały jasne i czytelne propozycje. Ludowcy postawili na dopłaty w wysokości 50 tys. zł do mieszkań dla młodych, a Lewica na minimalną emeryturę 1600 zł, bez względu na staż pracy. Co więcej – koalicja Czarzasty-Zandberg-Biedroń jako jedyny komitet przedstawił wyliczenia swoich propozycji wyborczych. Nie wystarczyło.

Zobacz także

Konserwatyzm Polaków. To tajemnica poliszynela, o której rzadko wspomina się w kontekście wyborów. Większość z nas jest przeciwna małżeństwom jednopłciowym. Ponad jedna trzecia Polaków popiera zakaz aborcji. Jeszcze więcej ankietowanych sprzeciwia się walucie Euro i przyjmowaniu uchodźców z Bliskiego Wschodu. Te wszystkie stwierdzenia pochodzą z październikowego badania CBOS-u.

PiS ze swoją godnościową polityką „podnoszenia Polski z kolan”, idealnie wpisał się w kampanię przed czterema laty i wciąż odcina z niej kupony. Partia Kaczyńskiego pokazała silną propozycję, ociekająca patriotyzmem, na której wyborcy mogą jeszcze zarobić, jak pokazał choćby program 500 plus.

Propaganda mediów publicznych. Nie ma wiarygodnych badań pokazujących, jak media wpływają na decyzje wyborcze. Ale skoro kanały Telewizji Polskiej należą do najchętniej oglądanych stacji (takimi wynikami nie może się już pochwalić Polskie Radio), to nie można tego wpływu bagatelizować.

Poziom stronniczego przekazu, jakie przeszły „Wiadomości” TVP1 i kanał informacyjny TVP Info przez ostatnie cztery lata, jest wręcz porażający. Na Woronicza nikt specjalnie nie krył się z tym, kto musiał wygrać wybory.

TVP idealnie wpisała się w zjawisko framingu, czyli ramowania rzeczywistości. Telewizja publiczna zamiast informować, wyjaśniała swoim odbiorcom co jest dobre, a co złe. Bezbłędny PiS – nawet jeśli przytrafiają mu się jakieś afery - kontra wiecznie skłócona i ciamajdowata opozycja. Moralnie uświęcony Kościół kontra „inwazja” środowisk LGBT. W propagandowym przekazie TVP nie ma miejsca na szarość. Nawet z wyroków sądowych po przegranych procesach w trybie wyborczym, „Wiadomości” TVP1 zrobiły spektakl o „uprzywilejowanej kaście sędziowskiej”.

TVP
fot. Grand Warszawski/Shutterstock (ilustracyjne)

Zobacz także

Media Jacka Kurskiego koncertowo wywiązują się z zadania wyznaczonego przez PiS. Cena? Przez ostatnie 4 lata TVP otrzymała miliardy złotych z budżetu państwa. Oficjalnie jako rekompensatę za mniejsze wpływy z abonamentu.

Wyciszanie afer. Marszałek Sejmu latający rządowymi samolotami z rodziną na prywatne spotkania. Szef NIK wynajmujący kamienicę ludziom powiązanym ze środowiskiem przestępczym,  którzy prowadzili „pokoje na godziny”. Wiceminister sprawiedliwości organizujący hejt w mediach na sędziów nieprzychylnych „dobrej zmianie”.

W wielu demokratycznych krajach takie afery powinny zatrząść sceną polityczną. Ale nie w Polsce. Jak to możliwe, że przez ostatnie 4 lata PiS-owi bez szwanku udaje się przykryć niewygodne skandale polityczne?

Widzę dwa powody. Pierwszy – szybka reakcja władz partii. Po dwóch tygodniach od ujawnienia całej serii prywatnych lotów Marka Kuchcińskiego rządowymi samolotami, marszałek Sejmu został zmuszony do dymisji. Jego miejsce szybko zajęła Elżbieta Witek i temat dla partii rządzącej się skończył. Manewr z dymisją wykorzystano również w resorcie sprawiedliwości w sprawie Łukasza Piebiaka. Nieco trudniej było z Marianem Banasiem, bo zamiast rezygnacji z fotela prezesa NIK wybrał urlop do czasu zakończenia kontroli CBA.

Drugi – gotowa odpowiedź na każdą sytuację. Kiedy media grzmiały o prywacie Kucińskiego w używaniu rządowych samolotów, TVP na umór przypominała zdjęcia Donalda Tuska latającego z rodziną, kiedy był premierem. Sprawę hejtu na sędziów, telewizja publiczna (z różnym skutkiem) próbowała przykryć sprawę niejasności w ratuszu w Inowrocławiu, gdzie prezydentem jest ojciec posła PO-KO.

Tych manewrów nie wykorzystała Platformie Obywatelskiej, na przykład przy aferze taśmowej w 2014 roku. Zamiast narzucić własną narrację na temat skandalu z podsłuchami, pozwolili na narastanie społecznej frustracji. Efekt – totalna klęska w wyborach w 2015 roku.

Zobacz także

Spójność środowiska politycznego PiS. Wiele można zarzucić partii rządzącej, ale na pewnie nie tego, że jest skłóconym i rozdrobnionym sojuszem różnych frakcji. Od czterech lat kierownictwo PiS nie dopuściło do rozłamu tzw. Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli dwa pozostałe ugrupowania wchodzące w jej skład – Porozumienie Jarosława Gowina i Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro – są tylko przystawką do politycznego dania głównego.

Kaczyńskiemu udało się uniknąć rozłamu nawet, jak wymieniał na stanowisku premiera Mateusza Morawieckiego za Beatę Szydło. Ta decyzja na przełomie 2017 i 2018 roku była bardzo niezrozumiała dla elektoratu PiS. Jaką popularnością wciąż cieszy się Szydło, pokazały majowe wybory do europarlamentu, gdzie zdobyła mandat z prawie 500 tys. głosów.

Nie ma co ukrywać, że spójność środowiska PiS wynika też z czysto praktycznych powodów. Od 2015 roku partia rządząca obsadziła praktycznie wszystkie stanowiska w administracji publicznej i spółkach Skarbu Państwa. Opuszczenie silnej partii rządzącej, kiedy jej wpływy wciąż rosną, zakrawa o polityczne seppuku.

Politycy PiS w Stalowej Woli
fot. PAP/Darek Delmanowicz

Wsparcie Kościoła. Nikt z hierarchów nie powiedział tego wprost, ale to właśnie w partii Jarosława Kaczyńskiego widzieli najlepszą opcję polityczną z punktu widzenia Kościoła. Według ostatnich danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, prawie 40 proc. wiernych praktykuje niedzielną mszę świętą. A nie brakowało parafii w Polsce, gdzie na murach pojawiły się plakaty kandydatów partii rządzącej. Również po niedzielnych eucharystiach kandydaci PiS zbierali podpisy poparcia.

Podobnie, jak w poprzednich latach, Kaczyński nie zapomniał o środowisku Radia Maryja.

- Kolejną ważną kwestią jest też ochrona wartości związanych z Kościołem, rodziną, tradycją, polskością, z polską godnością narodową – powiedział 2 października prezes PiS w wywiadzie dla mediów ojca Rydzyka. Jedyny poza TVP. Redemptorysta z Torunia może liczyć coraz większe zyski po tym, jak PiS doszedł do władzy 4 lata temu. Wystarczy choćby wspomnieć o dofinansowaniu Geotermii Toruń czy budowy muzeum „Pamięć i tożsamość”.

Kaczyński w Radiu Maryja: strajk nauczycieli się nie uda

Nowy wróg PiS – LGBT. W każdej kampanii wyborczej na Węgrzech prawicowy Fidesz, w który przed laty był wpatrzony Jarosław Kaczyński, straszy wyborców uchodźcami. Bez względu na to, jak irracjonalny jest to strach. Wspólny wróg, budowanie napięcia opartego na stereotypach plus propagandowy przekaz pomagają Victorowi Orbanowi utrzymać ten temat w agendzie.

Przed niedzielnymi wyborami PiS zostawił retorykę dotyczącą uchodźców na rzecz uderzenia w środowiska LGBT.

W ostatnich miesiącach uczestnicy parad równości, zwolennicy małżeństw jednopłciowych czy aktywiści znaleźli się na celowniku maszyny propagandowej PiS. W czwartek przed wyborami po godz. 20 w najlepszym czasie antenowym – pomiędzy orędziem prezydenta Dudy a meczem piłkarskim Polska-Łotwa, TVP1 wyemitował reportaż „Inwazja LGBT”. Już sam tytuł materiału wskazywał, że mamy do czynienia z nawałą, przed którą trzeba się bronić. Zresztą – w samym reportażu znalazły się nawiązania do potopu szwedzkiego.

I śmiesznie, i strasznie. Z jednej strony PiS szybko odciął się od nacjonalistów, którzy zaatakowali uczestników marszu równości w Białymstoku. Z drugiej – bronił wypowiedzi metropolity krakowskiego abp Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”. - Chcę powiedzieć: jesteśmy tobie, ekscelencjo, najdostojniejszy arcybiskupie, głęboko wdzięczni, z serca wdzięczni. I ja osobiście to mówię, bo jestem wdzięczny – tak o hierarsze mówił Kaczyński.

Marsz równości w Gnieźnie
fot. Sentemon/Shutterstock (ilustracyjne)

Zobacz także

Zwycięstwo PiS w majowych eurowyborach. Używając kolarskiej terminologii – PiS odciął się w maju od peletonu i w samotnej ucieczce utrzymał prowadzenie aż do mety w październiku. Opozycja wiązała z majowymi wyborami ogromne nadzieje. Przecież zawsze w nich wygrywała, była dotychczas niska frekwencja, a jeśli już to do urn szli mieszkańcy dużych miast. Wyniki ostatnich eurowyborów były totalnym zaprzeczeniem tych wszystkich stwierdzeń.

Zjednoczona opozycja uzyskała o 7 procent niższy rezultat, a Wiosna Roberta Biedronia zawiodła pokładane w niej nadzieje z rezultatem 6 proc. Za to PiS zdobył taki sam procent głosów, ile wyniosła frekwencja – 45 proc. To wprowadziło sporą konsternację w obozie opozycyjnym, który w zjednoczeniu upatrywał pewną szansę na pokonanie partii Kaczyńskiego. Majowy rezultat bez wątpienia pomógł PiS-owi w kolejnej kampanii.

RadioZET.pl