Zamknij
Uczniowie w czasie pandemii
Podczas próbnego egzaminu ośmioklasistów w czasie pandemii, marzec 2021 r.
fot: Karol Porwich/East News
SZKOŁA W DOBIE ZARAZY

Rok szkolny nie wystarczy, by zasypać różnice między dziećmi po pandemii

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
15.09.2021 15:55
15.09.2021 15:55

Wszystko sprowadza się do hasła: dzieci wróciły, zaczynamy pracę. To jest niedorzeczne po 1,5 roku nieobecności w szkole. Nie da się wrócić do stanu sprzed marca 2020 - mówi dr Urszula Sajewicz-Radtke, psycholożka.

Aleksandra Pucułek: Z czym najczęściej zgłaszały się do pani dzieci przez ostatnie miesiące?

Dr Urszula Sajewicz-Radtke z Pracowni Testów Psychologicznych i Pedagogicznych w Gdańsku i Specjalistycznej Poradni „Tęcza”: - Obniżony nastrój, depresja i przede wszystkim lęki. Nieraz rodzic przychodził do mnie i mówił, że syn czy córka jest „niegrzeczna”, albo że nie wykonuje poleceń, bije rodzeństwo, sprzeciwia się. Gdy zdejmowaliśmy te warstwy zachowania, to odkrywaliśmy realną przyczynę. Dziecko było niepewne, samotne, zalęknione.

Lęki przed czym?

Większość dzieci w czasie pandemii przebywała w izolacji. Powrót do klasy, rówieśników wywołał radość, ale też niepokój. U niektórych doszedł jeszcze lęk przed śmiercią, przed tym, że rodzice umrą, że utracą dobra materialne, bo w niejednym domu mama czy tata stracili pracę.

Pandemia zadziałała jak katalizator? Dzieci z lękami są jeszcze bardziej lękowe, a te ze wsparciem w rodzinie wróciły do szkół w lepszej formie, będzie podział?

Niestety, tak, bo aktywizują się trudności uśpione we wcześniejszych latach. Uaktywnił je kryzys, z którym mieliśmy do czynienia. Jeśli w rodzinie były dobre więzi, to ta rodzina sobie poradzi, albo nawet wzmocni się, bo na przykład rodzice spędzali więcej czasu z dziećmi. Zamknięcie rodziny, w której jest przemoc, w jej mikroświecie nasiliło objawy lęków, traumy, a w lęku, depresji człowiek nie będzie się uczył. Mózg wtedy z nami nie współpracuje.

To aspekt psychologiczny, ale rozmawiałam z matematyczką, która opowiadała: na lekcjach zdalnych klasa twierdziła, że wie, rozumie. Po powrocie do ławek szkolnych okazało się, że braki są ogromne.

Około 90 procent moich młodych pacjentów mówi mi, że nie zasługuje na oceny, które ma na świadectwie, że to nie jest realna reprezentacja ich umiejętności. Różnice w klasie, jeśli chodzi o poziom wiedzy, zdolności, zawsze były, ale wcześniej nauczyciele mieli większy wgląd w to, kto co umie, weryfikowali to w trakcie lekcji. Po nauczaniu zdalnym na istniejące już różnice nałożyła się niewiedza nauczycieli dotycząca tego, jak kto pracuje. I żeby było jasne: nie mam pretensji do pedagogów. Oni zwyczajnie nie mieli jak sprawdzić, czy uczeń rzeczywiście odrabia uczy się samodzielnie. W efekcie teraz w jednej klasie z pewnością będą świetnie przygotowane dzieci i takie, które program z zeszłego roku zrealizowały bardzo pobieżnie. Wykopaliśmy Rów Mariański między nimi. Praca z taką grupą będzie bardzo trudna.

Przykład z angielskiego. Szóstoklasiści, którzy oglądali filmy, dużo czytali po angielsku, po wakacjach mówią niemal płynnie w tym języku. W tej samej klasie są osoby, które zapomniały, jak odmienia się czasownik to be.

Dobra edukacja może odbywać się tylko w relacji, jeśli nie ma relacji i bezpośredniego kontaktu uczeń-nauczyciel to nie ma edukacji. To pierwsza najważniejsza kwestia, która zaważyła na podziale.

Druga rzecz: nie w każdej rodzinie edukacja jest wartością nadrzędną. Jeśli dzieci z takiej rodziny trafiły na lekcje zdalne, to rodzice nie nakłaniali ich, nie mobilizowali do zdobywania wiedzy, do rozwijania się. A jeśli nawet edukacja jest ważna, to często stres, napięcie, gorsza sytuacja ekonomiczna mogła wpłynąć na to, że nauka została odsunięta na bok. Rodzina koncentrowała się wokół swojego przetrwania. Do tego znamy przecież rodziny, w których jest przemoc, alkohol, albo zwyczajnie złe warunki mieszkaniowe i dzieci nie miały jak się uczyć.

Większość dzieci w czasie pandemii przebywała w izolacji. Powrót do klasy, rówieśników wywołał radość, ale też niepokój

Ten Rów Mariański sami wykopaliśmy, czy było to niezależnie od nas?

Przyłożyliśmy do niego rękę. W marcu 2020 roku panował totalny - ale w pewnym sensie zrozumiały - chaos. Do września 2020 roku mogliśmy się lepiej przygotować. I tu mam pretensje do władzy, która zaprzepaściła tamten czas. Zresztą teraz jest niewiele lepiej. Zamiast zająć się lepszym przygotowaniem szkół do nowych warunków, grzebano po raz kolejny w liście lektur, w podstawie programowej. Brak zadbania o pomoc psychologiczno-pedagogiczną w szkołach, niedofinansowanie tego obszaru, kolejki w poradniach, brak psychiatrów dziecięcych, to nam realnie szkodzi.

Pedagogów i psychologów w szkołach w tym roku jest jeszcze mniej z powodu oszczędności. Jeden specjalista na 700 uczniów to popularna sytuacja.

Wtedy ich praca sprowadza się do gaszenia pożarów, czyli interwencji i mediacji w sytuacjach podbramkowych, niewiele więcej da się zrobić przy tak ogromnej liczbie podopiecznych przypadających na jednego specjalistę.

Przejdźmy do skali makro. W małych miejscowościach szkoła wciąż to jedyne miejsce, gdzie uczeń ma szansę na przykład na zajęcia dodatkowe. W pandemii ich nie było. W liceum, technikum, na studiach młodzież z dużych miast i wsi spotka się. Będzie widać różnicę?

To smutne, ale borykamy się z tym rozdźwiękiem od lat. Gimnazja miały pomóc wyrównywać szanse, ale rząd zlikwidował te szkoły. Nie wiadomo, jak to wpłynęło na podział wieś-miasto, ale czy on jest? Jest. Czy umiemy sobie z nim radzić? Nie umiemy. W 2010 roku przeprowadziliśmy ogólnopolskie badania pięcio- i sześciolatków. Już wtedy widzieliśmy różnicę w zakresie np. kompetencji matematycznych między dziećmi z miast i wsi. Te pierwsze były lepiej przygotowane do nauki. Jeśli na wejściu do szkoły mamy taką różnicę, to przy obecnych warunkach będzie się ona pogłębiać.

Pandemia pogłębiła różnicę pomiędzy uczniami
fot. esthermm/Shutterstock

Skąd różnice, znów chodzi o wartość edukacji?

Być może dla rodzin z mniejszych ośrodków ważniejsze są inne zadania do wykonania, ale tu nie ma prostych odpowiedzi, bo znam też dzieci z dużych miast, które nie wyściubiają nosa ze swojej dzielnicy i nie wiedzą, że mają obok teatr. Może to być związane z czynnikami socjologicznymi, historycznymi. Poza tym w ośrodkach miejskich dzieci częściej chodzą do przedszkola, bo mają do niego lepszy dostęp. Szybciej więc trafiają do systemu, a im szybciej trafiają do systemu, tym większa szansa na wyrównywanie różnic. Np. w Wielkiej Brytanii edukację rozpoczynają już czterolatki, dlatego tak liczyłam w Polsce na pójście do szkół sześciolatków.

Słuchając opowieści nauczycielek z wiejskich szkół o lekcjach zdalnych, mam wrażenie, że dostęp do internetu i sprzętu również miał znaczenie.

Znam przypadek nauczycielki z klas 1-3, która dzwoniła do ucznia i przez telefon tłumaczyła mu, jak napisać literkę B czy N, bo nie było innej formy kontaktu. Taki uczeń nie będzie miał równych szans z uczniem z aglomeracji, gdzie kontakt w czasie rzeczywistym z nauczycielem był o wiele częstszy. Dzieci z mniejszych miejscowości muszą potem włożyć więcej wysiłku na przykład w przygotowanie się do egzaminu ósmoklasisty czy matury, bo te są takie same w całym kraju.

Znam też dzieci z dużych miast, które nie wyściubiają nosa ze swojej dzielnicy i nie wiedzą, że mają obok teatr

Poza tym szkoła ma wspierać rozwój emocjonalny, społeczny, ale nie jest miejscem terapii, leczenia zaburzeń psychicznych. W małych miejscowościach swobodny dostęp do kompleksowej pomocy psychologiczno-pedagogicznej poza terenem szkoły nie istnieje, więc gdy zamknięto szkoły, o pomoc było jeszcze trudniej. Nie każdy rodzic mógł pojechać z dzieckiem do większego miasta do poradni. Zresztą przemieszczanie się było utrudnione. To też zwiększyło rozdźwięk między dużymi miastami a małymi.

Co możemy zrobić, żeby ten Rów Mariański zakopać?

Dyrektorzy, nauczyciele nie mają do tego wszystkich niezbędnych narzędzi. Rozwiązania powinny być systemowe. Niestety, w Polsce przyzwyczailiśmy się do tego, że gdy zawodzi nas system, to wszystkie ręce na pokład i własnymi siłami dajemy radę. Pewnie tak samo będzie w tym wypadku. Nauczyciele i rodzice zmobilizują się, poradnie ich wesprą i jakoś to będzie. Lokalne inicjatywy są wspaniałe, podziwiam je, ale powinniśmy mieć ogólnopolski system wsparcia dla dzieci wykluczonych cyfrowo, dla nauczycieli, bo oni też nie dają rady. Zabrakło takich pomysłów i ich realizacji.

Mamy przecież Narodowy Program Wsparcia Uczniów po Pandemii.

10 godzin dodatkowych dla klasy to żart i kpina z nauczycieli, którzy i tak mają masę pracy. Dodatkowe lekcje wychowania fizycznego? Wspaniale, rozwój fizyczny jest ważny, ale czy to na prawdę jest teraz priorytet? Wszystko sprowadza się do hasła: dzieci wróciły, zaczynamy pracę. To jest niedorzeczne po 1,5 roku nieobecności w szkole. Nie da się wrócić do stanu sprzed marca 2020 roku.

Ile lat potrzebujemy, żeby choć trochę te różnice zmniejszyć?

Na razie nie wiemy, jak głęboki jest ten rów. W ciągu dwóch, trzech miesięcy będziemy wiedzieć więcej, bo nauczyciele zdiagnozują, jaki jest stan wiedzy i stan psychiczny uczniów, ale jeden rok szkolny na połączenie klasy w jedną grupę na pewno nie wystarczy.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl