Zamknij

Po powrocie do szkół problemy nawet z tabliczką mnożenia. Co z zajęciami dodatkowymi od MEiN?

13.09.2021 10:03
Dzieci w szkole na lekcji
fot. Beata Zawrzel/REPORTER

Po pierwszych tygodniach września nauczyciele powoli orientują się, z jakim poziomem wiedzy do szkół po niemal półtorarocznej przerwie wrócili uczniowie. I wychodzą pierwsze braki. Najbardziej niepokoją ogromne różnice między dziećmi z jednej klasy.

- Niepokojąco to wygląda - wstępnie ocenia stan wiedzy uczniów Jakub Szewc, nauczyciel matematyki w SP nr 1 w Łodzi. - Po wakacjach dzieci zawsze trochę zapominały, ale tu braki sięgają klasy wcześniejszej, jakby miały dłuższe wakacje - dodaje.

A te, jeśli tak mówić o nauce zdalnej, trwały niemal półtora roku. Dokładnie od marca 2020 uczniowie z krótkimi przerwami uczyli się online. Teraz po pierwszych tygodniach września nauczyciele powoli orientują się, z jakim poziomem wiedzy do szkół po takiej przerwie wrócili uczniowie. I wychodzą pierwsze braki. W młodszych klasach np. w tabliczce mnożenia.

- Widać, że sprawność pamięciowa, rachunkowa zastępowana była przez urządzenia elektroniczne. Liczyły laptopy, telefony, zamiast liczenia w głowie. To są rzeczy podstawowe, mam nadzieję, że wrócą szybko – mówi Szewc.

Małgorzata Katarzyńska, matematyczka z SP nr 26 w Łodzi celowo zaczęła od prostych działów, np. w klasie ósmej od liczb rzymskich albo u czwartoklasistów - tabliczką mnożenia.

- Jak im się podpowie, to rozkręcają się, idzie to, ale potrzebne są komentarze, wyjaśnienia, podpowiedzi nieraz do prostych zadań – opowiada.

Nauczycielka jest jeszcze przed testami sprawdzającymi wiedzę z poprzednich działów, ale spodziewa się sporych luk. Po pierwszym lockdownie było podobnie.

- Przed komputerem mówili, że rozumieją, a potem, gdy wróciliśmy we wrześniu, nie wiedzieli, o czym mówię – wspomina.

Powrót do szkół z różnym poziomem wiedzy

Nauczyciele zwracają też uwagę na to, że trzeba mocno mobilizować młodzież do pracy. Największym wyzwaniem są jednak ogromne dysproporcje między uczniami z jednej klasy.

- Tam gdzie rodzic pracował zdalnie, albo w ogóle nie pracował i na bieżąco sprawdzał, czy dziecko się uczy, odrabia lekcje, monitorował, jak to wygląda, praktycznie nie ma braków, ale tam gdzie nie było takiej kontroli, stan wiedzy pozostawia wiele do życzenia - opowiada Ewa Wachowicz, wicedyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Łodzi i przypomina, że w czasie nauki zdalnej zarówno pierwsza grupa, jak i druga dostawała piątki z klasówek.

Dysproporcje widać też między klasami.

- Dwie równoległe klasy. Jedna jeszcze przed zajęciami online była słabsza, druga mocniejsza. Przez ostatni rok miały dokładnie tyle samo lekcji online, taki sam program zrealizowany, przez tę samą nauczycielkę. Uczniowie z lepszej klasy po powrocie mieli uzupełnione zeszyty, zrobione notatki. W tej drugiej klasie wszystkim zeszyty zjadł pies - podaje przykład Monika Michalik, dyrektorka Zespołu Szkół Elektroniczno-Informatycznych w Łodzi.

Na tę kwestię zwraca też uwagę dr Urszula Sajewicz-Radtke psycholożka z Pracowni Testów Psychologicznych i Pedagogicznych w Gdańsku. Ok. 90 proc. jej pacjentów przyznało, że nie zasługuje na oceny, które dostali w czasie lekcji zdalnych.

- Dobra edukacja może odbywać się tylko w relacji, jeśli nie ma relacji i bezpośredniego kontaktu uczeń-nauczyciel to nie ma edukacji. To pierwsza najważniejsza kwestia, która zaważyła na podziale. Druga rzecz: nie w każdej rodzinie edukacja jest wartością nadrzędną. Jeśli dzieci z takiej rodziny trafiły na lekcje zdalne, to rodzice nie nakłaniali ich, nie mobilizowali do zdobywania wiedzy, do rozwijania się. A jeśli nawet edukacja jest ważna, to często stres, napięcie, gorsza sytuacja ekonomiczna mogła wpłynąć na to, że nauka została odsunięta na bok. Rodzina koncentrowała się wokół swojego przetrwania. Do tego znamy przecież rodziny, w których jest przemoc, alkohol, albo zwyczajnie złe warunki mieszkaniowe i dzieci nie miały jak się uczyć – tłumaczy psycholożka.

A nauczyciele przypominają, że dysproporcje zawsze były, ale teraz pogłębiły się.

- Prosiłam o włączanie kamerek i w większości uczniowie włączali, ale nie mogłam im tego nakazać, zwyczajnie nie mieliśmy jak kontrolować uczniów i mobilizować ich na odległość – mówi Wachowicz.

MEiN oferuje dodatkowe zajęcia, ale...

W wyrównaniu różnic i szans miał pomóc Narodowy Program Wsparcia Uczniów po Pandemii Ministerstwa Edukacji i Nauki. A konkretnie dodatkowe zajęcia wspomagające dla uczniów klas IV-VIII z podstawówek i dla szkół ponadpodstawowych. MEiN zapowiadało, że przeznaczy na nie 187 mln zł. O tym, z jakich przedmiotów zostaną przeprowadzone, decyduje dyrektor z nauczycielami i rodzicami.

Zajęcia wspomagające szkoły mogły organizować od czerwca, ale wtedy ze względu na koniec roku szkolnego większość przesunęła to na nowy semestr i zaczyna od tego tygodnia. Lekcje w ramach ministerialnego programu są dobrowolne.

- Największy motywator mają maturzyści, więc chodzą na nie wszyscy – mówi Jacek Kaczor, dyrektor I LO w Krakowie.

Przedmioty uczniowie wybierali tu zgodnie z profilem klas, czyli te biologiczno-chemiczne mają dodatkową biologię, chemię, większość ma też matematykę.

W podstawówkach pod względem frekwencji jest podobnie, tzn. im starsze klasy i im bliżej egzaminu ósmoklasisty tym chętnych więcej. Najczęściej rodzice chcieli, by dzieci miały dodatkowy angielski i matematykę.

Na jedną klasę przypada maksymalnie 15 godzin (łącznie, niezależenie od liczby przedmiotów, jakie wybiorą), które trzeba wyrobić do 22 grudnia. Nauczyciele z jednej strony zwracają uwagę na to, że to tak naprawdę jedna godzina tygodniowo, więc niewiele więcej uda się zrobić. Z drugiej strony przypominają o i tak przeładowanym planie zajęć.

- Niektórzy uczniowie mają u nas po 39 godzin tygodniowo w planie – wylicza Małgorzata Piątkowska, dyrektorka Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 5 w Łodzi.

Do tego dochodzą jeszcze ewentualne korepetycje, czy czas na odrabianie lekcji albo po prostu dla siebie. Stąd nieraz małe zainteresowanie kolejnymi godzinami spędzonymi w szkole. W ZSP nr 5 początkowo z 16 klas zgłosiły się tylko dwie.
Na początku lipca ministerstwo podało, że o pieniądze na zajęcia wspomagające wystąpiło 2860 samorządów, a lekcje dodatkowe zorganizuje 16,7 tys. szkół (86 proc. uprawnionych do udziału w programie). Spytaliśmy w ubiegłym tygodniu ministerstwo, czy liczby te się zmieniły, ile szkół dołączyło ostatecznie do programu. Nie dostaliśmy odpowiedzi na nasze pytania.

RadioZET.pl