Polska krajem sprawiedliwości społecznej? „Ubóstwo rosło do początku XXI wieku” [WYWIAD]

28.02.2018 08:08
Polska krajem sprawiedliwości społecznej? „Ubóstwo rosło do początku XXI wieku” [WYWIAD]
fot. PAP

Polska zajmuje 15. miejsce w indeksie sprawiedliwości społecznej. Jest on wskaźnikiem rozwoju społecznego UE i został opracowany przez fundacje Bertelsmanna w Niemczech.

ISS składa się z sześciu wymiarów społecznej sprawiedliwości: walka z ubóstwem, równość w edukacji, dostęp do rynku pracy, zdrowie, sprawiedliwość międzypokoleniową oraz spójność społeczną i niedyskryminację.

Pierwsze miejsca w rankingu nie są niespodzianką. Zajmują je kraje skandynawskie i te z Europy Zachodniej. Ekspert Instytutu Spraw Publicznych Dominik Owczarek zwraca uwagę na wysokie miejsce Czech. — Czechy zajmują czwarte miejsce. Ich PKB tylko nieznacznie przekracza PKB Polski, ale na poziomie rozwoju społecznego są państwem dużo bardziej rozwiniętym — wyjaśnia badacz.

Wskaźniki pokazują, że Polska całkiem nieźle radzi sobie z równością w edukacji i dostępem do rynku pracy. Ten drugi i tak sytuuje nas na 20. miejscu w Europie. Fatalnie wygląda kwestia ochrony zdrowia. Zajmujemy 25. miejsce na 28 państw Unii Europejskiej. Niezbyt dobrze wygląda też wskaźnik sprawiedliwości pokoleniowej, który jest zaniżany nieefektywny system emerytalny.

Czasem można usłyszeć argumentację, że wprawdzie w Polsce zarabia się niewiele, ale jeśli odniesie się to do kosztów życia, to dochody są porównywalne do innych państw Unii. Dominik Owczarek dementuje te spekulacje. — To nie jest prawda. Biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej, to okazuje się, że polskie płace sytuują się bardzo nisko w Europie — mówi.

Ekspert zwraca jednak uwagę na „dynamiczny” wzrost płac w Polsce, który jego zdaniem jest spowodowany m.in. wprowadzeniem minimalnej stawki godzinowej dla pracowników zatrudnionych na umowie zlecenie. — Sektory takie jak hotelarstwo, ochrona, sprzątanie są nisko płatne. Ponadto powszechne stosuje się tam umowy cywilno-prawne. Przy obecnych regulacjach pracownicy zaczęli zarabiać dwa czy trzy razy więcej. Wcześniej średnia stawka za godzinę pracownika ochrony wahała się między 3 a 5 złotych — mówi Dominik Owczarek.

Wielu pracodawców przy okazji wprowadzania minimalnej stawki godzinowej alarmowało, że spowoduje to masowe zwalnianie pracowników, bo firm nie stać na takie podwyżki.

Trzeba brać pod uwagę głosy pracodawców. Część sektorów, firm operuje w oparciu o efekt skali. Marża w niektórych sektorach jest bardzo niska. Podniesienia płac może wpłynąć na kondycję finansową przedsiębiorstwa — podnoszą się wówczas ceny usług oferowanych przez firmy. Jeśli uda się znaleźć punkt równowagi między firmą a klientami, to nie będzie konfliktu. Trzeba doprowadzić do sytuacji, w  której firmy będą konkurowały jakością usług, a nie najtańszą pracą. Można też stosować klauzule społeczne w przypadku zamówień społecznych tak, żeby firmy zatrudniały pracowników w oparciu o umowę o pracę. Wtedy cięcie kosztów ze szkodą dla pracownika nie będzie w ogóle przedmiotem debaty.

Pogląd o tym, że śmieciówki psują rynek pracy jest powszechnie znany. Widać jakąś poprawę?

Tak, głównie dzięki wprowadzeniu minimalnej stawki godzinowej. Oczywiście nadal umowy cywilnoprawne funkcjonują i nadal są bardziej opłacalne niż zatrudnienie kogoś w oparciu o umowę o pracę. Moim zdaniem, aby to wyeliminować, trzeba zaproponować stawkę godzinową wyższą niż w przypadku umów o pracę. Wtedy zlikwiduje się motywator ekonomiczny. Idealnym rozwiązaniem byłoby zlikwidowaniem umów zleceń, które regulują pracę. Oczywiście bez szkody dla swobody zawierania umów. Firmy nadal mogłyby takie zawierać między sobą.

Nowe rozwiązania ma zaproponować Komisja Kodyfikacji Prawa Pracy.

Praca ma być świadczona o umowę o pracę i ma być chroniona kodeksem. I nad tym pracuje komisja kodyfikacyjna. Chodzi o to, żeby każdy pracownik miał prawo do płatnego urlopu, dostęp do świadczeń socjalnych i mógł pójść do sądu pracy. Pracodawcy stawiają weto i zgłaszają argument dotyczący elastyczności zatrudnienia. Obecny kodeks narzuca na pracodawców wiele zobowiązań.

Jakie są szanse na spotkanie się gdzieś w połowie drogi?

Komisja uważa, że można umowy o pracę uzupełnić o nową formę zatrudnienia. Taką, której jeszcze nie ma. Ma być podobna do „zero hours contract” — umowy funkcjonującej w Wielkiej Brytanii. W takiej sytuacji pracodawca nie jest zobowiązany, żeby zapewnić pracownikowi odpowiednią liczbę pracy, a pracownik nie jest zobowiązany, żeby się w pracy pojawić. Zobaczymy zatem, co się wyklaruje z uzgodnień wewnątrz komisji. Pierwsza propozycja ma się pojawić do końca marca.

W raporcie pada zdanie, że Polska nie powinna brać za wzór w polityce socjalnej państw skandynawskich.

Trzeba przyznać, że trudno byłoby doścignąć kraje skandynawskie w krótkim czasie. Przepaść dzieląca Polskę i Szwecję jest zbyt wielka. Spójrzmy jednak na przykład z regionu. Czechy są w tym samym bloku krajów postsocjalistycznych i weszły do UE w tym samym czasie co Polska. Oczywiście można sugerować, że wyższe zaawansowanie technologiczne Czech wpływa na wyższy rozwój społeczny. Warto jednak prześledzić trajektorie rozwoju gospodarczego i społecznego w Czechach i w Polsce. W obu krajach w Polsce wskaźnik nierówności dochodowych mierzony indeksem Giniego był przed transformacją mniej więcej na tym samym poziomie. W Polsce w latach 90. mocno wystrzelił i rósł aż do wejścia do Unii. Tymczasem w Czechach utrzymywał się cały czas na tym samym poziomie. Czesi przeprowadzili transformacje w ten sposób, że mieli wzrost gospodarczy, ale nie wytracili wątku społecznego. Rozwój był bardziej zbilansowany. Trzeba być uczciwym i powiedzieć, że rozwój gospodarczy w Polsce był szybszy i większy. Czechy dotknął też problem struktury oligarchiczne, które mają wpływ na gospodarkę, politykę i świat mediów. W Polsce tego nie było.

W swojej książce „To nie jest kraj dla pracowników” Rafał Woś stwierdził, że w neoliberalizmie Polska jest 20 lat przed Zachodem.

To faktycznie trafna myśl. Od transformacji minęło blisko 30 lat i  może należy zrewidować pewne założenia, które przyświecały reformom lat 90. Debata w krajach rozwiniętych diametralnie zmieniła się po globalnym kryzysie finansowym. Do 2008 roku mieliśmy dominację dyskursu neoliberalnego forsowanego przez kluczowe instytucje takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Komisja Europejska. Teraz zrewidowały poglądy i są skłonne przyjmować rozwiązania, które akcent większy stawiają na rozwój społeczny. Obecną politykę KE wprawdzie trudno nazwać wprost prosocjalną, ale zawiera dużo takich elementów. Docenia potrzebę włączenia społecznego, wyrównywania szans między regionami i grupami społecznymi. Teraz retoryka neoliberalna, która jest silna w krajach peryferyjnych takich jak Polska, jest mniej popularna.

Wskaźniki ekonomiczne są faktycznie krzepiące. Ale skrajne ubóstwo na poziomie 4.6 proc. to nadal dużo.

Różne wskaźniki pokazują, że ubóstwo rosło do początku XXI wieku. Potem zaczęło sukcesywnie spadać. Łączę to z wejściem Polski do UE i emigracją Polaków za pracą. Polityka kolejnych rządów zakładała, że rozwój gospodarczy wchłonie wszystkie ubogie gospodarstwa domowe. Coś na zasadzie teorii skapywania: będzie rosło bogatym, to i biednym coś się dostanie. Przy dynamicznym rozwoju gospodarczym to działało do pewnego stopnia. Ubóstwa nie udało się jednak wyeliminować. Świadczenia socjalne były tak niskie, że nie pokrywały minimum egzystencjalnego. Nie wszystkie skrajnie ubogie rodziny były uprawnione do pomocy państwa. To był absurd, którym zainteresowała się Komisja Europejska. Ostatecznie Donald Tusk podniósł progi uprawniające do pomocy społecznej.

Teraz mamy 500 plus.

Dzięki 500 plus radykalnie spada ubóstwo skrajne w rodzinach wielodzietnych. Ale w dalszym ciągu dotyczy to tylko rodzin z dziećmi. Nie wchodzą w ten zakres ludzie bezdzietni czy — co najważniejsze — samotne matki. To wyraźne naruszenie sprawiedliwości społecznej. Próg pomocy to dochód 800 zł na osobę w rodzinie. Samotna matka, która zarabia 1601 zł, przekracza go nieznacznie i nie może pobierać świadczenia. Tylko że jej pensja jest naprawdę niewielka. Instrumenty polegające na dawaniu świadczenia do ręki są mało skuteczne, jeśli chodzi o zwiększenie dzietności, tak wynika z danych OECD. A to był przecież główny cel 500 plus. Problemem tego programu jest to, że nie ma klarownie postawionych celów. Są instrumenty bardziej skuteczne np. budowa żłobków i przedszkoli. Uważam, że te pieniądze są źle zaadresowane i to jest mój główny zarzut do 500 plus. Natomiast bez wątpienia 500 plus rozwiązuje problem socjalny. Spora część rodzin z dziećmi wyszła z ubóstwa.

To może lepszym rozwiązaniem byłby dochód podstawowy?

Jesteśmy na takim etapie dyskusji, który nie pozwala sformułować konkretnych wniosków. Są prowadzone eksperymenty, ten najgłośniejszy zorganizowano w Finlandii. Poczekajmy na wyniki. Dotychczasowe badania pokazują, że dochód podstawowy ma świetne efekty społeczne, psychologiczne i te w obszarze edukacji. Pojawiają się też argumenty krytyczne. Sceptycy twierdzą, że wypłacanie każdemu obywatelowi takiej samej kwoty, bez względu na wiek, status zawodowy, może być instrumentem mniej skutecznym w niwelowaniu nierówności dochodowych. Bardziej skuteczne jest adresowanie wsparcia do grup najbardziej potrzebujących. W efektywne rozwiązania wpisują się też progresywne podatki. Słychać jednak głosy, że w sytuacji przyznawania dochodu podstawowego wszystkim obywatelom pojawia się efekt wyrównywania nierówności. Jest tam dynamika społeczna, której jeszcze dokładnie nie znamy. Świadczenia powszechne mają wiele zalet: wyrównywanie różnic między mężczyznami i kobietami, w sensie kapitału społecznego pomiędzy rodzinami lepiej i gorzej uposażonymi.

A co z pomysłem emerytury podstawowej?

Wydaje mi się, że, tak czy inaczej, zmierzamy w tym kierunku. Przy obecnych tendencjach demograficznych będziemy musieli wprowadzić emeryturę obywatelską. Osoby z młodego pokolenia, pracując nawet całe życie w oparciu o umowę o pracę, nie będą się w stanie utrzymać się za emeryturę. Stopa zastąpienia będzie na poziomie ¼. Jeśli przykładowo ktoś zarabia 3000 zł, to dostanie 800 zł netto. Jasne, że 800 zł teraz to co innego niż za 30 lat, ale prowadząc uproszczone rozumowanie, nie wystarczy to na przeżycie. Te osoby będą więc trafiały do systemu pomocy społecznej, czyli do innej działki publicznej. Państwo będzie musiało coś dorzucić. Jeśli nie w systemie emerytalnym to w systemie pomocy społecznej. Zostanie jednak naruszona logika systemu ubezpieczeń. Teraz zbieram jakąś kwotę, co miesiąc odkładam i od tego zależy wysokość świadczenia. W przypadku wprowadzenia emerytury podstawowej największy protest podniosą ci, którzy zarabiają najwięcej, bo będą składkować dużo, a potem dostana tyle, co inni. Będziemy musieli poradzić sobie z problemem akceptacji społecznej i solidarności wewnątrz grup. Na razie trzeba skoncentrować się na wprowadzeniu progresywnego opodatkowania. Realnie mamy w Polsce liniowy podatek, a w niektórych obszarach nawet regresywny. To odchodzi bardzo daleko od europejskich standardów. Im szybciej, tym lepszy efekt też w przedziale emerytur.

RadioZET.pl/Katarzyna Mierzejewska